10 lat minęło – Blink

Timey-wimey, Płaczące Anioły i Sally Sparrow, czyli naprawdę kultowe trio w odcinku Mrugnięcie („Blink”). Zbliżamy się powoli do końca serii, pozostały nam, łącznie z tym, tylko cztery odcinki. Po potyczce z Rodziną ruszamy… no właśnie, dokąd. W świat, gdzie Steven Moffat udowadnia nam kolejny raz, że pojedyncze historie bezsprzecznie pisać potrafi. I chwała mu za to.

Ten odcinek jest bardzo dobry od początku. Wścibska Sally Sparrow wchodzi do tajemniczego domu (bo jak sama stwierdzi, zawsze jej się takie podobały, już ją lubię). Dostrzega napis pod tapetą, jak się okazuje skierowany do niej. Każący jej się schylić, słusznie zresztą, bo po chwili znikąd dolatuje do niej kamień. Czy odcinek może się zacząć lepiej? Później jednak sprawy się komplikują, przyprowadzona do tego domu przyjaciółka Sally – Kathy – znika, w drzwiach natomiast staje jej wnuk informując, że babcia zmarła 20 lat temu. Niedługo potem znika również zauroczony Sally detektyw Shipton, usiłujący chwilę wcześniej zaprosić ją na kawę. On jednak równie szybko się odnajduje, jako umierający w szpitalu staruszek. Życie jest krótkie, a ty gorąca – mówił przed kontaktem z Aniołami. Zmieniła mu się optyka, ale swoim nowym życiem pomógł Sally, mimo że dla niej wciąż padał ten sam deszcz. Pojawiające się tu i ówdzie Płaczące Anioły, ale również bardzo inteligentna Sally, która ze sprytnym Doktorem wyprowadza je w pole świetnie grają całością historii. Odcinek jest tak dobrze napisany, że można go oglądać w nieskończoność, zarówno jak całość, jak i zwracając uwagę tylko na świetne i jakże ważne dla serialu elementy. Bo poza kultowym przeciwnikiem, kultową Sally Sparrow, kultowym monologiem Doktora (dużo tego kultu wyszło) ten odcinek dał nam jeszcze jeden kultowy „motyw” – timey-wimey (słuchając tłumaczy BBC – czaso-maso). Od tego czasu uniwersalna kwestia, gdy Doktor nie wie, jak coś wytłumaczyć. A i tak brzmi mądrze. Po prostu wibbly-wobbly, timey-wimey… stuff.

Słów parę o Płaczących Aniołach się należy. Przeciwnik absolutnie genialny, w tej czystej, początkowej postaci. To jak potem tę rasę Steven Moffat rozwijał i eksploatował, to zupełnie inna sprawa. Ale w Mrugnięciu widzimy przeciwnika prostego, a zarazem genialnego. Inteligentne, przerażające istoty, tak stare jak sam czas, gdy się na nie patrzy zamieniają się w kamień, nie mogą się ruszyć, ale też nie można nic im zrobić. Choć zawsze mnie zastanawiało, co się stanie, gdyby się wysadziło posąg laską dynamitu. Ewentualnie siedmioma. Niemniej wróg naprawdę przerażający, co jeszcze wzmacnia nam ostatnia scena, gdzie znacząco pokazuje się nam wiele różnych posągów, nie tylko tych przedstawiających anioły. Bójcie się, Whovianie, bójcie się wszystkiego. Tym, co nas tak przeraża w Aniołach i sprawia, że są naprawdę straszne, nie jest wcale to, że mogą być każdym posągiem, ale to, co mówi Doktor. Don’t blink. Blink and you’re dead. Don’t turn your back. Don’t look away. And DON’T. BLINK. Good luck. Kilka prostych zdań, dzięki którym każdy Whovianin wie, jak jest mrugać po angielsku, ale też zdań, które realnie przerażają. Nie możesz mrugnąć, nawet delikatnie, nawet na chwilę. Bo zginiesz. Nie możesz też uciec, bo w którymś momencie spuścisz wzrok z Anioła. I zginiesz. Gdy Anioł zechce ci coś zrobić, praktycznie nie masz szans na ucieczkę. Ile możesz nie mrugać? Genialnymi zbliżeniami na oczy w akompaniamencie ostatnich kilkunastu sekund utworu Blink Murraya Golda (warto odsłuchać cały, perfekcyjnie wpisuje się w odcinek) ukazano nam chwilę przez mrugnięciem. Jaki to ogromny trud powstrzymać je jak najdłużej, ale mimo strachu i nadchodzącej „z rąk” Anioła śmierci, nic nie można zrobić. Co jakiś czas przez fandom przechodzi dyskusja, czy jeśli ktoś będzie mrugać naprzemiennie, to nic się nie stanie. No jakoś dotąd nikt nie sprawdził. A czy mamy pewność, że w którymś momencie nie przymkniemy obu oczu? Doktor mówi, że Anioły przynoszą dziwną śmierć. Przenoszą w przeszłość, całe dotychczasowe życie, praca, związki, znajomości znikają w ułamku sekundy. Niby dalej się żyje, można przeżyć długie, szczęśliwe życie od nowa, ale w zupełnie innej rzeczywistości.

No właśnie, w innej rzeczywistości. Czy nie jest zastanawiające, że tak łatwo ułożyć sobie życie? Zarówno Kathy, jak i Billy zakładają rodziny, mają dzieci czy wnuki (w przypadku Kathy wręcz spory tłum), znajdują nowe zawody, odnajdują się w zupełnie innym świecie, żyją długo i szczęśliwie. Tylko czy to aby nie jest za proste. Oczywiście rozumiem przekaz – Sally nie martw się, mieliśmy dobre życie, nic nie możesz zrobić, skup się na Aniołach, a potem żyj szczęśliwie. To jest ogólnie ważne dla fabuły. Tylko wyobraźmy sobie, że nagle jesteśmy cofnięci o te nawet 50 lat. Bez telefonów komórkowych, o internecie nie wspominając, bez całego mnóstwa wynalazków cywilizacji, które przez te kilkadziesiąt lat zrobiły kilka milowych kroków naszej cywilizacji. Czy odnaleźlibyśmy się? Czy dałoby się normalnie żyć? Może tak. Może to tylko jednostkowe przykłady, a nie reguła, a w końcu Kathy trafiła na właściwego człowieka na samym początku, a szczegółów historii Billy’ego właściwie nie znamy. Ale jednak wydaje mi się, że to motyw przyjemny, jednak trochę naciągany i w rzeczywistości tragedia byłaby dużo większa.

Niewiele jest postaci, które po jednym epizodzie pamiętamy. Czasem doceniamy oglądając, mówimy, że chcielibyśmy widzieć daną postać na stałe, ale nie pamiętamy o niej tak zwyczajnie. Zupełnie inaczej jest z Sally Sparrow, jeden odcinek, ładnie domknięta historia oraz jedna z najbardziej kultowych i rozpoznawalnych postaci epizodycznych w New Who. Może to kwestia tego, że jest to kolejny już odcinek w tej serii niemal bez Doktora (choć w zupełnie inny sposób) i ktoś inny, w tym wypadku właśnie Sally, musi prowadzić widza przez akcję. Może to kwestia swoistego uroku samej postaci czy też grającej ją Carey Mulligan, ale tak naprawdę trudno jej nie lubić. Miła, sympatyczna i inteligentna. Bardzo pasująca na towarzyszkę. Nie zajmuje jej zbyt wiele czasu na pogodzenie się z tym, że może prowadzić rozmowę z postacią w telewizorze. Szybko również przychodzi jej do głowy, że tajemniczy klucz znaleziony w tajemniczym domu może pasować do tajemniczej budki stojącej w policyjnym garażu. Sally drąży i docieka, szuka odpowiedzi, nie tkwi w utartych ramach myślenia, potrafi przyjąć, że coś totalnie nieprawdopodobnego jest możliwe, realne i właśnie się dzieje. Przy tym jest naprawdę ludzka, zwyczajna, ma dom, pracę, marzenia, poczucie humoru, po tajemniczej przygodzie z TARDIS potrafi po prostu stanąć za ladą i pracować w sklepie z płytami, wieść normalne życie (choć nie przestaje myśleć o Doktorze!). Dlaczego więc lubimy Sally Sparrow? Bo jest naprawdę świetna i normalna. I chcielibyśmy jej więcej, tylko że ona ma swoje życie, normalne życie. Z Larrym.

Odcinek Doktora Who bez Doktora to zawsze ryzyko. To już pisałem kilka razy, ale czasem lubię się powtarzać, jak mi się wydaje, że tworzę coś mądrego (zazwyczaj tylko się wydaje). Z jednej strony dlatego, że akcję musi pociągnąć wtedy ktoś inny – tu świetnie poradziła sobie Carey Mulligan. Po drugie również dlatego, że ten nasz tytułowy Doktor jak już się z rzadko pojawi ma trudne zadanie, żeby się pokazać. Ale od czego mamy Davida Tennanta. Od mrugnięcia z delikatnym uśmieszkiem pod koniec słynnej kwestii „Dont’ blink”. Od totalnej dezorientacji na twarzy, gdy Sally przeszkadza mu w pogoni za rodzącymi się jaszczurami (chyba?). Od zadumy nad losem eksplodujących kur. Od profesorskiej powagi (i te okulary!) na nagraniach, gdy mówiąc rzeczy totalnie dziwne, przedrzeźniając się kilkadziesiąt lat wcześniej z bieżącym dialogiem, ale wciąż z tą powagą. W drobnych momentach, w drobnych wstawkach, Doktora nie ma, ale wciąż jest gwiazdą, wciąż jest postacią pierwszoplanową. Takie rzeczy tylko z Tennantem.

Co by było, gdyby Mrugnięcie (“Blink”) nigdy nie powstało? Nie poznalibyśmy Sally Sparrow, jednej z najlepszych towarzyszek New Who. Nie poznalibyśmy w ten fantastyczny sposób Płaczących Aniołów, jednej z najbardziej niebezpiecznych, ale i fascynujących ras w całej historii DW. Nie usłyszelibyśmy kultowego monologu o mruganiu, który zna każdy Whovianin, ani też niezastąpionego nawet dziś powiedzonka timey-wimey. Z jednej strony mamy więc jedną z lepszych i ciekawszych fabularnie historii w New Who, z drugiej odcinek, który wprowadził nam tyle elementów, bez których dziś serialu sobie nie wyobrażamy. Stevenie, po co było ci zostawać showrunnerem…

A jaka jest wasza opinia o tym odcinku? Piszcie w komentarzach.

Daj na ciastko!


Mateusz K. - sympatyczny student geografii, miłośnik literatury przygodowej i takiego też kina. Dziwny człowiek, który uwielbia psychologię i amatorsko się nią zajmuje (obserwuje ludzi). Poza tym bardzo lubi pisać.

Gallifrey.pl  wszystko o serialu Doctor Who

19 thoughts on “10 lat minęło – Blink

  1. Odcinek legendarny i pamiętny, wyrobił Moffatowi markę (niestety ;-). Pamiętam, że autentycznie mnie przeraził, a potem zachwycił logiką i sensem. Przez dłuższy czas miałam nadzieję na Sally jako towarzyszkę… Ale Carey zamiast miejsca w Tardis dostała karierę w Hollywood i nominacje do Oscara ;-/

    Co do sytuacji ludzi “cofniętych” w czasie – kiedyś myślałam o tym od całkiem innej strony i doszłam do wniosku, że prawdopodobnie celowo dostają oni szczęśliwe życie. A to dlatego, by nie próbowali wpłynąć na swoją przeszłość/przyszłość, co doprowadziłoby do paradoksów. Gdyby Billy po “cofnięciu” przeżył wielką tragedię, był nieszczęśliwy i samotny, wciąż tęsknił do “swoich” czasów, to próbowałby powstrzymać swoją młodszą wersję przed spotkaniem z Aniołami – i pewnie by mu się udało, w końcu obie wersje były żywe w tym samym czasie. Paradoks. Dlatego dostał dobre życie, którego nie chciał stracić. Podobnie Kathy – przecież mogła wysłać swego wnuka by ostrzegł ją samą… ale w ten sposób by go “zabiła”, wymazując swoje życie w przeszłości. Czyli to, co bohaterowie dostali po “cofnięciu”, musiało przeważyć to, co stracili.

  2. “Don’t blink. Blink and you’re dead” jest chyba najbardziej kultowym i rozpoznawalnym tekstem z Doctora. ;) A odcinek absolutnie genialny.

  3. Bardzo dobry odcinek, jeden z moich ulubionych. Jednak nie mogę się zgodzić z opinią wielu osób, że to najlepszy odcinek do pokazania komuś kto doktora nigdy nie widział. Bo samego Doktora tu niewiele.
    Ach i w powtórce odcinka na BBC HD tłumacze popełnili haniebny błąd. Na początku, gdy Sally odkrywa w starym domu napis, jest tam napisane Duck! Lektor przeczytał “kaczka” omg! -,-

    1. W odcinku z Madame de Pompadour lektor powiedział (kiedy Madame mówiła do Doktora) coś w stylu “Doktorze Who, to więcej niż tylko tajemnica, prawda?” czy coś takiego. Kiedy to usłyszałem.. przestałem oglądać z lektorem, bo to jest dramat.

