„Sylwester Daleków” – wrażenia redakcyjne

Niedawno opublikowaliśmy nasze wrażenia z finału Przypływu. Teraz nadszedł czas podzielić się z Wami naszymi przemyśleniami o pierwszym z tegorocznych odcinków, którym był „Sylwester Daleków”.  Dobrej lektury!


Dominek: „Sylwester Daleków” to odcinek do przeżycia, chociaż moim zdaniem najsłabszy z dalekowej trylogii autorstwa Dziecka Beztalentu. Mam wrażenie, że w DW zaskakująco rzadko stosuje się motyw pętli czasu jak na serial o podróżach w czasie właśnie. Tym bardziej szkoda, że tutaj ta pętla działała na zasadzie “Siedź cicho i nie zadawaj pytań, [tutaj wstaw obraźliwe słowo]”. No, ale nad tym nie będę się pastwił, nasz ulubiony serial nie zawsze wyjaśnia wszystko idealnie, a Chibs zazwyczaj nawet nie próbuje, więc mały progresik jest. Za to, na litość Rassilona, co to miało być, że Dalek nie jest w stanie z miejsca rozwalić drzwi? Zwykłych, ludzkich, ziemskich, niewzmacnianych niczym drzwi? To miało być śmieszne? Nie było. I to nie tak, że każda scena, gdzie perfekcyjna maszyna do zabijania ze Skaro daje się wyjaśnić jak dziecko, bo nawet w tym samym odcinku była dobra scena tego typu: liverpoolski terapeuta pa…* chciałem powiedzieć Dan kontra Dalek. Głupie? Tak. Fajne? Oczywiście! I nie, nie wydaje mi się, żeby ten dziwny klient (nie pamiętam imienia, są lepsze produkcje do marnowania na info z nich miejsca w mózgu, niż Chibnall Who) przechowalni kolekcjonujący fanty po swoich eks był mordercą. To tylko śmieszny dziwak. Ma więcej charakteru, niż Vinder, Bell, Lord Zedd i Rita Repulsa z Fluxa razem wzięci.

* więcej na temat miłości Yaz do Trzynastej mówić nie mam ochoty, ciszej nad tą trumną…

Alternauta: Ostatni już odcinek z Dalekami w roli głównej w erze Chibnalla za nami. Kolejny odcinek, któremu mam niestety sporo do zarzucenia. Zacznijmy od tego, że Chibnall zapewniał, że szykuje nam komedię romantyczną. Nie, panie Chibnall, „Sylwester Daleków” to nie była komedia. Uśmiechnąłem się może parę razy, a i tak był to delikatny uśmiech. Rozumiem, że poczucie humoru może się różnić i nie każdy musi się śmiać z tego samego, ale wydaje mi się, że coś tutaj nie wyszło. To podstawowy zarzut, bowiem obiecywano nam jedno (i to całkiem wprost), a dostaliśmy coś raczej innego, nawet nie słabą komedię.

Sarah patrzy na godzinę w "Sylwestrze Daleków"

Kolejna zasadnicza rzecz, zanim przejdę do bardziej szczegółowych problemów, to druga część obietnicy. Mieliśmy bowiem dostać komedię romantyczną z pętlami czasu. Zgadzam się z Dominkiem, że motyw pętli czasu w serialu, w którym podstawą są podróże w czasie jest nadzwyczaj mało odcinków z tym motywem. Z drugiej strony oczywiście, nadużywanie go, podobnie jak odcinków wielodoktorowych wg Capaldiego, pozbawiłoby takie odcinki wyjątkowości. W dodatku tutaj mamy do czynienia z pewnym rodzajem pętli czasu, to jest każdy przebieg pętli jest coraz krótszy, co też nie jest typowe. Skoro tak rzadko się po to w „Doctor Who” sięga, zastanówmy się, po co wykorzystuje się ten motyw w ogóle w popkulturze. Jeśli postacie trafiają do pętli czasowej, to po to, by z każdego kolejnego przebiegu się uczyły, zmieniały i wyciągały jakieś wnioski. Dobry przykład, jak to działa to np. „Dzień świstaka”. Bohater grany przez Billa Murraya przeżywa 2 lutego bardzo wiele razy. W pewnym momencie zaczyna coś zmieniać stopniowo w swoich działaniach właśnie wykorzystując wiedzę z poprzednich iteracji. Wie, gdzie kto pójdzie i co powie. Oczywiście po drodze ma miejsce sporo perypetii, ale koniec końców okazało się, że warunkiem wydostania się z pętli było… zmienić się na lepsze. Inny, znacznie świeższy przykład to zeszłoroczna gra komputerowa Twelve Minutes, w której gracz wciela się mężczyznę uwięzionego w pętli czasowej – romantyczny wieczór z żoną zostaje przerwany przez detektywa, który oskarża żonę o morderstwo, zaś mężczyzna zostaje zabity. I pętla zaczyna się od nowa, trwa mniej więcej tytułowe dwanaście minut i na własnej skórze możemy odczuć, jak wygląda ten motyw. W każdej kolejnej pętli dowiadujemy się nowych faktów ze względu na inaczej poprowadzony dialog czy w ogóle zupełnie inne działania. Nie będę zdradzał, jakie są zakończenia, szczególnie że nie jest celem tego tekstu, ale mocno polecam osobom, które lubią ten motyw (w rolach głównych występują James McAvoy, Daisy Ridley i Willem Dafoe, więc obsada wyborna). Ważne jest to, że pętla czasu spełnia swoją rolę środka do powiększania zasobu wiedzy o tym, co się dzieje i pozwala postaciom odpowiednio na nie reagować.

Jak było z tym motywem w przypadku „Sylwestra Daleków”? Aby to ocenić przydałoby się wiedzieć, jakie zasady pętli czasowej przyjęto. I tu jest pewien problem. W trakcie oglądania odcinka odniosłem wrażenie, że albo niedostatecznie dobrze wytłumaczono zasady panujące w pętli, albo… że zmieniały się one w zależności od potrzeby. Pętla skracała się za każdym razem o minutę – to było jasne. Jednak inne wyjaśnienia już były bardziej problematyczne. Powiedziano, że pole siłowe Daleków obejmuje cały budynek i ewidentnie miało ono kształt jakby bańki. Tymczasem nagle okazało się, że jednak są jedne drzwi, przez które bez problemu można wyjść… Postacie też dość szybko orientują się, że są w pętli. O ile mogę zrozumieć Doktor czy ewentualnie Yaz, bo dla Dana to druga przygoda, tak Nick i Sarah zdecydowanie za szybko załapali, o co chodzi. Samej pętli jak dla mnie mogłoby w ogóle nie być – zauważcie, że ten odcinek można było spokojnie zrealizować bez tego motywu. Pole siłowe? Jest. Nowi Dalekowie, którzy się pojawiają, gdy jeden Dalek to za mało? Pewnie. Całość odcinka sprowadziła się w zasadzie do ucieczki przed Dalekami. Co za różnica, czy będzie się to odbywać w pętli czasowej? Okej, potrzebne były eksterminacje. Sposób na to jest prosty – wprowadzić więcej postaci, których rolą będzie pokazać grozę Daleków. Swoją drogą sensowne też by było, gdyby to był ten sam Dalek w trzech egzemplarzach a nie nowi. Kolejna sprawa mam wrażenie, jakby istniał problem decyzyjny – czy postacie mają w każdej pętli zaczynać od tego samego miejsca, czy też nie. Zauważcie, że mimo przemieszczania się, w późniejszych pętlach jedynie Nick zaczynał w innym miejscu. Reszta postaci zaczynała pętle zawsze w tym samym miejscu. Dlatego Sarah mówiąca o tym, że Nick jest zagrożony, jeśli w ciągu minuty umrze byłaby bardziej przekonująca, gdyby faktycznie było widać, że tej minuty nie da się już cofnąć. Choćby w rozmowie z mamą Sarah. Skoro o niej mowa – czemu tak genialna istota jak Doktor wpadła na pomysł, by użyć matki Sary jako wyzwalacza wymagając, by zadzwoniła o bardzo precyzyjnie określonym co do sekundy, czasie? Jeśli Doktor mogła użyć śrubokrętu, by telefon działał inaczej, to mogła również śrubokrętem po prostu ustawić telefon na automatyczne wyzwalanie. Nie mówiąc o tym, że Yaz, a zwłaszcza Dan powinni raczej mieć swoje smartfony przy sobie i to oni mogli zadzwonić przecież.  A propos śrubokrętu – znowu pełnił rolę magicznej różdżki. Trzynasta korzystała z niego zdecydowanie za często do określania rzeczy, które mogłaby stwierdzić inaczej (ustalić zgon? Niech sprawdzi puls. Szczególnie, że już o Daleku wie).

