„Kościół na Ruby Road” – wrażenia redakcyjne

Do premiery pierwszego sezonu Doktora Who pozostał równo miesiąc! Jest to więc świetna okazja do nadrobienia albo przypomnienia sobie Kościoła na Ruby Road. Zapraszamy Was do zapoznania się z naszymi wrażeniami z odcinka świątecznego. Serdecznie witamy też gości, w szczególności Agatę z Bałaganu Kontrolowanego i Felicję z Felicjady! Jeśli jeszcze nie oglądaliście odcinka, nadróbcie go szybko – tekst zawiera spoilery!

Krzysztof Danielak: RTD obiecywał bardziej magiczną erę nowego Doktora i słowa dotrzymał. To był odcinek świąteczny jak się patrzy. Wprawdzie samych świąt nie było tyle, co w niektórych innych odcinkach świątecznych, ale było zimowo, z nutką świąt i to wystarczyło, by po 6 latach cieszyć się z powrotu Doktora na święta i czuć, że to jednak nie jest odcinek noworoczny.

Wreszcie nowa era rozpoczyna się na dobre. Piętnasty zrobił na mnie ponownie pozytywne wrażenie. Czuć, że jest to Doktor, szczególnie gdy za drugim razem powiedział „I’m the Doctor”. Była w tym pewna moc, której brakowało mi u Trzynastej. Myślę, że aktorsko o Piętnastego możemy być spokojni. Nowa towarzyszka wypadła dobrze. Może na razie zabrakło mi dostatecznego zauważenia niezwykłości samego Doktora, ale myślę, że w sumie na ewentualne rozkminy (podobało mi się, jak doszła do wniosku, że Doktor podróżuje w czasie) jeszcze przyjdzie czas. Potencjał na fajny Team TARDIS jest, bo widać, że duet Doktor-Ruby się sprawdza, a między Millie a Ncutim jest sporo chemii.

Chyba najbardziej zapamiętam musicalową sekwencję i muszę przyznać, że jestem kupiony. Także, RTD, nie krępuj się. Zrób cały musicalowy odcinek! Podoba mi się też, że po russellowemu możemy znowu zobaczyć rodzinę towarzyszki. Obie panie Sunday, szczególnie babcia, wypadły dobrze i ciekaw jestem ich reakcji, jeśli dowiedzą się, kim naprawdę jest Doktor. Super też, że po raz kolejny RTD zostawia sporo miejsca na fanowskie teorie spiskowe. Kim jest kobieta, która przyniosła Ruby pod kościół? Kim jest pani Flood? Złamanie czwartej ściany bardzo mnie zaintrygowało, lubię tę sztuczkę, gdy jest dobrze używana. Mamy więc nad czym głowić się do maja. 

Myślę, że jest to odcinek, który spokojnie może wprowadzać nowych widzów do uniwersum i taką rolę spełnia, choć być może pierwszy odcinek sezonu również będzie przystosowany do wprowadzenia nowych osób. Mamy Doktora, towarzyszkę, czaso-maso, nutkę magii i to wszystko składa się na dobry, lekki odcinek, który powinien cieszyć zarówno dotychczasowych fanów, jak i zupełnie nowych gości w Whoniwersum.

Kacper Olszewski: Podoba mi się, że ten odcinek przywraca coś, czego brakowało mi u Chibnalla – przyziemny setting w spokojnym sąsiedztwie, gdzie poznajemy rodzinę towarzyszki i od razu wiadomo, że te postaci nie zostaną kompletnie porzucone, ponieważ przeszłość Ruby to dalej nierozwiązana zagadka. Przy okazji motywu supermocy (podróżowanie w czasie), ukrywanie ich i finalne odkrywanie przed rodziną/przyjaciółmi jest moim zdaniem najciekawsze (dlatego Spider-Man jest taki super, bo wyciska z tego motywu co się da). U Chibbsa pojawił się zalążek czegoś takiego z rodziną Yaz, ale zamknęło się to tylko w ramach jednego odcinka (najlepszego w całej serii zresztą – Demons of the Punjab).