      1. Ja przestałam kiedy przekręcił kwestię z Adeolą w “Smith & Jones”. Powiedział o kuzynie, a przecież postać była grana przez tą samą aktorkę, więc kiedy chodzi o kuzynkę to podwójne wykorzystanie aktorki ładnie się zawiązuje. A tak to dupa. Lektor to słaba sprawa

        1. Ostatnio oglądałem “Smith & Jones” już bez lektora i nie pamiętam polskiej wersji, ale no w przypadku Doctora Who lektor wypada bardzo słabo. Fakt faktem, że tłumacze mają często trudne zadanie (nie przetłumaczyli ani nic, chociażby “wibbly wobbly”), ale czasem po prostu się chyba nawet nie starają.

            1. To fakt, ja co prawda wielkim znawcą angielskiego nie jestem, ale jak oglądam z napisami (angielskimi) to jakoś daje radę :)

    2. Zgadzam się, odcinek fantastyczny ale zdecydowanie nienadający się do pokazania komuś nieobeznanemu celem wciągnięcia w serial. “Świeżakom” trzeba zapodawać odcinki dobre, ale typowe, nie takie, które pod względem konstrukcji są jedyne i niepowtarzalne. Ludzie niewiedzący tego będą oczekiwać czegoś podobnego od innych epizodów i się zawiodą.

      1. No nie wiem, sama od niego zaczęłam, i o ile się kogoś potem uprzedzi, że jest nietypowy.. Przynajmniej jest na tyle wyrwany z kontekstu, że nie musisz nic wiedzieć, żeby zrozumieć i się wczuć. Początki sezonów z reguły są też niby do tego dobre, bo Doktor nowemu towarzyszowi – więc zarazem nowemu widzowi – wszystko wyjaśnia, ale w większości są słabymi odcinkami, więc..

          1. kontr-polemizowałabym, bo dwa pierwsze przez ciebie wymienione mi się tak średnio podobały, ale hej, w sumie o gustach nie polemizujmy (;

  4. Blink to dla mnie odcinek-eksperyment. Domyślnie Doktor Who przenosi nas w czasie raz podczas odcinka, wrzuca w strumień wydarzeń i tyle. Father’s Day zrobiło z tej podróży dobry dramat, w Girl in the Fireplace Moffat świetnie połączył przyszłość z przeszłością, ale tu poszedł o wiele dalej, zachwiał chronologią, związkiem przyczynowo-skutkowym, całkowicie nas wytrącił ze strefy względnego komfortu, jeśli chodzi o narrację. Wszystko odsłania się stopniowo, aż do sceny, w której Sally rozmawia z Doktorem poprzez magnetowid i wciąż jesteśmy lekko skonfundowani, ale wszystko nabiera sensu. Wcześniej mamy doskonałą tajemnicę i oczywiście Anioły, najpierw lekko niepokojące, a w finale autentycznie przerażające. Postacie nie wyróżniają się moim zdaniem za bardzo, ale dobrze służą historii. Blink to przykład odcinka, którego pierwsze oglądanie jest najlepsze, ale dzięki doskonałemu rozplanowaniu poszczególnych scen kolejne seanse nie są wcale nudne.
    Wydaje mi się, że Moffatowi udało się powtórzyć ten efekt w finale piątego sezonu, gdzie też bardzo nas dezorientował, ale ostatecznie wszystko wytłumaczył. Później przestał sobie radzić z utrzymaniem napięcia, gmatwał i przeciągał tajemnice za bardzo, nie udawało mu się podać sensownych rozwiązań, olewał bohaterów, cześć, dziury logiczne… No ale Blink mu po prostu wyszedł.

  5. A propo Aniołów, widziałam gdzieś teorię że to tak naprawdę martwi Władcy Czasu. W sumie jakby się nad tym zastanowić to ma trochę sensu, w jednym z klasyków kilku TL zmieniło się w żywe posągi, w ostatnich odcinkach 4 sezonu za Rassilonem stały osoby zasłaniające oczy tak samo jak płaczące Anioły. A poza tym Anioły żywią się energią wynikającą z podróży w czasie więc…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *