Między stanem euforii a stanem zaprzeczenia – mieszkając w Cardiff

Wycieczka do Cardiff i okolic jest jak wyjazd do Mekki – obowiązkowa pielgrzymka praktykującego whovianina. Moja przedłużyła się do studiów w, jak mogłoby się wydawać, whoviańskim raju.

Rzeczywistość jednak nie tyle przerosła moje oczekiwania, co wywróciła je do góry nogami.

Jest 13 września ubiegłego roku, sobota, godzina dziewiąta rano czasu lokalnego, którego mój telefon uparcie nie uznaje. Czekam na autobus do Cardiff w barze na lotnisku w Bristolu, popijając stygnącą herbatą podejrzanie wyglądającą kanapkę. Za oknem deszcz, nad głową telewizor i zwiastun kolejnego odcinka Doktora. Jak na razie, nastrajam się słusznie.

cardiff
Kierunkowskaz na Cardiff Bay

Fani klasyków: pamiętacie Green Death? Cóż, moja walijska wioska wygląda całkiem podobnie do Llanfairfach, a z pewnej odległości to i owiec na polu nie odróżnisz od ogromnych zmutowanych czerwi… Ale wracając do rzeczywistości, wyjechałam zaopatrzona w przewodnik po miejscach, gdzie faktycznie kręcono Jedyny Słuszny Serial (plus spin-offy) i plany wycieczkowe są poważne. Jedno mnie tylko zastanawia: właściciel wynajmowanego przeze mnie domu dumnie obwieszcza, że na sąsiedniej ulicy urodził się Tom Jones, ale o Doktorze ani słowa – a ja myślałam, że tutaj wszyscy są whovianami… No dobra, może nie do końca, ale tak słowem nie wspomnieć?! To jest południowa Walia, na święte gacie Rassilona! Po to tu przyjechałam! Nawet na moim uniwersytecie jeden korytarz „zagrał” jako Royal Hope Hospital w Smith & Jones – wprawdzie przed remontem i wygląda już inaczej, ale zawsze. Całkiem niedaleko też do kamieniołomu w Taffs Well, który robił już za Marsa, planetę Ood i Dom w Żonie Doktora („The Doctor’s Wife”). No i przecież, przede wszystkim, Mekka fandomu…

Cardiff
Takimi plakatami oklejono cały dworzec centralny

…Cardiff. Razem z przyjaciółką, aktualnie współlokatorką oraz również whovianką, wpadamy na nieco szalony pomysł uczczenia naszego lądowania na planecie Walia śniadaniem pod Szczeliną. Pomysł przeklinam, kiedy o nieludzko wczesnej porze trzęsę się z zimna na środku Roald Dahl Plas, na dokładnie tej płycie chodnikowej, gdzie wylądowała TARDIS w Boom Town. Muszę jednak przyznać, że krajobraz wszystko wynagradza: promenada, którą biegł Jack w otwierającej scenie Utopii. Kapliczka Ku Pamięci Ianto Jonesa. Sklepik z pamiątkami – głównie doktorowy i sherlockowy merchandise. Millenium Centre, którego wnętrze przerobiono na szpital w New Earth. Projektowany chyba przez architekta na haju budynek studia BBC Roath Lock (The Five(ish) Doctors Reboot się kłania). Kartonowy Cybermen na przystanku autobusowym. TARDIS na molo. Doctor Who Experience – chwilowo nieczynne. Po dość kosztownym śniadaniu (restauracja z Atomowego miasta („Boom Town”), oczywiście) ruszamy na podbój lokalnych sklepów z komiksami, ku mojej nieopisanej radości również dobrze zaopatrzonych w te doktorowe, do kompletu z książkami, słuchowiskami, figurkami, koszulkami… Wypierając wszelkie myśli o ilości wydanych pieniędzy, wracam do domu szczęśliwa. Cardiff nie zawiodło oczekiwań. Pytanie – co dalej?

cardiff
Lokalny sklep stara się zarobić na pamięci o Ianto

Niewiele, jak się okazuje, bo jeszcze jesień dobrze się nie skończyła, a już się – ku mojemu własnemu zaskoczeniu – trochę uspokoiłam. Jeszcze tylko zdążyłam posłuchać, jak na lokalnym konwencie Sylvester McCoy gra na łyżkach, odwiedzić Experience w przeddzień 51 rocznicy i poznać paru whovian (z czego niepokojąco wielu okazało się… Polakami), zanim porzuciłam serial i poza okazjonalnym słuchowiskiem czy książką zainteresowanie sprawą całkiem mi przeszło. Nie żeby dało się jakoś uciec przed Doktorem w kraju, gdzie Davros reklamuje sklep z używaną elektroniką (jest w tym jakaś metafora, która nieco mi umyka), a o te wszystkie miejsca znane z odcinków człowiek się dosłownie potyka.

Okazuje się jednak, że można ich… nie zauważać. Przechodzić obojętnie obok tych wszystkich Daleków na wystawach sklepów z zabawkami. Chodzić całą zimę w szaliku Czwartego, ale przez pół roku nie obejrzeć ani jednego odcinka. Szczyt stawania się „miejscowym”: patrzeć z wyższością na turystów. Tak, tak, proszę pana, do szczeliny w czasoprzestrzeni to w tamtą stronę, autobus odchodzi co 10 minut spod Tesco. Codzienność.

Jeśli już zwiedzam, to nieświadomie, przypadkiem, bez planu (I tak wycieczka na Barry Island okazuje się piknikiem na Gallifrey). A tamten kamieniołom w Taffs Well? Nawet mi się nie chciało. Do oglądania Doktora wracam na wakacjach – już z powrotem w Polsce. Spokojnie, do września mi przejdzie. Być praktykującym whovianinem w Cardiff? Dajcie spokój. To dobre dla turystów.

Cardiff
Kapliczka Ianto


Zagorzały fan klasyków oraz Expanded Universe. Serce oddał Trzeciemu, a duszę przez Ósmego zaprzedał Big Finish. Wbrew obiegowej opinii, ma jeszcze życie poza Doktorem. W przyszłości chce zostać Kuzynem w Faction Paradox.

Gallifrey.pl  wszystko o serialu Doctor Who

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.