Podobał mi się pomysł, że duża ilość nieprawdopodobnych zbiegów okoliczności generuje coś w rodzaju energii, którą żywią się magiczne gobliny. Te istoty z kolei pojawiły się tylko dla groteskowej, musicalowej sceny, w której przygotowują się do zjedzenia małego dziecka. Czy potrzebowałem bać się o czyjś los w świątecznym wydaniu familijnego serialu? Oczywiście, że nie. Czy rozkoszowałbym się szokującym trollingiem ze strony scenarzysty, gdyby dziecko naprawdę zostało zjedzone? Jeszcze jak!

Dominik Śnioch: Rassilonie. O mój Rassilonie. Jakie. To. Było. Dobre. Eskapizm, eskapizm i jeszcze raz eskapizm, okraszony dawką świąteczności na tyle dużą, że wyczuwalną, a na tyle małą, że odcinek da się obejrzeć ponownie o innej porze roku, plus odrobina prościutkiego czaso-maso.

Doktor Gatwy może nie przypasował mi aż tak straszliwie mocno, jak w odcinku poprzednim, ale i tak był wspaniały. Klasycznie po doktorowemu dziwny, ale jednocześnie tak ujmujący, że nawet nie pyta się go tam od razu, kim jest i czego chce, tylko po prostu go słucha. Nowa towarzyszka, Ruby – miodzio. Nie mam pojęcia, czemu zimą biega w mini, ale niech biega dalej. Postać ta ma świetną relację z Doktorem Gatwy, jak niegdyś Jo Grant (którą nieco przypomina swoim ciepłem) z wcieleniem Jona Pertwee.

Gobliny – tu nie będę obiektywny, bo kocham te urocze stworzenia w każdej formie i w każdym uniwersum – kupił mnie ich wygląd, a i statek zasilany linami też na plus – działał najwyraźniej dlatego, że jego właściciele wierzyli, że działa, jak orkowie w Warhammerze 40K. No nie ma lepszej rekomendacji. Żeby idealnie nie było, jest też wada: dlaczego Doktor nie naprawił paniom Sunday okna i sufitu?

Jakub Pras: Całkiem sympatyczny świąteczny odcinek. Może mało świąteczny, w znaczeniu „dziejący się w święta” (bo jednak większość akcji dzieje się tuż przed), ale klimatycznie zdecydowanie do nich pasował. Jest rodzinnie, jest wzruszająco i magicznie. Fabularnie to w sumie też ciekawy pomysł, z tymi zbiegami okoliczności, które potęgują moc goblinów. I z tym, ile tych zbiegów okoliczności w ogóle może być. Z samymi goblinami w sumie też, tylko jak u licha mieli się oni wszyscy najeść jednym dzieckiem? No i zawsze lubiłem takie minipodróże w czasie dziejące w się w trakcie odcinka. Przypominają o tym, że TARDIS potrafi też skakać pomiędzy latami, a nie tylko planetami.

Nie podobała mi się właściwie tylko jedna scena. Ta, kiedy Doktor i Ruby wrócili z dzieckiem (zapomniałem imienia) do mieszkania, starając się odgonić gobliny oraz uniknąć innych wypadków i zbiegów okoliczności. Suspens, który miał wtedy miejsce był zdecydowanie zbyt długi. Na tyle długi, że zamiast zbudować napięcie zaczął trochę nudzić, dawał wręcz poczucie, że to już koniec odcinka. Na szczęście kolejna scena ratuje sytuację – gdy na żywo obserwujemy zmiany w linii czasu i znikanie teraźniejszości, jaką znaliśmy. Cudowne to było.

Piętnasty Doktor wypada również całkiem sympatycznie i ciekawie. Jest w nim ta doktorowość (scena na drabinie do statku, ogólna genialność, ogarnianie języka lin albo ta rozmowa z policjantem czy wzruszenie losem dzieci wymazanych przez zmianę w przeszłości), natomiast widzę już, że nie będzie on w mojej osobistej czołówce wcieleń. Jest zbyt podobny do Jedenastego, który był rzecz jasna świetny, ale jak dla mnie zbyt nieogarnięty, ekstrawertyczny i jakiś taki „dziki”. I u Piętnastego widzę coś podobnego. Co pewnie dla wielu fanów jest zaletą, natomiast mi nie przypada zbytnio do gustu.

O Ruby z kolei jeszcze nie wiem za bardzo, co sądzę. Wydaje się bardzo sympatyczna, z intrygującym cieniem w przeszłości, ciekawa świata i oddana sprawie („Mają dziecko!”). Także ogólnie pozytywnie z bardzo (bardzo!) dziwną i intrygującą sceną pomiędzy napisami końcowymi.

Felicja Jarnicka (Felicjada): OMG! Jakie to było dobre. Nic nie poradzę na to, że jaram się tym odcinkiem jak krewetka na woku. Ncuti Gatwa jest fenomenalnym Doktorem. Kocham jego akcent, uśmiech i śmiech. Jeszcze jest tak pięknie emocjonalny i potrafi płakać, przeżywać. Łaziłabym za nim jak wariatka.

Podobała mi się fabuła, łączyła w sobie coś, co znamy, z czymś zupełnie nowym. A moment, w którym Doktor i Ruby śpiewają i tańczą, kiedy pojawia się piosenka goblinów, doprowadził mnie do łez ze śmiechu. Nie było to złe, wręcz przeciwnie. Czasem tak reaguję, gdy coś mi się bardzo spodoba, że śmieję się przez bycie naładowaną emocjami. Prawdę mówiąc cały odcinek tak miałam – skakałam, śmiałam się, płakałam, kręciłam się po salonie.

Nowa towarzyszka – Ruby – to ogromnie ciekawa dziewczyna. Jest rewelacyjna i widać było, że z Doktorem ma chemię w relacji. Świetnie się dogadywali. 

Agata Jarzębowska (balagankontrolowany.pl): Świąteczny odcinek oglądałam w samym środku grypy i niech najlepszą rekomendacją będzie to, że na godzinę zapomniałam, jak paskudnie się czuję. Doktor Ncutiego Gatwy natychmiast mnie porwał i przyznam, że dopiero teraz poczułam, jak brakowało mi doktorowej radości życia i beztroski, po prostu chęci przeżywania kolejnych przygód.

Doskonale sprawdziła się również Millie Gibson w roli towarzyszki Doktora, Ruby. Ma w sobie ten głód przeżycia czegoś więcej, a równocześnie nieodparty urok osobisty, doskonale pasujący do charyzmy Gatwy. Ta dwójka wspaniale się uzupełnia i nie mogę doczekać się pełnoprawnego sezonu.

Czy to był najlepszy odcinek świąteczny? Nie, ale miał w sobie wszystko, co powinien mieć: dużo śmiechu (i śpiewania!), ale też odpowiednią dozę wzruszenia i nadziei. I to jest coś, czego po odcinku świątecznym oczekuję. Bawiłam się doskonale, a wiele wskazuje na to, że z tą dwójką czeka nas niejedna szalona przygoda.


A wy co sądzicie? Zapraszamy do dyskusji o tym oraz nadchodzących odcinkach na naszym serwerze Discorda oraz na grupie na Facebooku – TARDISawce, gdzie powstają spoilerowe wątki dyskusyjne. Nie może Was zabraknąć w ożywionych rozmowach, które mają tam miejsce cały czas!

Doktor Who powróci z pierwszym sezonem nowej ery już 11 maja o godzinie 1:00 polskiego czasu na platformach Disney+ i BBC iPlayer. Tego dnia premierę będą mieć dwa odcinki, a cały sezon będzie składać się łącznie z ośmiu epizodów. Zimą zaś możemy spodziewać się tegorocznego odcinka świątecznego.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *