10 lat minęło – Rise of the Cyberman

Geniusz-patriota, york i Ricky, czyli oglądamy Bunt Cybermanów (“Rise of the Cyberman”).

I oto nadszedł pierwszy dwuczęściowiec drugiej serii. Jeśli miałbym się zastanowić, jak jednym słowem opisać ten odcinek, to chyba napisałbym: wstęp. Wstęp do drugiej części. Bo tak naprawdę należy go odbierać. Doktor z Rose i Mickeyem lecą przez wir, wypadają, TARDIS umiera, znajdują się w równoległym świecie, którym de facto rządzi umierający naukowiec John Lumic, i w którym to świecie żyje ciągle ojciec Rose (tylko ona sama nie istnieje, a raczej jest yorkiem). I co? I nic. Fajny wstępik budujący napięcie; dopiero na sam koniec pojawiają się jedni z największych wrogów w historii Whoniwersum – Cybermani. I to niezwykle istotny element, bo po pierwszym klasycznym przeciwniku (Dalekach) i klasycznym towarzyszu (Sarah Jane), mamy kolejne powiązanie z klasycznymi seriami, tak potrzebne serialowi w jego nowych początkach. Pomysł na wprowadzenie tych właśnie przeciwników Doktora poprzez alternatywny, równoległy świat to prawdziwy majstersztyk.

Nieżyjący już niestety Roger Lloyd-Pack to mój absolutny mistrz tego odcinka. Świetnie oddał postać genialnego, ambitnego, ale i śmiertelnie chorego Johna Lumica.Rise of the Cyberman-13-05-2016-3 Jego bezwzględność, siłę, ale także przywiązanie do Wielkiej Brytanii, gdy nie chce przekonywać do swojego projektu Niemców – bo Wielka Brytania jest jego ojczyzną. Szczerze mówiąc, to był zastanawiający manifest. Mamy również Davida Tennanta (znowu), który w kilku świetnie napisanych kwestiach stworzył niezłe show. Od śmiechu z Mickeya trzymającego niepotrzebnie przycisk w scenie otwierającej, po nabijanie się z yorka Rose (tu mu się nie dziwię, wyraz twarzy Rose i cała sytuacja są genialne). Rose w tym odcinku pominę, była w porządku. Po prostu była. Natomiast odniosę się tu do postaci, której generalnie nie lubię, a która tutaj miała swoje pięć minut. Mickey. A raczej Ricky, Mickeya jednak nadal nie lubię. W każdym razie kolejny raz uwidocznił się paradoks, że postaci w Doktorze Who lepiej wyglądają, gdy nie są sobą. Rose była lepsza nie będąc sobą, podobnie jak (wybiegając mocno w przyszłość od omawianego odcinka) Clara. I to samo jest Mickeyem/Rickym – charakterny, ryzykujący życie, waleczny, agresywny Ricky jest znacznie lepszy od Mickeya. Choć temu trzeba też oddać, że scena, w której mówi Doktorowi, że on dla niego się nie liczy, że zawsze pójdzie za Rose, jest wyjątkowo dobra, pokazująca, że nie jest to wcale aż tak płytka postać, jak się wydaje.

Uwielbiam koncepcję alternatywnych, równoległych światów, bez względu na to, gdzie jej przykłady się pojawiają.Rise of the Cyberman-13-05-2016-1 A trzeba przyznać, że jej użycie w Doktorze Who, ale także sposób zrealizowania tego motywu jest wyśmienity. Świat niby łudząco podobny, ale jednak po niebie latają zeppeliny bogaczy, ojciec Rose żyje, babcia Mickeya także, odpowiednik Mickeya to kolejny cudowny smaczek w tym scenariuszu, a Wielką Brytanią rządzi (czarnoskóry!) prezydent. Może do pełni szczęścia zabrakło, żeby jednak przytrafił się w tle jakiś element mniej istotny dla bohaterów, który by się różnił od rzeczywistego świata, aby nadać sytuacji nieco realizmu (wiem, science-fiction i realizm to nie są przyjaciele, ale jednak jakieś minimum…).

Przy tym odcinku chętnie zwróciłbym uwagę na postać scenarzysty, szczególnie że kilka razy wspomniałem już o scenariuszowych smaczkach. Tom MacRae nie jest stałym bywalcem Doktora Who, oprócz tego dwuczęściowca napisał już tylko Dziewczynę, która czekała (“The Girl Who Waited”) z 2011 roku. A jednak potrafił z odcinka o nienadzwyczajnym założeniu, nieco nostalgicznego, ale będącego jedynie wstępem do ataku Cybermanów stworzyć coś, co naprawdę świetnie się ogląda. Wydaje się,Rise of the Cyberman-13-05-2016-2 że bardzo dobrze rozumiał Doktora Davida Tennanta, bo scenariusz jest wprost pod niego skrojony. Z powagą, ze sprytem, ale również z ogromem poczucia humoru. Ponadto zeppeliny, prezydent Wielkiej Brytanii i kciuk Pete’a, który kojarzy mi się z pierwszą częścią Garfielda. Scenariusz idealnie dopasowany do wszystkich postaci i historia powoli budująca napięcie. Niby nic, a jednak robi wrażenie.

Już za tydzień (miejmy nadzieję) wisienka na torcie – Wiek stali (“The Age of Steel”). Tymczasem dajcie w komentarzach znać jaka jest wasza opinia o tym odcinku?



Mateusz K. - sympatyczny student geografii, miłośnik literatury przygodowej i takiego też kina. Dziwny człowiek, który uwielbia psychologię i amatorsko się nią zajmuje (obserwuje ludzi). Poza tym bardzo lubi pisać.

Gallifrey.pl  wszystko o serialu Doctor Who

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *