Doktorowy maraton halloweenowy

Doctor Who to w założeniu serial familijny, emitowany niezbyt późnym wieczorem i przeznaczony również dla dzieci. Nie oznacza to jednak, że wśród szerokiej palety gatunków, w konwencji których jest tworzony, nie znalazł się także horror science fiction. Ale do potworów i strachów można też podejść z dystansem i w tym serial również celuje, raz po raz wykorzystując klasyczne motywy filmów grozy, często przetwarzając je w swoim niepowtarzalnym, absurdalnie kampowym stylu. Przed wami subiektywna (choć, jak myślę, wielu z was się z nią zgodzi) lista 15 najlepszych odcinków na Halloween, w kolejności chronologicznej; kompilację własnego nocnego maratonu pozostawię każdemu z was z osobna – ale oto, z czego wybierać:

The Daemons: punkt obowiązkowy, zwłaszcza dla tych, którzy woleliby się pośmiać niż przestraszyć. Burzliwa noc, czarne koty i puchacze, czarownice, garść folkloru, niczego nie brakuje; a do tego Mistrz odprawiający czarną mszę, by wezwać demonicznego kosmitę.

The Deadly Assassin: wspominam o nim nie tylko dlatego, że jest to prawdopodobnie mój ulubiony odcinek klasyków, więc wspominam o nim zawsze, ale też dlatego, że zwłaszcza środkowa część ma naprawdę niezły, surrealistycznie creepy klimacik. (Nawet w jednym z wywiadów David Tennant przyznał, że jedną z najstraszniejszych scen, jakie widział w Doktorze jako dziecko, była scena z klaunem z tego właśnie odcinka. Coś w tym jest).

The Stones of Blood: o tym z kolei muszę wspomnieć, bo wciąż bawią mnie niezmiernie tytułowe wampiryczne kamienie. Kamienie żywiące się krwią. Całe szczęście, że mają swoich kultystów, bo nie poruszają się z szybkością Płaczących Aniołów, karmić je trzeba albo by z głodu poumierały, biedaczki.

State of Decay: pozostańmy jeszcze na chwilę w kręgu krwiopijców i dorzućmy do listy jeden z bardziej kultowych klasyków. Kostiumowy, przerysowany i nawiązuje do historii Gallifrey – czego więcej chcieć?

Mindwarp: druga część cyklu The Trial of a Time Lord i jeden z najbardziej brutalnych, makabrycznych i paskudnych odcinków ery Szóstego Doktora. Osobiście za nim nie przepadam, ale fanom horroru bardziej obrzydliwego niż strasznego z pewnością przypadnie do gustu.

The Greatest Show in the Galaxy: więcej klaunów, dziewczyna-wilkołak oraz najsłynniejsza eksplozja w historii serialu. Może nie aż tak halloweenowy, jak większość na tej liście, ale warty obejrzenia.

Ghost Light: nawiedzony dom, w którym coś złego czai się w piwnicy; i pamiętajcie, jeśli zaproszą was na kolację, nie polecam zupy. Jeden z najsłynniejszych odcinków ery Siódmego Doktora, jeśli jeszcze go nie widzieliście, to macie doskonałą okazję nadrobić.

The Curse of Fenric: wampiry po raz trzeci, choć najbardziej przerażającą postacią w tym odcinku jest sam Doktor. Mało tu tak naprawdę typowych potworów, czy to strasznych, czy to śmiesznych, a więcej interesujących interakcji między postaciami, ale za te wampiry dostał się na listę. No i za bycie jednym z najlepszych odcinków klasyków, oczywiście.

Puste dziecko (“The Empty Child”): często wymieniany jako jeden z najstraszniejszych odcinków nowej serii, pozycja absolutnie obowiązkowa na niniejszej liście (oraz, jeśli tylko macie maskę gazową, dobry łatwy kostium na ostatnią chwilę).

Nieprawdopodobna planeta (“The Impossible Planet”): wracamy do początku naszej listy, bo znowu mamy Szatana. Tym razem jednak w innym otoczeniu: stacja kosmiczna na skraju znanej nam przestrzeni, opętana załoga i odrobina metafizyki – klasyka horroru science fiction

Mrugnięcie (“Blink”): prawdopodobnie najbardziej oczekiwany i oczywisty punkt wieczoru, debiut Płaczących Aniołów (który, nawiasem mówiąc, sama widziałam na halloweenowej imprezie jako jeden z moich pierwszych odcinków Doktora). Chyba nie muszę go opisywać, prawda?

Cisza w Bibliotece (“Silence in the Library”): ten odcinek oglądałam po raz pierwszy sama, w ciemnym pokoju, i kiedy Dziesiąty wypowiedział swoją słynną kwestię: “Każda istota we wszechświecie odczuwa irracjonalny lęk przed ciemnością; tyle że nie jest on wcale tak irracjonalny”… brrr. Idealne.

Północ (“Midnight”): dwa powyższe były mocne, ale w mojej osobistej opinii, oto najstraszniejszy odcinek nowej serii i doskonały przykład tego, ile emocji można wyczarować z niskim budżetem – wystarczy garstka świetnych aktorów i genialny scenariusz, i dostajemy odcinek, który robi na mnie wrażenie za każdym razem. Kolejny punkt obowiązkowy.

Karmazynowa groza (“The Crimson Horror”): przerzuciliśmy się totalnie na prawdziwy, straszny horror, kiedy przeszliśmy do nowej serii, ale przecież mamy też trochę starego dobrego kiczu, prawda? Na przykład ten odcinek, idealny, jeśli chcemy trochę odpocząć od wszystkich tych wysokiej jakości strachów.

Posłuchaj (“Listen”): ale na koniec do nich wróćmy; czemu by naszego maratonu nie zakończyć tym właśnie odcinkiem, a potem pójść spać, uważając, żeby nie wystawić nogi poza łóżko, jak kiedy byliśmy dziećmi? W końcu, nie oszukujmy się, wszyscy – nawet ci z nas, którzy na co dzień nie są fanami horrorów – kochamy straszne odcinki Doctor Who.

Daj na ciastko!


Zagorzały fan klasyków oraz Expanded Universe. Serce oddał Trzeciemu, a duszę przez Ósmego zaprzedał Big Finish. Wbrew obiegowej opinii, ma jeszcze życie poza Doktorem. W przyszłości chce zostać Kuzynem w Faction Paradox.

Gallifrey.pl  wszystko o serialu Doctor Who

3 thoughts on “Doktorowy maraton halloweenowy

  1. Dodałabym tu jeszcze ,,Waters of Mars”
    Klimat naprawdę ciężki, antagoniści przerażają, a momenty, w których Doktor ,,staje się” Zwycięskim Władcą Czasu dają ciary i to mocne.

  2. Bardzo fajna lista. Szacunek za “Mindwarp” i tekst odnośnie czarnej mszy Mistrza w “The Daemons” – zdarzyło mi się niejeden raz nazywać tę scenę identycznie ;)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *