Straszne rzeczy – jak nas straszy World Enough And Time

Gdy zbliżał się odcinek Gdybyśmy czasu mieli więcej (“World Enough And Time”), mogłem być pewien tylko jednego – będzie wyglądał ładnie. Reżyserująca go Rachel Talalay pokazała się w serialu z dobrej strony już wcześniej niejednokrotnie i także tym tym razem dała popis swoich zdolności – klimatycznie zrealizowana scena przed napisami początkowymi, wirująca kamera pod koniec sceny po raz pierwszy prezentującej statek kosmiczny, świetnie oddany niepokojący nastrój w pomieszczeniach, w których ludzie przechodzili konwersję w Cybermenów. A jaki był materiał, na którym Talalay musiała pracować?

Muszę przyznać, że przy całej mojej miłości do Doktora Who mam z tym serialem pewien problem. Nie jest to problem, który dyskredytuje produkcję w moich oczach, ale jest to zarazem rzecz, którą bardzo chętnie bym zmienił i co do której uważam, że twórcy nowych serii popełnili błąd, nie wykorzystując w pełni dostępnego potencjału. Otóż, gdy patrzę na potwory w klasycznych seriach, to przy całej archaiczności ówczesnej charakteryzacji i walorów produkcyjnych, mogę sobie wyobrazić, że mogły przerażać lub choćby wywoływać niepokój. Przykładowo, klasyczni Sontaranie wyglądali przerażająco ze swoją przypominającą kamień skórą i zdeformowanymi proporcjami ciała, podczas gdy współcześni są zabawni i kuriozalni. Dalekowie w swojej bezduszności mogli niepokoić, podczas gdy ci obecni są nieco zabawkowym, żywym symbolem serialu. To wszystko jest oczywiście świetne i składa się na serial, który uwielbiamy, ale zadajmy sobie pytanie, co by było, gdyby nowy Doktor Who straszył tak, jak być może straszył ten oryginalny, gdy oglądało się go w tamtych czasach? Gdyby prezentowane na ekranie istoty nie były pokazywane w pełnym świetle, lecz w półmroku lub w inaczej skonstruowanych kadrach? Gdyby była odrobina niedopowiedzenia, ale też i realności? Gdyby to, co organiczne, rzeczywiście ociekało odrażającą organicznością (Ood!), a nie było po prostu ożywionym kawałkiem tworzywa sztucznego?

Wydaje mi się, że najbliżej zaprezentowania przerażającego stworzenia nowe serie były w przypadku istoty z odcinka Posłuchaj (“Listen”) (Co jest pod kocem? Dopóki to coś się nie ujawni, może tam być naprawdę wszystko, nieograniczone budżetem i dążącą do załagodzenia grozy wizją twórców!), równie niedostrzegalny byt z Północy (“Midnight”), a także Anioły, w przypadku których posągowa sztuczność i nieruchomość były wpisane w specyfikę tych stworzeń. Gdyby Anioły czy istoty z Posłuchaj oraz Północy pojawiły się w rzeczywistym świecie, prawdopodobnie wyglądałyby dokładnie tak, jak na ekranie, podczas gdy znakomita większość pozostałych stworów nie przystawałaby swoją sztucznością do realnego świata. Czasami zastanawiam się, jak odbieralibyśmy ten serial, gdyby twórcy rzeczywiście starali się zaprezentować na ekranie rzeczy wyglądające przerażająco na miarę współczesnego warsztatu (przy całej świadomości ograniczonego budżetu).

Gdy tylko pojawiły się pierwsze przecieki dotyczące mondasjańskich Cybermenów w finale dziesiątej serii, zacząłem się zastanawiać, w jaki sposób zostaną zaprezentowani. Była to ta wersja Cybermenów, która zawsze najbardziej mnie intrygowała. Pozostałe ich odsłony zdawały się bardziej robotyczne niż ludzkie, a to, co w Cybermenach jest najbardziej przerażające, to fakt, że kiedyś byli ludźmi czy też, gdzieś tam w środku, wciąż nimi są, lecz okaleczonymi technologią. Ludzkie ręce i metalowe elementy, zabandażowane głowy i pręty wbite w czaszkę, to wszystko mogło przerażać. I wiecie co? Moffatowi i Talalay udało się to przywołać w mistrzowski (pun intended ;) ) sposób. Współcześni Cybermeni z Mondasu – pomimo retro wyglądu – mogą przerażać. Mogę sobie wyobrazić, że jakiś współczesny Frankenstein byłby w stanie stworzyć takie potwory i wyglądałyby one właśnie tak, a nie inaczej, bo tworzone w nieco partyzanckich warunkach, przy ograniczonych zasobach, byłyby nieco toporne, z surowo wyglądającymi, miejscami zbyt dużymi metalowymi elementami. Paradoksalnie otrzymaliśmy coś realnego i coś, co może wywoływać grozę.

Twórcy odcinka rozsądnie ograniczyli, mogący brzmieć nieco zabawnie, oryginalny, elektroniczny głos Cybermenów, jednak słusznie nie wyzbyli się go całkowicie – po prostu jest go tam tyle, ile trzeba i przywodzi na myśl słowa “wypowiadane” przez Stephena Hawkinga przy pomocy komputera, którym dysponuje. Całe konwersacje przeprowadzane w ten sposób mogłyby sprawić, że patrzyłbym na Cybermenów z Mondasu jak na pozostałe potwory ze współczesnych serii, lubiane i wpisujące się w konwencję serialu, ale oderwane od rzeczywistości. Dalekowie mają mówić jak Dalekowie, współcześni Cybermeni mają mówić jak współcześni Cybermeni, jest to dla nich charakterystyczne, a dla naszych uszu miłe, ale ich głosy nie wywołują niepokoju. A głosy Cybermenów, których zobaczyliśmy na statku zawieszonym na skraju czarnej dziury, już mogą. Możemy poczuć, że w środku, pod warstwą bandaży, przygnieciona ciężką elektroniką, jest zniszczona, zdeformowana istota, która próbuje się z nami z trudnością komunikować, w jedyny sposób, w jaki jeszcze potrafi. Ten metaliczny głos nie jest już zabawny. Nie jest częścią serialowej konwencji. On może przerażać. Podobnie jak może przerażać beznamiętnie powtarzane słowo “Pain, pain, pain!” (“Ból, ból, ból!”), odbijające się echem po szpitalnych korytarzach i możliwość odcięcia nas od tego wywołującego dyskomfort bodźca poprzez zwykłe przekręcenie gałki regulacji głośności, podczas gdy te wszystkie zabandażowane postacie wokoło nadal cierpią, nadal odczuwają ból i kto wie, co jeszcze odczuwają wtedy, a także dużo później, a czego nie są nam w stanie zakomunikować lub do czego już najzwyczajniej w świecie przywykły, co stało się nieodłączną częścią ich egzystencji.

Właśnie tacy powinni być Cybermeni – wywołujący niepokój, przerażający, już nie ludzcy, ale jeszcze nie w pełni robotyczni. Cybermeni to nie duże, metalowe roboty-zabawki. Cybermeni to cierpiący, pokiereszowani ludzie, zamrożeni w topornej technologii, która jest przede wszystkim użyteczna, funkcjonalna, a niekoniecznie zoptymalizowana pod względem designu. Cybermeni to odpowiednik złamanej kończyny, na szybko zabezpieczonej przy pomocy znalezionego gdzieś kawałka drewna i brudnego kawałka koszuli, lecz w sytuacji, w której złamana została cała cywilizacja. Moffat i Talalay idą o krok dalej. Nie tylko świetnie przenoszą na współczesne ekrany to, co dawniej w Cybermenach było najbardziej przerażające, ale dają nam – jak zostało to powiedziane bezpośrednio w odcinku – Genesis of the Cybermen (to oczywiście nawiązanie do tytułu odcinka Genesis of the Daleks), odsłaniają rąbka tajemnicy, pokazują, jak to wszystko się zaczęło, ale robią to w sposób subtelny, z szacunkiem dla przeszłości serialu, bez wywracania wszystkiego do góry nogami, odsłaniając to, co warto odsłonić, ale część kart pozostawiając zakrytymi. Wspólnie stworzyli to równie przerażające (a być może nawet jeszcze bardziej przerażające!) pośrednie stadium pomiędzy człowiekiem a Cybermenem, istoty w długich koszulach, z luminescencyjnym płynem w kroplówce, powoli przemierzające skąpane w mroku korytarze.

Chciałbym zobaczyć jeszcze więcej tego dramatu, tego, co może tu przerażać – w scenie z Bill wyglądającej przez szpitalne okno i częściowo skonwertowanym człowiekiem poruszającym się za nią, liczyłem, że istota ta nie będzie chciała zrobić jej krzywdy, lecz po prostu wyskoczyć przez okno, żeby ulżyć swojemu cierpieniu. Nie mogę jednak narzekać. Otrzymałem właśnie to, czego oczekiwałem od odcinka z mondasjańskimi Cybermenami. Otrzymałem wywołujący niepokój, straszny odcinek.

5 thoughts on “Straszne rzeczy – jak nas straszy World Enough And Time

  1. Chyba pierwszy raz w życiu oglądając “Doctora Who” się tak naprawdę przeraziłem (nie widziałem za dużo klasyków, zaznaczam). Ale to było coś pięknego, to uczucie strachu, mam nadzieję, że w następnym odcinku będzie podobnie.

  2. Jej, ależ to ciekawy felieton <3 Teraz jeszcze lepiej rozumiemy dlaczego tak bardzo lubimy ten odcinek z Cymbermenami, mimo że wcześniej serial nas nimi naprawdę nudził. Bo on w końcu pokazuje ten zamknięty w metalu humanizm Cybermenów tak, jak nie robiły tego dotąd nowe serie. Bo właśnie, tak jak piszesz, pokazuje nam ich cierpienie i to, że choć wygłuszone, ono wcale nie znika. I odnośnie ostatniego akapitu i tego okna, to tak w tej scenie tak naprawdę nie wiemy, co chce zrobić tamten Cybmermen, ale potem, gdy okno się otwiera i wszyscy pacjenci się do niego otwierają, to my myślimy, że właśnie dlatego, że to im daje nadzieję na ucieczkę – że gdyby Bill nie zamknęła tego okna, to oni by z niego wyskoczyli.

  3. świetny felieton, z którym zgadzam się w 100%. zawsze, kiedy pisałam o Cybermenach i domagałam się odcinka o ich genezie, właśnie czegoś takiego oczekiwałam, i tak się strasznie cieszę, że się doczekałam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *