Czym nas straszy Doctor Who?

Czy Doctor Who może nas naprawdę przerazić? Przyznaję, że nie znam definitywnej odpowiedzi na to pytanie. Za to mogę (i chcę) opowiedzieć o tym, co mnie w nim osobiście przeraża. Nasz ukochany serial należy z definicji do kategorii produkcji familijnych, czyli skierowanych do osób w każdym wieku, również najmłodszych. Ale czy to wyczerpujące określenie? Nie sądzę! Owszem, znajdziemy tam wiele epizodów, które mali widzowie pokochają, jednakże wiele z nich porusza tematy ze świata dorosłych i niejednokrotnie serial bywa bardzo mroczny.

Jako że Halloween już jutro, postanowiłem zaprezentować kilka historii (w losowej kolejności – wszak to nie ranking), które przyprawiły mnie o gęsią skórkę i trzymały w napięciu aż do samego końca.

Kompleks boga (“The God Complex”)

Hotele są jednymi z najpopularniejszych lokacji w horrorach i stworzenie historii w tak szczególnym miejscu przyprawiło mnie o banana na twarzy. O ile sam Minotaur bardzo straszny nie był (byłem mocno zawiedziony – po takich mocach spodziewałem się bardziej wyrazistego antagonisty), o tyle hotel oraz nieszczęścia przytrafiające się gościom wywoływały mocne ciary na moich plecach! Zwłaszcza etap, w którym przyszła ofiara zaczynała mówić “chwalmy go!” – to było przepiękne. Napięcie w tej historii budowane było po mistrzowsku. Hitchcock byłby dumny.

Puste dziecko/Doktor tańczy („The Empty Child”/„The Doctor Dances”)

Tutaj z kolei mamy do czynienia z kinem typu survival/zombie. Zaraza/epidemia/nanoboty opanowujące ludzi? Mamy! Bohaterowie w potrzasku? Oczywiście! Zagrożenie pojawiające się znikąd i inne typowe dla tego gatunku chwyty? No ba, jeszcze jak! Co najbardziej mnie chwyciło? Zdecydowanie tytułowe dziecko i plaga wywołana przez nanoboty. Coś w tych istotach było niepokojącego. Nie wiedziałem, jakie mają zamiary lub skąd się tu wzięły. Cała ta tajemniczość i poczucie osaczenia sprawiły, że historia stała się jedną z moich ulubionych. Mimo tak typowej dla tego gatunku konstrukcji, wciąga jak bagno i nie puszcza aż do samego końca! No i pojawia się w niej kapitan Jack Harkness, ale to już inny rodzaj zalety…

Dar niebios (“Heaven Sent”)

Doktor uwięziony we własnym dysku konfesyjnym przez Władców Czasu… To się wręcz prosiło o klimat grozy. Mamy tu motyw pętli czasowej, która w tym gatunku charakteryzuje się tym, iż należy ją przerwać poprzez wykonanie pewnej kluczowej czynności – w przypadku Doktora była to ściana z materiału twardszego od diamentu. Wiele rzeczy w tym zamczysku przerażało: stos czaszek na dnie fosy, tajemnicze wiadomości, nemezis wiecznie ścigająca naszego śmiałka… To wszystko sprawiło, że oglądałem ten odcinek z zapartym tchem, czegoś takiego jeszcze nigdy nie przeżyłem. Z czystym sumieniem mógłbym jej wystawić najwyższą ocenę.

Mrugnięcie (“Blink”)

Co tu dużo mówić? Debiut Płaczących Aniołów jest ważny dla tego serialu z wielu powodów. Odcinek nie był skupiony na Doktorze, lecz na przypadkowej (z pozoru) osobie: Sally Sparrow. Jak dobrze wiemy, Anioły są bardzo niebezpiecznymi istotami, zaś Sally musiała się z nimi zmierzyć twarzą w twarz, podczas gdy naszego herosa nie było w pobliżu. Tutaj poznałem po raz pierwszy motyw z pętlą czasową, który został wykonany genialnie. Sam fakt, że ofiary Aniołów trafiały w zupełnie inne ery i zostawały uwięzione tam na zawsze, był smutny i przerażający – ale sprawiało to też, że Anioły były o wiele bardziej przerażające, niż zdawało się na pierwszy rzut oka (jakby sam fakt, że są ruszającymi się w mgnieniu oka “kamiennymi rzeźbami” to za mało). Z perspektywy czasu najbardziej niepokojące wydaje mi się to, że tutaj zabijały swoje ofiary w dosyć… łagodny sposób. To nie był ich pełny potencjał! Pokazały go dopiero w historii, którą zostawiłem na sam koniec…

Czas Aniołów/Ciało i kamień („The Time of Angels”/„Flesh and Stone”)

Właśnie o tej historii mowa! Ten dwuczęściowiec pokazał pełnię potencjału Aniołów – były jeszcze bardziej niebezpieczne i przerażające niż poprzednio! Anioł Bob mnie z nich wszystkich przeraził najbardziej – przemawiał głosem jednej ze swoich ofiar, a umiejętność tę nabył poprzez wykorzystanie fragmentu kory mózgowej nieszczęśnika… Brrrrr… Tutaj Anioły nie były już łagodne – to wygłodniałe bestie, spragnione energii i robiące wszystko, by ją zdobyć. Nie można ich zwalczyć (w konwencjonalny dla ludzkości sposób, rzecz jasna) – pozostawała jedynie ucieczka (a i ona nie gwarantowała sukcesu)…

Pragnę jeszcze dodać, iż wątek z wniknięciem Anioła do wnętrza umysłu Amy za pomocą obrazu był równie mistrzowski. To moja ulubiona historia z tymi “skamielinami” (Anioły na Manhattanie („The Angels Take Manhattan”) nie był aż tak spektakularny, choć przyprawił mnie o łzy), która udowodniła, że Doctor Who świetnie realizuje się w wielu gatunkach.

A jak było u was? Które odcinki naprawdę was przeraziły? Zamierzacie spędzić z nimi Halloween?

Daj na ciastko!


Krytyk(ant), początkujący gryzipiórek, wielbiciel gier wszelakich. Powrócił do oglądania serialu "Doctor Who" na początku 2016 roku i nie zamierza go porzucać. Uwielbia również szeroko pojęte fantasy oraz zapach świeżo parzonej herbaty.

Gallifrey.pl  wszystko o serialu Doctor Who

5 thoughts on “Czym nas straszy Doctor Who?

  1. Zawiódł mnie fakt iż nie pojawiło się na tej liście “World Enough and Time”, które jak dla mnie było zdecydowanie straszniejsze od wszystkich historii wymienionych powyżej. Ale dobrym pomysłem jest odświeżenie sobie niektórych historii (ostatnio się dowiedziałem, że w serii 7b bodajże był odcinek “Hide”, którego w ogóle nie kojarzę) i pewnie tak jutro zrobię.

      1. Jedna z lepszych serii (no może poza zakończeniem historii z Mnichami..), dla mnie druga ulubiona zaraz po 4. serii. A “World Enough and Time” to jednej z najbardziej klimatycznych odcinków jaki kiedykolwiek powstał, został genialnie zrobiony więc serdecznie polecam, tak jak i całą serię 10.!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *