Steven Moffat: Serial nie należy do nikogo

Steven Moffat wyjaśnił w wywiadzie dla serwisu salon.com, dlaczego nie mamy w roli Doktora kobiety. Mówił też o postaciach o innym pochodzeniu etnicznym, utrzymywaniu zainteresowania fanek serialem oraz o tym, jak dokładnie wygląda pisanie serialu telewizyjnego.

Steven Moffat jest najczęściej krytykowanym z pracujących obecnie twórców telewizyjnych. Jako siła twórcza stojąca za dwoma ukochanymi programami BBC – emitowanym od wielu lat, kultowym Doktorem Who oraz darzonym międzynarodową miłością Sherlockiem – stworzył ogromne bazy fanów. Czyni go to bezpośrednio odpowiedzialnym za ich szczęście, czy to z powodu obsadzenia Petera Capaldiego w roli Dwunastego (i obecnego) Doktora czy też wymyślenia okropnych, przypominających włochatą gąsienicę wąsów dla granego przez Martina Freemana Johna Watsona. Inni twórcy dostają wiadomości od swoich fanów, to prawda. Jednak ze względu na popularność seriali Moffata – oraz sam fakt, że jest on fanem zarówno humanoidalnego Władcy Czasu, jak i detektywa z Baker Street – z reguły wzywa się go do osobistego rozliczenia się z fanami.

Czasami krytyka widzów jest powierzchowna. Czasami odnosi się do sposobu opowiadania historii. A czasami widzowie narzekają poważniej. W miarę jak programy Moffata stawały się coraz bardziej popularne – dzięki obsadzeniu Capaldiego, cliffhangerowi na koniec drugiego sezonu Sherlocka oraz wzrostowi międzynarodowej sławy Martina Freemana i Benedicta Cumberbatcha – fani i krytycy zgodnie zaobserwowali niewrażliwość na przedstawicieli innych ras, nieodpowiednie granie postaciami o odmiennej orientacji seksualnej i – co pojawia się najczęściej – śmieszną nieumiejętność napisania postaci kobiecej. Wrażliwość Moffata może być odbiciem najgorszych stron brytyjskiego status quo, zwodniczo maskujących się w intelektualnym optymizmie szybko opowiadanej fikcji. Nie pomaga fakt, że mówi on bardzo szybko, chętnie rzuca spontanicznymi uwagami w momencie, kiedy – wyjęte z kontekstu – nie są aż tak czarujące.

Pomimo tego, „wściekły szkocki lewak” – jak sam siebie nazywa, okazał się całkiem wdzięcznym rozmówcą, kiedy przyszło do dyskusji zarówno na temat Sherlocka, który – miejmy nadzieję – powróci w najbliższe Święta, jak i Doktora Who, którego dziewiąta seria będzie miała premierę 19 września. Wspomniałam przy okazji Moffatowi, że jego pierwszym programem jaki obejrzałam było Każdy z każdym („Coupling”) z 2000 roku – cyniczne spojrzenie na heteroseksualne relacje, fabularyzujące zaloty oraz małżeństwo samego Moffata i jego żony i producentki – Sue Vertue. Moffat skrzywił się, gdy mu o tym powiedziałam. „Mów mi jeszcze o esencjonalizmie płciowym” – powiedział cierpko. Z tego zdania i z tonu wywnioskowałam, że teraz wszystko może się zmienić. Poniżej Steven Moffat wyjaśni, dlaczego nie mamy jeszcze kobiety-Doktora, wypowie się na temat postaci o innym kolorze skóry, utrzymywania fanek przy serialu oraz opowie, jak dokładnie wygląda pisanie serialu telewizyjnego.

Sonia Saraiya: Twoje seriale – Doktor Who i Sherlock – stworzyły wokół siebie niesamowite fandomy. A jak powiedziałeś w marcu, zarabiasz na życie pisaniem fanfiction o Sherlocku Holmesie. Jak to jest podejść do tych istniejących już wcześniej postaci jako fan – być fanem numer jeden, jeśli wiesz co mam na myśli?

Steven Moffat: [Śmiech] Nigdy nie myślałem o sobie jako o fanie numer jeden! O Boże. Pierwszy Fan.

Już naprawdę długo tworzę Doktora Who. Jestem po drugiej stronie ekranu już tak długo, że teraz naprawdę trudno jest mi przypomnieć sobie, jak to jest nie być zaangażowanym w Doktora Who. [Śmiech]. Chociaż dorastałem razem z tym serialem! Myślę, że jest to dobre ćwiczenie w tym, jak robić dobrą telewizję: Nigdy nie powinieneś uważać swojego programu za twój własny. Nawet jeśli go wymyśliłeś, nie powinieneś uważać, że należy on do ciebie. Ponieważ nie należy. W pewnym sensie nie należy. Tworzysz go, zarabiasz na nim pieniądze – co jest strasznie fajne – i to wielka frajda, ale nie należy on do ciebie, ponieważ twórcze przedsięwzięcia nie należą do nikogo.

S.S.: Może są współdzielone? Pomiędzy fanami i twórcami?

S.M.: Kiedyś byłem bardzo oporny wobec koncepcji, że kiedy dzieło jest skończone to należy do widowni. Potem  jednak uświadomiłem sobie, że sam zachowuję się dokładnie w ten sposób. Robię dokładnie tak samo. [Śmiech]. Oglądam odcinek Doktora Who lub Sherlocka Bóg wie ile razy przed emisją, a później nie oglądam go już nigdy więcej. To już koniec. Nie będę miał już takich samych odczuć. W czasie produkcji z reguły martwię się – jestem pełen nadziei lub obaw, przeważnie ich obu – czy wyszło z tego gówno czy coś dobrego. A gdy już następuje emisja to cokolwiek się dzieje, pochwały czy wyrzuty, po prostu to po tobie spływa. To po prostu rzecz, którą zrobiłeś. I naprawdę – o ile ktoś mnie do tego nie zmusi, nigdy nie obejrzę tego odcinka ponownie. [Śmiech]

S.S.: Prawdą jest, że, bez względu na różne przyczyny, Twoich fanów cechuje pewien rodzaj gorliwości. Częściowo z powodu sposobu, w jaki piszesz swoje programy –  tworzysz naprawdę upojną mieszankę tego, co fani naprawdę chcieliby zobaczyć  z odrobiną emocjonalnej manipulacji, która ich wciąga.

S.M.: Szczerze mówiąc, to tylko ludzie. To po prostu widownia. Próbuję zmanipulować widzów. [Śmiech]. Kiedy ludzie mówią: „Ten serial nami manipulował”, myślę sobie: „Myślisz, że jaką miałem cholerną alternatywę?” Chyba zdajesz sobie sprawę, że my po prostu weszliśmy do wielkiego studia i udawaliśmy? To wszystko jest wymyślone. On tak naprawdę nie płacze, ona tak naprawdę nie jest martwa – [śmiech] oczywiście, że serial manipuluje! Jeśliby tego nie robił, byłby strasznie nudny. Ta śmieszna rzecz, która się wydarzyła? Tak naprawdę się nie wydarzyła. Zmyśliliśmy ją.

S.S.: Uważam, że twoje programy są szczególnie dobre w osiąganiu takiej reakcji u fanów.

S.M.: Tak tworzysz telewizję – tak tworzysz cokolwiek: Ktoś już ma wychodzić i na ekranie pojawia się Doktor Who. Zakłada kurtkę. Idzie do pubu w nadziei, że miłość i cała reszta tam na niego czeka. I co teraz zamierzasz zrobić? Masz trzy minuty przed czołówką, którą już widział. I teraz będzie ciężko. Jak zdołasz go zatrzymać? I minutę później – jak zamierzasz przyciągnąć go na dłużej? By oglądał dalej? I następnie, co zamierzasz zrobić tuż przed czołówką, co będzie tak niesamowicie interesujące, że powie: „Zobaczę tylko jak to się rozwiąże i wtedy pójdę”?  A jeśli w czasie, gdy się rozwiązuje, zaczyna myśleć o czymś innym? Wciskasz go z powrotem w kanapę.

Kiedy ludzie pytają mnie – i zawsze brzmi to źle, więc cytuj mnie ostrożnie – nie możesz pisać dla fanów, ponieważ oni już to oglądają. Piszesz przede wszystkim da ludzi, którym brak mądrości – bo nie zdecydowali się oglądać dziś Doktora Who czy Sherlocka. Zamierzam ściągnąć ich z powrotem przed telewizory, by usiedli obok fana, który obejrzałby to tak czy inaczej.

Nie mówię tego, by krytykować fanów – sam jestem fanem! – ale robię w biznesie rekrutacji. Ponieważ ludzie umierają – ludzie umierają, co oznacza, że widownia się zmniejsza, więc jak zamierzam przyciągnąć nowych ludzi do oglądania tego programu. Wiesz, mówi się, że widownia jest stabilna, lecz wcale tak nie jest. Ponieważ ludzie umierają, odchodzą do innych programów, wyjeżdżają do innych krajów, zakochują się. Utrzymujemy stabilność poprzez rekrutację nowych osób, zwłaszcza dzieci. Więc zawsze zastanawiamy się, jak zamierzamy sprawić, że ktoś inny zacznie to oglądać?

S.S.: To z pewnością wyjaśnia odczucia, jakie mam podczas oglądania Sherlocka. To, że historia, którą wydaje mi się, że oglądam, zmienia się na moich oczach.

S.M.: To też zabawa w to, jaki rodzaj historii zamierzamy opowiedzieć. Czy to będzie ten rodzaj? A może tamten? Może moglibyśmy pójść w tym kierunku? Im dłużej możesz sprawić, że będą mówić: „Och, to będzie takie? O nie, nie jest! Och, właśnie przestało!” To zaskoczenie, które jest czymś więcej niż tylko zwrotem akcji. Wydaje mi się, że jestem trochę za bardzo skłonny do tworzenia zwrotów akcji, ale one tak naprawdę się nie liczą. Tym, co się liczy jest to, że znajdujesz się w ciągłym stanie – „ooch! Och! Niech mnie, to naprawdę interesujące!” – zaangażowania w program, starając się przewidzieć. co nastąpi. Nie wolno ci nigdy pozwolić ludziom pomyśleć „och, mam tyle miejsc, w których muszę być”. Chcesz zaskakiwać ludzi. Tak, żeby nie czuli, że jedyne co robią. to patrzenie na osoby udające coś na ekranie. Musisz dać im coś, co wyprowadzi ich z równowagi, będzie ich kusić, zadziwiać lub po prostu ich usatysfakcjonuje. Tu masz coś ładnego, tu ktoś naprawdę zabawny, tu coś, co zawsze chciałeś zobaczyć. I wiesz co? Zobaczysz to.

S.S.: To interesujące, ponieważ, jak pewnie wiesz, jesteś krytykowany za brak reprezentacji mniejszości i kobiet. Widzę. w jaki sposób twój nacisk na opowiadanie historii może uczynić te sprawy nieważnymi dla ciebie, kiedy skupiasz się na zwrotach akcji.

S.M. Co masz na myśli przez „nieważne dla mnie”?

S.S.: Zastanawiam się czy, skoro jesteś tak wciągnięty w coś, co wydaje się być narracją od jednego momentu do drugiego – i, jak sam mówiłeś, ciągnięcie ludzi przez opowiadaną historię – nie jesteś zbytnio zainteresowany zatrzymaniem się na chwilę i zastanowieniem „Hm, jak mogę poprawić kwestię reprezentacji w tym sezonie?”

S.M.: Ależ jestem! Myślę o tych sprawach – to coś, co biorę bardzo poważnie. Wiem, że przedstawia się mnie w odmienny sposób, ale pracuję naprawdę ciężko i nie zawsze jest to łatwe. Musimy z pewnością popracować nad kwestią etniczną. Kiedy tylko przejąłem program, pomyślałem – och, do cholery, przesłuchajmy ludzi wszystkich ras do każdej roli i samo się to rozwiąże. Nie wiem dlaczego taki stary lewak jak ja miał taką wiarę w wolny rynek – to się nie sprawdziło. To się nie sprawdza. W rzeczywistości musisz zdecydować o tym, co zamierzasz zrobić. Lenny Henry mówił bardzo interesująco na ten temat. Kilka lat temu myślałem: „Och, limity i wymogi, co za absurdalny pomysł”. Po czym zrozumiałem, że te limity są całkiem logicznym rozwiązaniem! Nie ma w nich nic złego! Obecnie staramy się je osiągnąć.

Kwestia kobiet – chciałbym móc zrobić listę scenarzystek, które odrzuciły propozycję pisania dla Doktora Who. [Śmiech]. Szczerze powiedziawszy, zrobiłem nieco więcej niż ktokolwiek inny.

S.S.: Jak myślisz, dlaczego tak ciężko jest zatrudnić scenarzystkę do programu?

S.M.: Myślę, że staje się to prostsze. I ponownie, ostrożnie z cytowaniem – ludzie są niezwykle skłonni do wyciągania z kontekstu rzeczy, które mówię i sprawiania tym samym, że brzmię jakbym pluł jadem. Myślę, że to kwestia tego, że stary serial, przynajmniej na poziomie fandomu, był programem dla chłopców. Oglądali go raczej chłopcy niż dziewczynki. Gdybyś poszła na konwent Doktora Who przed 2005 byliby tam sami faceci. Pojawisz się tam teraz i może być tam nawet więcej kobiet niż mężczyzn. Uważam, że to coś wspaniałego. To bardzo dobrze dla nas, facetów, że dziewczyny lubią science fiction. Ludzie! W końcu!

S.S.: I, tak jak mówiłeś, widownia nie jest stabilna, więc chcesz zdobyć tak wielu widzów, jak tylko zdołasz.

S.M. Dokładnie. Russell [T. Davies] powtarzał, jeszcze na samym początku – „Musimy sprawić, że dziewczyny zaczną oglądać ten program!” Kiedy ogłoszono powrót Doktora Who, wszyscy mężczyźni w Wielkiej Brytanii podskakiwali z radości, a wszystkie kobiety mówiły „Guzik mnie to obchodzi”. Napędziliśmy tę zmianę.

Więc, dostajesz pracę jako główny scenarzysta Doktora Who i 4 tysiące mężczyzn rzuca się na ciebie, powtarzając „proszę, proszę, czekałem całe moje życie. by pisać Doktora Who”, praktycznie żadnych kobiet. Teraz jest inaczej. Catherine Tregenna – musiałem przekonywać ją do napisania odcinka Doktora Who, wręcz dobijać się do niej. Sarah [Dollard] ma prawdziwe zacięcie i była naprawdę podekscytowana możliwością pisania. Był to też pierwszy raz, kiedy jakaś kobieta na planie zapytała mnie [bez tchu]: „Mogę zobaczyć TARDIS?”

Dzieje się to dopiero teraz dlatego, że dopiero od 2005 roku jest to naprawdę atrakcyjny serial dla kobiet. Musisz być doświadczonym scenarzystą – nie biorę każdego cholernego starego scenarzysty, biorę ludzi na poziomie prowadzącego serialu lub kogoś w tym stylu.

S.S.: Kultura fanowska i geekowska przez długi czas była zdominowana przez mężczyzn.

S.M.: Tak. Kiedyś chodziłem na konwenty Doktora Who, pierwszego każdego miesiąca, do pubu w Londynie. Sami faceci. Sami faceci.

S.S.: Przed tym, jak zacząłeś pisać scenariusze do serialu?

S.M.: Oj tak. Na długo przed tym. I chwilę później też, ale potem zaczęło wywierać to na mnie presję. [Śmiech]. Sami mężczyźni. Tylko kilka kobiet. Pamiętam, że Jenny Colgan, która pisze opowiadania z uniwersum Doktora Who, mówiła, że musiała zbierać się na odwagę na zewnątrz, że nie mogła wejść, bo wydawało się jej, że tam są sami mężczyźni. Teraz, przysięgam, jeśli pójdziesz na jakiekolwiek wydarzenie fanowskie – czego ja nie mogę zrobić – to będzie tam całe mnóstwo kobiet. I to jest cudowne! Nie wiem, czy cokolwiek mogłoby uczynić tę grupę weselszą. Tam wszędzie zdarzają się jakieś romanse. Na całym świecie będzie mnóstwo „doktorowych” dzieci.

S.S.: Mając to wszystko na uwadze, czemu uważasz, że to nie był odpowiedni czas dla kobiety-Doktora?

S.M.: Ponieważ chciałem obsadzić Petera Capaldiego. Jeśli Doktora grałby jakikolwiek aktor inny niż ten, który jest najbardziej ekscytujący w tej roli, Doktor Who zszedłby z anteny. Trzeba więc obsadzić właściwą osobę. Czy czas był odpowiedni? Nie wiem. Myślę, że byłaby to katastrofa, gdybyśmy obsadzili kobietę w roli Doktora, kiedy odszedł David [Tennant]. Tak myślę. Katastrofa. Prawdopodobna w tym czasie. Myślę, że mogę sobie przyznać nieco zasług za bycie jedyną osobą, która sprawiła, że teraz jest to możliwe. [Śmiech]. Nie było to częścią serialu, dopóki tego nie napisałem. I wciąż to umacniam. Ale uważam, że kiedy ten dzień nadejdzie – bez względu na to, kto będzie prowadzącym serialu – wtedy BBC powie „Powiedz nam, jak to ma zdecydowanie wypalić.” Ponieważ, podkreślam, są tu dwie zażarte grupy. Wiele ludzi pośrodku, rozsądnych na tyle, by powiedzieć: „Jeśli będzie to dobre, polubię to; jeśli będzie to złe, nie spodoba mi się to”.

S.S.: Ci stojący na granicach są głośniejsi.

S.M.: I oni wszyscy są w błędzie! Są w błędzie. Ktoś mówi: „To nigdy nie wypali.” Co to znaczy, że to nigdy nie wypali, do cholery? Skąd, do diabła, możesz to wiedzieć? Ktoś inny z kolei:„Jest absolutnie niezbędne, żeby zrobiono to teraz!” Nie, nie jest! To nie jest niezbędne! To może się nigdy nie wydarzyć! Nie bądźcie głupi. Nie ma żadnych gwarancji. Możecie dołączyć do tych pośrodku i przestać wrzeszczeć na siebie nawzajem? I, proszę, przestańcie wrzeszczeć na mnie. [Śmiech] Jestem bardzo miły.

Źródło: salon.com



Uwielbia herbatę, seriale (zwłaszcza brytyjskie) i superbohaterskie filmy. W przerwach pomiędzy seansami kolejnych odcinków lub filmów, udaje że studiuje. Gdyby mogła nie dorastałaby.

Gallifrey.pl  wszystko o serialu Doctor Who

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *