Doctor Who w komiksie. Siódmy: „Operation Volcano”

Wiele lat po zakończeniu przygód obrazkowych na łamach Doctor Who Magazine które trwały prawie 10 lat(jak dotąd udało nam się zrecenzować pierwszy oaz drugi tom) Siódmy Doktor powrócił do komiksu w miniserii od Titana. Operation Volcano to krótka, ale bardzo wciągająca historia, złożona oryginalnie z 3 odcinków, z których pierwszy miał ok. 40 stron, a pozostałe dwa ok. 20 stron; całość wydano zbiorczo w 2018 roku. Scenariusz napisał pracujący na stanowisku edytora scenariuszy w latach 80., znany z komiksów DWM oraz powieści, rewelacyjny Andrew Cartmel. Na stołku grafika zasiadał Christopher Jones.

Okładka "Operation Volcano"

Siódmy miał szczęście do wielowątkowych i zawiłych przygód. Mieliśmy telewizyjne Silver Nemesis w sezonie 25, mieliśmy szalony komiks DWM Emperor of the Daleks, gdzie powstałą misterna układanka rozpisana na wiele lat (i co najmniej 2 życia!) z Davrosem w roli głównej, a teraz dostajemy to: komiks Operation Volcano, który zaczyna się od dramatycznej sceny na australijskiej pustyni w roku 1967. Doktorowi towarzyszy Ace i ma zamiar podjąć jakąś dramatyczną decyzję. Coś, co może kosztować ją życie, ale z drugiej strony – jeżeli tego nie zrobi, mają ucierpieć inni. Następnie przenosimy się kilka dni w przeszłość; dowiadujemy się o odkryciu kosmicznego wraku, właśnie w Australii; oficer Gilmore wzywa na pomoc Doktora, który przybywa wraz z Ace i razem wyruszają zbadać niezwykły wrak. W międzyczasie mamy wplecione wydarzenia z roku 2029 – grupa astronautów natrafia na orbicie ziemskiej na dryfujący okręt obcych. Na jego pokładzie zaś znajdują zahibernowanego mężczyznę, którym okazuje się być… oficer Gilmore. Nie jest jeszcze dość dziwnie? A co powiecie na to, że po kilku godzinach spędzonych w pobliżu wraku, jeden z towarzyszących głównym bohaterom żołnierzy zostaje 'zaatakowany’ przez dziwnego kosmicznego węża? Może 'atak’ to za dużo powiedziane, po prostu przy zmianie odzienia odkrył, że zwierzę wgryzło mu się w kark. A kiedy jego kompan zabił pasożyta, zmarł również zaatakowany żołnierz. Doktor będzie próbował rozgryźć, co łączy te wszystkie wydarzenia. Nie będzie to jednak łatwe – jakby nie mieli dość problemów, mają w swojej drużynie zdrajcę.

Fragment "Operation Volcano"

Komiks jest naprawdę rewelacyjny, już od pierwszych stron łatwo można wczuć się w charakterystyczny dla Cartmela klimat. Klimat mroku, tajemnicy, gdzie jedna decyzja może zaważyć o losach świata. Wysoko sobie cenię jego twórczość i w tym przypadku nie zawiódł mnie w najmniejszym stopniu. Doktor jest zdystansowany, Ace waleczna, a cała narracja poprowadzona w taki sposób, by subtelnie i bez pośpiechu odkrywać kolejne karty. Zanurzamy się w świat przedstawiony i odkrywamy go razem z głównymi bohaterami. Oglądamy przygody Doktora, na przemian z dalszymi losami Gilmore’a z XXI wieku; na koniec jedna ścieżka fabularna dogania drugą i dowiadujemy się, skąd facet wziął się w kosmosie. Samo pochodzenie wraku na pustyni również jest ciekawie opowiedziane, bo oto okazuje się, że Ziemia stała się polem bitwy dwóch kosmicznych ras, które trafiły na Ziemię już bardzo dawno temu. I jeżeli jest coś, co mogę komiksowi zarzucić, to że tak ciekawy i – jak się nad tym zastanowić – przełomowy, szokujący pomysł nie był bardziej eksploatowany. Szkoda, że rasa kosmitów, która od wieków skrycie manipuluje losami ludzkości, pojawiła się tylko w jednym 3-odcinkowym komiksie, podczas gdy Cybermenów spotkał prawie każdy Doktor. Coś takiego zasługuje na szersze rozwinięcie, bo stawia historię Ziemi w zupełnie nowym świetle. Niestety, ta wada tyczy się całego doktorowego EU – czasami twórcy wprowadzają wywrotowe pomysły, jakby pomijając fakt, że przecież ta opowieść jest częścią większej całości. Wprowadzają tak dramatyczne wydarzenia albo tak istotnych bohaterów, że ciężko sobie wyobrazić ich umiejscowienie w Whoniversum. Ciężko uwierzyć, że pojawili się tylko raz, często na krótką chwilę, a potem o nich zapomniano. Cierpi na tym Whoniversum jako całość – rozrasta się, przegrzewa, osiąga masę krytyczną i z czasem może przestać być interesujące – bo staje się zbieraniną niepowiązanych historyjek, bez związku ze sobą, zamiast być zintegrowaną opowieścią o Wariacie z Budką. A przecież wystarczyło użyć dowolnej innej przedwiecznej rasy, o której wiadomo, że odwiedzali Ziemię już wcześniej, choćby Ozyrian.

Fragment "Operation Volcano"

Jednakże, jeżeli zapomnimy o tej całej otoczce i ocenimy Operation Volcano bez patrzenia na resztę uniwersum, to raczej nie będziemy czuć się zawiedzeni. Mimo krótkiej formy, tutaj każdy wątek i każda postać ma swoje 5 minut i choć z początku zostajemy zasypani zagadkami, to wszystko znajduje satysfakcjonującą konkluzję. I nawet Siódmy okazuje się nie być aż tak dwulicowym draniem, jak to często w czasach Cartmela bywało. Idąc ku podsumowaniu, komiks ma bardzo ciekawą, doskonale poprowadzoną fabułę, świetny, tajemniczy klimat i niemalże baśniowe zakończenie (zwłaszcza dla Gilmore’a). No i mamy Siódmego z Ace, a to duet, do którego chyba nikogo nie trzeba przekonywać. Również grafika stoi na dobrym poziomie – o ile poprzedni komiks Jonesa, Heralds of Destruction – nie zrobił na mnie wrażenia, o tyle teraz byłem wręcz zaskoczony, że to ten sam rysownik. Piękna, elegancka kreska, a umiejętne kadrowanie i zbliżenia na twarze w odpowiednich momentach świetnie budują poważną atmosferę tej opowieści. Świetna robota.

Ocena: 9/10



Nerd pod prawie każdym względem. Fan Klasyków i komiksów, brnie dalej przez EU. Przybiłby żółwika Drugiemu, pokłony oddaje Piątemu i chętnie pogadałby o 'kosmicznej magii' z Siódmym, ale najbardziej utożsamia się z Jedenastym, serce zaś oddał Romanie II. Poza tym, wierny fan brytyjskiej literatury.

Gallifrey.pl  wszystko o serialu Doctor Who

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.