Dan spotyka jednego z Daleków

Tak jak w pierwszym odcinku noworocznym pojedynczy Dalek stanowił zagrożenie, tak tutaj było z tym różnie. Dalekowie potrafili trafiać bohaterów w zasadzie tylko, gdy spokojnie stali i się nie ruszali. Nawet w ciasnym korytarzu nikogo nie trafiali, tak jakby Daleków uczyli strzelać Storm Trooperzy z Gwiezdnych Wojen. I to mimo nowej broni, działka, które strzela wielokrotnie. Warto tu wspomnieć spotkanie Dan kontra Dalek – to był najbardziej komediowy i autentycznie fajny moment. Do momentu, gdy Dan się zatrzymał. Po co, przecież skutecznie uciekał, mógłby kupić więcej czasu (w końcu nie wiedział czy dziewczynom się udało, czy nie. Doceniam też mocno sprawienie, by Briggs powiedział przez syntezator „NIE JESTEM NICK”. W końcu Briggs ma na imię Nicholas, od czego zdrobnieniem jest właśnie Nick. Przypuszczam, że to mógł być główny powód, dla którego wybrano takie imię dla serialowego Nicka. „Eks. Terminowane.” było chyba najlepszym tekstem odcinka.

Jednak co do samej postaci Nicka mam spore wątpliwości. Ilu z Was obstawia, że Sarah zostanie zamordowana przez Nicka? Okej, zgadzam się z Dominkiem, że może to niekoniecznie jest seryjny zabójca, ale wyjazd na wyprawę dookoła świata z kimś, kogo się chwilę wcześniej posądzało o bycie seryjnym mordercą jest co najmniej dyskusyjny i mało realistyczny. Nie mówiąc o tym, że nie wierzę, by ten związek przetrwał zbyt długo – spójrzcie, jak wielkie problemy miał Nick ze stworzeniem związku na dłużej. Zapełnił cały magazyn rzeczami od swoich byłych dziewczyn, a z niektórymi był dosłownie na kilka dni. Można też się zastanawiać czy bądź co bądź telewizja publiczna, jaką jest BBC, powinna promować tego typu postawy. Ktoś powie, że pokazanie to jeszcze nie promowanie. Niby tak, ale Nick został pokazany jako postać pozytywna, działająca w sposób pozytywny. I co więcej – w końcu dostał to, czego jego stalkingowe działania miały na celu – upatrzona dziewczyna się w nim zakochała. Owszem, to nie jest sytuacja, w której Jodie powoduje wzrost przestępczości wśród młodych mężczyzn ;) Niemniej jednak widać tutaj mężczyznę, który próbuje od paru lat zainteresować sobą dziewczynę, który wydaje na ten cel krocie (w końcu platynowa karta lojalnościowa i wynajmowanie magazynu przez cały rok od lat musi kosztować. I Nick narzeka, że ma za małe mieszkanie…). Teoretycznie w tym nic aż takiego złego, ale wykorzystywanie w ten sposób swojej pozycji – wymuszenie odczytania regulaminu, co należy do obowiązków Sarah (bo lubi posłuchać jej głosu plus chciał rzucić zabawnym w jego ocenie tekstem) – i być może doszukiwanie się w tym jakiejś nici zainteresowania… Średnie to. Szczególnie, gdy człowiek zda sobie sprawę, że to, że Sarah musiała zostawać do późna w Sylwestra jest to, że… przychodził tam Nick. To naprawdę jest jedyny dzień, w którym ona pracuje? Myślę, że ten temat można było znacznie zgrabniej ugryźć. Bez skojarzeń z molestowaniem czy stalkingiem. Zakładam, że Chibnall nie pisał celowo Nicka i nie zdawał sobie do sprawy, jak się to będzie kojarzyło – ile kobiet pracujących z klientami spotyka się z obrzydliwymi tekstami tylko dlatego, że mężczyzna uważa, że mu się należy, bo płaci? Nie pierwszy raz zresztą taka beztroska Chibnalla w jego erze wyszła na wierzch.

Sarah i Nick, "Sylwester Daleków"

Co do samej postaci Sarah – w mojej ocenie mogłaby z niej być nienajgorsza towarzyszka, a w dodatku przyzwoicie zagrana. Wreszcie trafił się ktoś, kto potrafi postawić Trzynastą do pionu. Graham, Ryan i Dan w zasadzie podążali za Trzynastą. Yaz jeszcze bardziej, choć dwa razy potrafiła robić jej wyrzuty o to, że „ich zostawiła”. To jednak za mało w mojej ocenie. Dlatego lubiłem Donnę, dlatego lubiłem Bill, bo było widać że są niezależne od Doktora. Dlatego też w pewnym momencie lubiłem bardziej Clarę. Nawet Martha potrafiła czasem Dziesiątego wyjaśnić, mimo robienia do niego maślanych oczu. Tutaj czegoś takiego brakuje. Takiego bezpiecznika, który sprawi, że Doktor się opamięta zanim popełni masowe ludobójstwo. A nawet kilka. Dobrze, że ten temat w odcinku wrócił. Niesamowite jednak jest dla wielu i myślę, że coś w tym jest, że serialowi kosmiczni naziści mają moralną rację względem Doktor. Ich odwet realizowany oczywiście po dalekowemu, więc nie przejmują się, jeśli pod drodze kogoś zabiją ma tym razem więcej odcieni szarości niż zwykle. Mam nadzieję, że Chibnall nie zapomni i czyny Doktor jeszcze będą miały jakieś konsekwencje, chociaż Doktor znowu nie bardzo się zastanawiała nad tym, co niedawno zrobiła i już była gotowa lecieć na następną przygodę. No i ta TARDIS lecąca w ostatniej scenie była nie do końca potrzebna. Ja wiem, że dopełniała sielskości szczęśliwego zakończenia „Sylwestra Daleków”, ale nie wydaje mi się, by Doktor musiała fizycznie nią lecieć, żeby dostać się do skarbu. TARDIS mogła po prostu się teleportować.

niespodziewany powrót Karla w "Sylwestrze Daleków"

W „Sylwestrze Daleków” mieliśmy także powrót, którego chyba nikt się nie spodziewał. Rozpoznaliście Karla z pierwszej historii Trzynastej? To jego chroniła Trzynasta przed schwytaniem przez Tima Shawa. Podziwiam wiarę w widzów, którzy według Chibnalla po ponad trzech latach powinni pamiętać postać epizodyczną, która wcale nie zapadała w pamięć. To pokazuje też, że „Sylwester Daleków” (a tym samym Chibnall) jest odcinkiem świadomym zbliżającego się końca ery i zaczyna się powoli podsumowanie ostatnich pięciu lat. Trzynasta w końcu dostała jakąś przemowę, na którą zwróciłem większą uwagę. Szkoda tylko, że to ogólniki, które brzmią niczym z wyjęte z jakiegoś poradnika inspiracyjnego czy cytatów Coelho i tym samym ta przemowa w porównaniu do przemów Jedenastego, Dziesiątego czy Dwunastego wypada zupełnie nijako. Jednak gdy wsłuchamy się w jej treść jest tam w mojej ocenie trochę opowieści Chibsa o tym, jak wyglądała jego praca nad serialem – „coś wygląda na niemożliwe. Próbujemy. Nie działa. Próbujemy znowu.Uczymy się, poprawiamy się i znowu zawodzimy. […]Znowu źle do tego podchodzimy, wspólnie się poprawiamy i wtedy ostatecznie odnosimy sukces.” Niemożliwe mogło się wydawać zadanie udźwignięcia serialu. Chibs spróbował (seria 11). Nie wyszło. Zaczął się uczyć na błędach, spróbował (seria 12) i znowu nie wyszło (mocno kontrowersyjny wątek Dziecka spoza Czasu). I miał nadzieję, że ostatecznie się jeszcze bardziej poprawi i odniesie sukces. Czy udało się to zrealizować? W pewnym zakresie tak, jednak nie teraz miejsce na takie podsumowania. Kolejny odcinek raczej podsumowywania ery dalej nie poruszy, sądzę że ostateczne samorozliczenie z erą Trzynastej nastąpi już w odcinku regeneracyjnym.

Yaz patrzy na fajerwerki, odcinek "Sylwester Daleków"

No i na koniec coś, w co wielu chce wierzyć… Thasmin. Owszem, dostaliśmy pierwszy od lat sezon bez żadnej postaci LGBT aż do jednoznacznego potwierdzenia w tym odcinku, że Thasmin podoba się Doktor. Wcześniej już widzieliśmy sugestie, że MOŻE tak się zdarzyć, co szczególnie było widać po obsesji Yaz w poprzednim odcinku noworocznym. Jednak nie stwierdzałbym z całą pewnością, że to był wielki mistrzowski plan Chibnalla, który na pewno miał się tak potoczyć. Yaz została kolejną już w New Who towarzyszką zakochaną po uszy w Doktor. Mieliśmy Rose. Mieliśmy Marthę. Mieliśmy Amy. Mieliśmy Clarę. Mamy kolejną młodą Brytyjkę ze współczesności, która pokochała Doktor(a). Owszem, można się zastanawiać czy na pewno każdy, kto ma wątpliwości wobec takich wątków, sam nie zauroczyłby się Doktor(em) w jakimś stopniu, ale… No jest to już do pewnego stopnia ograny motyw w New Who. Jednak tym razem może być trochę inaczej. O ile poruszenie tematu z Yaz (czyli jednak nie było tak, że nikt nie zauważył tego zapatrzenia w hologramy) było według mnie jak najbardziej w porządku tak outowanie Yaz wobec Doktor… To nie było fajne zachowanie i na pewno to nie była rola Dana, by coś takiego bez zgody Yaz zrobić. A już w ogóle porównywanie Doktor do Nicka w kontekście jego kontrowersyjnych zachowań („dobroduszna dziwaczka”) … to mimo, że Doktor jest ciągle socially awkwkard, prędzej Yaz była w tej relacji Nickiem, który przez trzy lata nie wyznał swoich uczuć. Niemniej paralela między tymi dwiema relacjami w „Sylwestrze Daleków” była niewątpliwie zamierzona, ale nie do końca wyszła. Pytanie też brzmi – czy Doktor zrozumiała, o co Danowi chodziło, czy nie chciała zrozumieć? Niezależnie od tego, jak było, Chibnall dobrze wiedział, że zostały mu już dwa odcinki do końca. W tym jeden regeneracyjny. To na pewno nie jest wystarczająco dużo czasu na wiarygodny związek, o którym marzą osoby czekające na Thasmin. A tak naprawdę jeden odcinek, o ile Yaz powie wszystko w odcinku z Diabłami Morskimi. Nie zdziwiłoby mnie jednak, gdyby na krótko przed regeneracją dopiero to miało miejsce. Albo doczekamy się kolejnego „And I suppose… if it’s my last chance to say it, Rose Tyler„, szczególnie że w tym odcinku Yaz wspomniała o wyjaśnieniu sobie wszystkiego na plaży. Czy był w tym przypadek? W każdym razie na miejscu osób shipujących Yaz i Doktor nie robiłbym sobie zbyt wielkich nadziei i nastawiałbym się na całkiem prawdopodobną dramę – Doktor albo nie odwzajemni uczuć, albo stanie się to dużo za późno, by zobaczyć fajną relację ich obu. Nie wiemy, czy Yaz zostanie na dłużej, Mandip tego nie wykluczała, ale raczej tak się nie stanie. Więc nie będzie szansy na kontynuację relacji po regeneracji (jak to było z Clarą). Kolejny dowód, że Chibnall ma problemy z dobrą reprezentacją. Owszem, nie zawsze musi być tak, że wszystko wydarzy się w idealnie dobranym momencie, to jasne, ale wydaje się że akurat w tym przypadku to nie powinien być romans na pięć minut (odkładając na bok ocenę czy Doktor powinna dostawać romanse z towarzyszami). No i, przynajmniej dla mnie, ciężko byłoby uwierzyć w taki związek. Między Yaz i Doktor nie ma za grosz chemii w przeciwieństwie do aktorek w realnym życiu. Szczególnie w sezonie, który te dwie postacie rozdzielił na tyle, ile się da obie bohaterki. I gdy Yaz była traktowana przez Doktor tak, że to było praktycznie jak toksyczny związek/miłość.

Jak podsumować „Sylwester Daleków”? To na pewno nie była obiecana komedia, fabuła ma wiele problemów. Jednakże mimo tych mankamentów oglądało mi się odcinek zaskakująco przyjemnie. Jako odcinek będący ostatnim z trylogii Daleków… bywało lepiej. To może nie był poziom guilty pleasure, ale nie uważam tego za stracony czas. Niewątpliwie odcinek oglądało mi się lepiej niż większość serii 13. Trzymam kciuki, by wyprawa po skarb i spotkanie z Diabłami Morskimi wypadły lepiej. Gdybym miał wystawiać ocenę, dałbym temu odcinkowi 3/10.


A jakie jest Wasze zdanie o „Sylwestrze Daleków”? Zapraszamy do dyskusji w komentarzach, na Facebookowej grupie i na Discordzie.

Następny odcinek, „Legenda Morskich Diabłów”, będzie mieć premierę na wiosnę.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.