„Kropka i Bańka” – wrażenia redakcyjne

Russell T Davies zabrał nas tym razem w przyszłość do Finetime, w którym nic nie jest takie, jak się początkowo wydaje… Zapraszamy Was do zapoznania się z naszymi wrażeniami z piątego odcinka nowego sezonu, Kropka i Bańka. Serdecznie witamy też naszych wyjątkowych gości: Natalię i Jacka z kanału Hype Train | Pociąg do popkultury, Bartosza z Torchwood5, Radosława z grupy Disney Plus Polska, Sylwestra z kanału Retro komiks, Jakuba z podcastu O Filmówce Przy Kremówce, Karola z ekRAJNIzacji, Kacpra z TARDISawki, Dominika z kanału Ja, Dominek, a także Filipa. Jeśli jeszcze nie oglądaliście odcinka, nadróbcie go szybko – tekst zawiera spoilery!

Krzysztof Danielak: Kropka i Bańka formułą przywodzi na myśl Blink, chociaż Doktor i towarzyszka byli tu aktywniejsi. Występy Callie Cooke i Toma Rhysa Harriesa są bardzo udane. Zachowanie Ricky’ego w scenie spotkania z Lindy było bardzo doktorowe. Bańki to świetna metafora baniek (także informacyjnych) w mediach społecznościowych i technologii dosłownie przysłaniających cały świat. Ncuti znakomicie poradził sobie z trudną sceną, a emocje Doktora, podkreślone muzycznie, były bardzo wyraziste, tworząc najlepszą scenę sezonu.

Ślimaki budziłyby więcej emocji, gdyby bardziej aktywnie ścigały cele (wyjątkiem był ten z windy). Nie przekonała mnie także zmiana postawy AI wobec Finetime. Błędem jest antropomorfizowanie AI. Wydaje się, że zwykła AI działa według zimnej, pozbawionej emocji logiki, więc kiedy zyska świadomość (jak ludzie), to się zmieni. Tak być nie musi – AI może myśleć kreatywnie, a jednocześnie zupełnie nie wykształcić emocji. AI musi też mieć podstawę do uczenia się i wyciągania wniosków. Dlatego w tak odizolowanym od reszty (wszech)świata miejscu nie miałaby jak wywnioskować, że może być wykorzystywana lepiej i czuć obrzydzenie, bo to wszystko, co zna.

Kropka i Bańka w udany sposób zaskakuje i to nie raz. Po Lindy nie spodziewamy się wyrachowanej zdrady Ricky’ego. Finetime’owcy wcale nie chcą być skutecznie uratowani, mimo ogromnego wysiłku Doktora i Ruby. Nic dziwnego, że w Doktorze coś pękło. Nagle też okazuje się, że to nie tylko satyra na pokolenie TikToka. Mamy tu do czynienia z klasizmem i rasizmem, wzajemnie łączącymi się zjawiskami. Jednakże jeśli głównym celem odcinka było skrytykowanie rasizmu, to moim zdaniem nie wyszło. Nie kupuję tego. Miasto influencerów, odciętych od rzeczywistych problemów, którzy nie muszą wykonywać faktycznej pracy i są bogatymi snobami (wstrętna praca manualna); wszystko im się po prostu należało. Jako krytyka klasizmu – no idealnie, ale w efekcie rozwodniono rasizm, a w polskiej wersji jeszcze go mniej. Możliwe też, że gdy odcinek był pitchowany Moffatowi u podstaw Finetime’u leżał sam klasizm, bo Doktor był biały, a wątek rasizmu został dodany wraz z castingiem Ncutiego bez większych zmian w ogólnym pomyśle. Dlatego w moim odczuciu dominował tu klasizm, choć rozumiem, dlaczego można odbierać epizod inaczej i nie twierdzę, że jest to błędne. Mimo że średni, to dobrze, że odcinek prowokuje dyskusje na ważne tematy, nie tylko wymienione wcześniej.

Kacper Olszewski (TARDISawka): Ludzie w Bańkach, wewnątrz wielkiej bańki i wszyscy mają nieźle na bani. Piszę te wrażenia ponad tydzień po premierze odcinka, więc miałem już okazję obejrzeć go drugi raz i rzucić okiem na różne internetowe dyskusje. Po tym wszystkim dochodzę do wniosku, że ten odcinek wybija się na tle innych – jest na tyle charakterystyczny, że zostanie zapamiętany. Dominacja mediów społecznościowych, rozwój technologii AR (augmented reality) i istnienie influencerów to bardzo współczesne problemy. Czekam na memy nawiązujące do Kropki i Bańki przy okazji ogłoszeń kolejnych nowinek technicznych.

Bardzo szybko i przyjemnie się ten odcinek rewatchuje. Dla mnie jest ciekawy głównie za sprawą tego, czego nie pokazuje. Nie dowiadujemy się praktycznie niczego na temat ludożerczych ślimaków, upadku matczynej planety i pozostaje nam tylko domyślać się, jaki los spotkał ocalałych uchodźców. Bardzo to pasuje do tego, że motywem odcinka jest ślepota na zagrożenie, które znajduje się tuż obok i niezdolność do samodzielnej ucieczki. Aż szkoda, że twórcy nie posunęli się o krok dalej i nie użyli dużo większej ilości ujęć ograniczających zasięg wzroku widza, np. perspektywy pierwszoosobowej. Zbudowaliby tym samym większe napięcie i bardziej rozbudzili ludzką wyobraźnię.

Tak, oczywiście, ludzie z Finetime okazali się być okropni, ale jak dla mnie ciekawsze jest to, że nie dziwi mnie niezdolność Lindy do poruszania się bez swojej Kropki i Bańki. Dzisiaj poszedłem do piekarni bez telefonu i muszę przyznać, że autentycznie świerzbiała mnie pustka mojej kieszeni w spodniach. Mój układ trawienny też już się uzależnił – wszystkie organy wiedzą, że przyswajamy z jutubem, a wydalamy z fejsem na telefonie. Dobrze, że mam nazwisko na późną literę alfabetu.

Natalia Fila Zabrzeska (Hype Train | Pociąg do popkultury): Najnowszy odcinek Doktora mimo tego, że ocieka cukierkową stylistyką, jest dla mnie na ten moment najbardziej mrocznym odcinkiem. Początkowo odcinek budzi skojarzenia z Black Mirror, mamy też naprawdę obleśne ślimacze potwory. Jednak im dalej w odcinek, tym bardziej przekonujemy się, co tu jest prawdziwym przeciwnikiem i co tak naprawdę prowadzi do destrukcji. Ten odcinek, pod pozorem krytyki rozwydrzonej, zamkniętej w świecie medialnym młodzieży, wyciąga na wierzch najgorsze ludzkie cechy, takie jak mściwość, samolubność, klasizm, czy, jak sugeruje nam sam autor, rasizm. Powoduje, że ci ludzie mogą się wydawać niewarci pomocy i ratowania przez Doktora.

Właśnie, Doktor. Ten sezon zupełnie inaczej pokazuje postać Doktora. W poprzednich odcinkach albo Doktora nie było, albo stał w jednym miejscu. W tym natomiast aż do finału jest kafelkiem na ekranie bańki. Jednak to, co pokazuje nam na koniec, wszystkie emocje, złość i bezradność, jest kwintesencją Doktora. Ncuti Gatwa rozegrał tę finalną scenę fenomenalnie, pokazując jak świetnie rozumie postać Doktora.

Wracając jeszcze na chwilę do wątku rasizmu w tym odcinku. To jest dokładnie to, o czym wspominałam we wcześniejszych recenzjach, że Davies się nie ogranicza. Potrafi rozegrać najbardziej kontrowersyjne i bolesne tematy. Nie ukrywam, że na początku myślałam, że chodzi o klasizm. Miałam wrażenie, że mieszkańcy Finetime pogardzają Doktorem i Ruby ze względu na ich status majątkowy. Jednak przeczytanie wywiadu z Daviesem i powtórny seans odcinka uzmysłowiły mi, że niechęć Lindy do Doktora bierze się z koloru jego skóry. I nawet w końcowej sekwencji, jak uważniej się przypatrzeć, cała pogarda skierowana jest w stosunku do Doktora, nie Ruby. Dodatkowo bolesnym przesłaniem tego odcinka chyba jest to, że ludzkość nawet w przyszłości nie wyzbywa się swoich uprzedzeń. To jest naprawdę dobry odcinek z mocnym przesłaniem.

Przyjaciele Lindy w Finetime z Dot and Bubble

Jacek Gajowniczek (Hype Train | Pociąg do popkultury): Znowu po zakończeniu odcinka myślałem o nim przez długie godziny. Coś w tym sezonie jest takiego magicznego, a każdy z odcinków jest na tyle unikatowy, że zapamiętam je na długo. I znowu wykorzystywany jest podobny koncept co w poprzednim odcinku, tj. najbardziej przerażające jest to, czego nie widzimy.

Jak na odcinek, w którym połowa akcji rozgrywa się na wyświetlanych ekranach, jest bardzo unikatowo nakręcony. Chociażby długie zbliżenia oraz inne zabiegi operatorskie sprawiają, że czasami miałem wrażenie, że oglądam jakieś kino arthouse’owe (w obiektywie telewizyjnym).

Jedyne o co się obawiam, ale może niepotrzebnie: ostatnie dwa odcinki dały nam mało Doktora w Doktorze. Ale nie zmienia to faktu, że gdy tylko Doktor Ncutiego pojawił się w pełnej krasie pod koniec odcinka – jego emocje zmiotły mnie z planszy.

Bartosz „Rhydian” Gawron (Torchwood5): To był odcinek, co do którego nie miałem żadnych oczekiwań. Zwiastuny mnie nie porwały, a wszelkie informacje, jakie mieliśmy na jego temat, wzbudzały we mnie poczucie, że to będzie taki zwykły przeciętny odcinek, o którym szybko zapomnimy. Ku mojemu zaskoczeniu było jednak inaczej.

O ile szkielet fabuły wydaje się do bólu znajomy – potwory atakują miasto, mieszkańcy muszą uciekać – to wykonanie było bardzo interesujące. Pomysł na tę bańkę komunikacyjną bardzo mi się podobał, tak samo jak to, że Doktor i Ruby pojawiali się do samego finału tylko na ekranie. Szanuję taki pomysł, choć uważam, że odcinek powinien być umiejscowiony w innym miejscu w sezonie. W 73 jardach Doktora nie było praktycznie wcale, a tutaj nie było go fizycznie w akcji. Czuję, że jest zdecydowanie za mało Ncutiego, szczególnie, że mamy teraz w sezonie tylko 8 odcinków.

Odcinek przez 90% swojego trwania był dla mnie takim zwykłym epizodem Doktora z małym urozmaiceniem w postaci Doktora i towarzyszki będących tylko w formie wideo. Moje postrzeganie tego odcinka zmienia zdecydowanie zakończenie. Pokazanie, że jeżeli nie jesteśmy w stanie pokonać swoich uprzedzeń (chociaż jest to pewnie zbyt delikatne słowo) nawet, gdy ktoś uratował nam życie, to jesteśmy po prostu skazani na porażkę. Jestem pod wrażeniem, jak dojrzałe jest to zakończenie. Ja osobiście nawet nie zauważyłem wątku rasizmu przy pierwszym oglądaniu, myślałem, że chodzi tu o klasizm. Jestem białym człowiekiem, mieszkającym w kraju, w którym praktycznie cała styczność, jaką mam z osobami o innym kolorze skóry to seriale i filmy. W Polsce mamy innego rodzaju problemy z uwagi na naszą demografię i widziałem ten odcinek przez pryzmat swoich doświadczeń, ale dla krajów położonych bardziej na zachód ta scena musiała uderzyć podwójnie mocno. To mi się bardzo w tym odcinku podoba – można go odebrać na różne sposoby w zależności od naszych własnych doświadczeń. Uważam, że ten finał to był bardzo odważny ruch, który nie przypadnie do gustu wszystkim, ale ja osobiście bardzo się cieszę, że wygląda jak wygląda i poprawia mi ocenę całego odcinka.

Radosław Koch (Grupa Disney Plus Polska): Kolejny odcinek Doktora, w którym Doktora nie ma wiele, choć tym razem cały czas jest na ekranie, ale nie wychodzi spoza ramki w bańce głównej bohaterki. To jednak powoduje, w połączeniu z tematyką odcinka, która jest ciekawym spojrzeniem na współczesne społeczeństwo i rozwój mediów społecznościowych, że Kropka i Bańka bardziej wygląda jak część Black Mirror niż odcinek Doktora Who. Nie jest to wadą, bo zawsze lubię wychodzące poza schemat odcinki, ale jednak przydałyby się też bardziej standardowe historie, które dałyby serialowi trochę oddechu.

Jeśli miałbym wskazać, co najlepiej zapamiętam z tego odcinka, to byłby to moment, gdy główna bohaterka dowiaduje się o wielkich ślimakach zjadających jej przyjaciół. Świetnie została zbudowana atmosfera grozy, co przywodzi mi na myśl najlepsze tego typu momenty z poprzednich serii, a same ślimaki, choć dość kampowe, to też świetnie sprawdzają się w estetyce Doktora Who. Historia też idzie dość nieszablonowo, a parę momentów zaskakuje. Jednak samo zakończenie, choć dość logiczne względem reszty odcinka, lekko mnie zawiodło, a komentarz społeczny trochę zatracił się wśród reszty wątków.

Tom Rhys Harries jako Ricky September w Dot and Bubble

Sylwester Kozdroj (Retro komiks): Po kilku pierwszych minutach seansu miałem nieodparte wrażenie, że oto oglądam nowy odcinek Black Mirror. Surrealistyczny obraz rzeczywistości zaprezentowany w Dot and Bubble mocno rezonował w kierunku świata widzianego oczyma Charliego Brookera, a z racji bycia fanem tego innego brytyjskiego serialu nowa przygoda Doktora kupiła mnie jeszcze zanim na dobre się rozkręciła.

Dot and Bubble najprościej byłoby nazwać gorzką karykaturą świata dzisiejszego. Młodzi ludzie odizolowani od rzeczywistości przez serwisy społecznościowe, czekający na clickbaitowe newsy, rozmawiający częściej na Discordzie niż z rodzeństwem siedzącym tuż obok. W Doktorze Who przyszedł czas na gorzką, przerażającą opowieść, mającą nam w dość brutalny sposób przypomnieć na czym polega prawdziwe życie. Russell T Davies mając do dyspozycji dystopijne, nie umiejące wykonywać nawet najprostszych czynności społeczeństwo, nakazuje mu opuścić komfortową – tytułową – bańkę i na własne oczy przekonać się co to znaczy real life. W Dot and Bubble kosmiczne robale to tło, element dekoracyjny niewiele zmieniający i właściwie zbędny. To, co najważniejsze w tym odcinku, to droga różowiutkiej bohaterki – brawa za znakomitą kreację dla Callie Cooke – dzięki której ma ona szansę przejrzeć na oczy, zdobyć się na odwagę i podjąć działania mające pomóc jej w powrocie do normalności. Czy jest to droga zwieńczona sukcesem?

Dot and Bubble to historia ciekawa z jeszcze jednego powodu. Mianowicie z uwagi na ulokowanie Doktora oraz Ruby na obrzeżach serialowej sceny. Są oni jak najbardziej na niej obecni, ale powierzono im role zbliżone do zadań przydzielanych zazwyczaj teatralnym suflerom. Nasi bohaterowie podpowiadają, wskazują drogę – podobny zabieg mogliśmy obserwować w epizodzie Blink – ale nie biorą czynnego udziału w wydarzeniach. Fajnie to grało na ekranie, nadawało akcji dodatkowego dynamizmu oraz pokazało Doktora, któremu zależy. We wcześniejszych epizodach gdzieś tego nie widziałem; za dużo było biegania, całego tego efekciarskiego szumu, itp. W Dot and Bubble zobaczyłem Doktora autentycznie przejętego i chcącego pomóc. Dobry odcinek.

Jakub Kraszewski (O Filmówce Przy Kremówce): Nie jestem fanem tego odcinka. O ile podoba mi się pomysł na osadzenie kolejnej przygody Doktora w konwencji rodem z Czarnego lustra (przecież to jest niemalże samograj!), tak wykonanie pozostawia wiele do życzenia. Konstrukcja świata przedstawionego w odcinku jest jedną wielką satyrą na TikToka i krytyką jego wpływu na społeczeństwo. Samo to mogło być fajnym motywem, dobrym punktem wyjścia do fabuły, niestety scenariusz sprawia wrażenie napisanego przez osobę, która temat social mediów zna jedynie z opowieści – głównie tych negatywnych.

Najgorszy problem mam z postaciami. To już drugi odcinek z rzędu, gdzie Doktor (a tym razem także i Ruby) schodzi na dalszy plan, co już samo w sobie nie jest najszczęśliwszym pomysłem w tak krótkim sezonie. Zamiast tytułowego Władcy Czasu śledzimy losy Lindy, jednej z mieszkanek dystopijnego Finetime. I mam z tą postacią problem, bo przez większość czasu ekranowego jest ona zwyczajnie irytująco antypatyczna. Podobnie sprawa ma się z właściwie wszystkimi postaciami pobocznymi – całe społeczeństwo jest tu ukazane na zasadzie bardzo przegiętej karykatury. I ja nie twierdzę, że nie da się zrobić z antypatycznej postaci ciekawego protagonisty (żeby daleko nie szukać, chociażby wyżej wspomniane Czarne lustro robiło to wiele razy z dużo lepszym skutkiem), po prostu to niestety nie jest ten przypadek.

Żeby nie było jednak zbyt negatywnie, są też w Kropce i Bańce elementy, które wypada pochwalić. Jak zawsze doceniam użycie praktycznych efektów specjalnych do stworzenia ślimakopodobnych potworów, podobnie scenografie i projekty niektórych lokacji prezentują się całkiem ciekawie. I, co chyba najważniejsze, podoba mi się, jak subtelnie poprowadzono tu wątek rasizmu wśród mieszkańców Finetime. Russell T Davies (szczególnie ostatnio) ma tendencję do podawania morałów w sposób dość łopatologiczny, dlatego tym bardziej cieszy, że tym razem postawił raczej na sugestie. Dzięki temu końcowa scena, w której Doktorowi puszczają nerwy (swoją drogą świetnie odegrana przez Gatwę) wybrzmiewa tak dobrze. W ogólnym rozrachunku był to jeden ze słabszych odcinków, równie pomijalny jak Kosmiczne dzieciaki.

Filip „ThePinkFin” Mazur: Doktor przegrywa! No tak, czasem się tak zdarza. Generalnie ma on wielki dar przekonywania do siebie ludzi, ale wielokrotnie to nie wystarczyło. Okoliczności też potrafią sprawić, że ludzie albo inne byty mają co do Doktora wątpliwości albo też po prostu ich moralność jest tak odmienna, że wolą podjąć pewne problematyczne decyzje, które zawodzą Władcę Czasu.

To chyba oczywiste, że najnowszy odcinek próbuje nam przekazać coś ważnego o naszym życiu. Okej! Na pierwszy rzut oka rutyna osób z Finetime’u różni się od tej, którą powinniśmy znać. Nie mamy kropki, ani jej bańki, ale mamy telefony. Być może nie próbują nas zabić, ale poświęcamy im tak dużo czasu i uwagi, że oddalamy się od siebie nawzajem, nie wspominając o bardziej drastycznych przypadkach. Cały czas gapimy się w te ekrany. Kiedy ostatni raz trzymaliście prawdziwą mapę w ręce? Ja miesiąc temu, ale łatwiej mi było chodzić po mieście z Google Maps. Myślę, że łatwo utożsamić się z Lindy, bo zachowuje się jak większość nas, choć na pierwszy rzut oka nie jest to takie oczywiste. Na pewno podjęła lekko zaskakującą decyzję co do swojego idola, ale dzięki temu pokazała, że nie jest płaską postacią i uwiarygodniła zasadność swojej następnej decyzji. Wiele ludzi idzie za Doktorem, ale czy Wy na pewno weszlibyście do małej budki, która ma niby być czymś innym, niż podpowiadają Wam Wasze zmysły?

Poświęciłem tu bardzo mało miejsca na analizę tego odcinka, ale potencjał jest całkiem spory. Tęskniłem za takimi odcinkami. Nie mogę sobie przypomnieć, żeby Chibnall, który przejął rolę showrunnera już 6 lat temu, proponował nam takie doznania, jakie RTD tylko przywraca. Jedynym minusem dla mnie jest to, że stęskniłem się za pełnoprawnym odcinkiem z Ncutim, a zostały już tylko 3.

Lindy na ulicach Finetime w Dot and Bubble

Karol Rajner (ekRAJNIzacja): Ostatnie dwa epizody Doktora wypadły niemalże bezbłędnie, niestety ta passa nie została utrzymana i zamiast kolejnej rewelacji dostaliśmy klasyczny „odcinek środka sezonu”. Nie ma tragedii, nie ma zachwytów, jest po prostu w porządku, może nawet lekko bardziej niż w porządku.

To, co najlepiej zagrało w najnowszym epizodzie naszego ulubionego serialu, to bez wątpienia kapitalna realizacja! Scenografia, kostiumy i CGI robią naprawdę niemałe wrażenie, nawet te nasze ślimakowe potworki są tak bardzo doktorowe, że w połączeniu z solidnym CGI wypadają całkiem dobrze, chociaż naturalnie wolałbym w tym miejscu efekty praktyczne. Aktorsko również jest bardzo dobrze, Ncuti Gatwa kiedy tylko jest na ekranie to ponownie kradnie show, podobnie jak chemia Doktora i Ruby. No właśnie, „kiedy tylko jest na ekranie”, ponieważ ponownie dostajemy epizod, w którym Doktora mamy stosunkowo niewiele. W 73 jardach mieliśmy możliwość ujrzeć naszego ulubionego Władcę Czasu w bardzo krótkim przedziale czasowym, tutaj jest go troszkę więcej, ale nadal uważam, że to zdecydowanie za mało. Na plus wypada również sam motyw przewodni, jakim jest wyśmiewanie przez Russella T Daviesa snobistycznych elit i tego, jak bardzo ludzie są uzależnieni od swoich wygód. Wyśmiewanie rozpieszczonych bachorków i influencerków zawsze mile widziane. Nie jest to nic oryginalnego, ale zostało to poruszone w na tyle ciekawy sposób, że całkiem miło spędziłem czas przy tym epizodzie. Na plus zdecydowanie wybija się przewrotny i niebanalny finał, który stanowi bardzo zgrabną klamrę dla całej tej opowieści.

Nie mamy tutaj do czynienia z żadną rewolucją czy jakimś wybitnym scenariuszem, mamy za to całkiem sympatyczny i niezbyt wymagający odcinek, który moim zdaniem sprawdza się dobrze jako takie wyciszenie po ostatnich rewelacjach. Dalej optymistyczny czekam na więcej!

Dominik Śnioch (Ja, Dominek): Wooow, co za odcinek. Chyba tylko moja osobista słabość do twórczości Moffata sprawia, że nie stawiam go na pierwszym miejscu sezonu. Kocham parodie i pastisze, a jeszcze bardziej parodie i pastisze kąśliwe i zgryźliwe. A pierwszy akt tej historii był taki na sto dziesięć procent.

Potem poszło bardziej w inne tony, ale też niezgorsze. Krytyka klasizmu, bo o niej mowa, została świetnie wykonana, aczkolwiek podobno celem odcinka było też uderzenie w rasizm. Jeśli tak, to, niestety, wypadło to mocno nieczytelnie. Chociaż z drugiej strony niewątpliwym osiągnięciem RTD jest to, że teraz fandom dużo i głośno mówi na temat tego, czy to było jedno, drugie, a może oba. A w ogóle to widzę mnóstwo zaskoczonych końcówką widzów – podzielam dobrą opinię, że Gatwa ponownie bardzo dobrze zagrał – ale zaskoczenia to już nie. Spodziewałem się, że Lindy odwali coś takiego od momentu, gdy doprowadziła tego heroicznego Ricky’ego do śmierci.

Bardzo esencjonalne dla serialu były potwory: trochę niedorzeczne, trochę źle zaprojektowane… czyli to, co fandomowe tygryski lubią najbardziej. A przynajmniej powinny, skoro oglądają Doktora. Podobnie również akcent, że głównym sprawcą zamieszania jest ktoś (albo raczej coś) innego. Mam mieszane uczucia: AI jest moim osobistym wrogiem z jednej strony, więc nie powinienem mu kibicować, a z drugiej… co ja poradzę, że po prostu cieszyłem się z tego, że napuściło na to klasistowskie towarzystwo żarłoczne ślimaczyska w rozmiarze XXXXL.

Najbardziej doskwierały mi dwie rzeczy, o które jednak nie do końca fair jest obwiniać ten odcinek. Pierwszą jest to, że Doktor nie miał okazji odnieść sukcesu w rozwiązaniu sprawy. Tak, uratował blond klasistkę, ale ostatecznie jednak rzeczona, jak na klasistkę przystało, metaforycznie napluła mu w twarz i ruszyła się ochoczo zabić, nie mając pojęcia, co ją czeka w dziczy. Druga kwestia to to, iż był to kolejny odcinek z przesłaniem. Przesłaniem, które mi się podoba, które do mnie przemawia i w ogóle, ale jednak czuję już pewien przesyt. Jednak, jak już wspomniałem, nieco nieuczciwie obwiniać o to odcinek, to nie jego wina, że w pozostałych mamy te same kwestie, same w sobie dobre, tylko nużące w tym natężeniu.


A wy co sądzicie? Może macie w jakimś aspekcie inne zdanie? Zapraszamy do dyskusji o nowym sezonie na naszym serwerze Discorda oraz na naszej grupie na Facebooku – TARDISawce, gdzie powstają spoilerowe wątki dyskusyjne. Nie może Was zabraknąć w ożywionych rozmowach, które mają tam miejsce właśnie teraz!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *