Na początku października braliśmy udział w krakowskim konwencie Imladris.

Spora część redakcji mieszka w Krakowie, więc staramy się być obecni na lokalnych imprezach. Jedną z największych jest właśnie organizowany przez tutejsze fantastyczne środowiska Imladris, którego piętnasta edycja odbyła się w dniach 7–9 października.

Lierre: Był to dla mnie już czwarty Imladris. Mam do tej imprezy spory sentyment i to nie tylko dlatego, że pierwsza jego edycja po wznowieniu miała miejsce dokładnie wtedy, kiedy 50 rocznica Doktora Who, co trochę złagodziło mój żal, że spędzałam ten dzień w Krakowie, a nie Londynie, ale też dlatego, że wiem, że spotkam tam mnóstwo znajomych i będę mogła wziąć udział w fajnych prelekcjach – i też jakąś sama przygotować, bo fandom doktorowy w Krakowie jest silny, więc i wdzięczna widownia zawsze się znajdzie. W tym roku głównie agitowałam wśród członków redakcji, bo trochę nie wypada zawalić, gdy konwent sam się dopomina („Gallifrey jeszcze nic nie zgłosiło, niepokoimy się”), więc uczestnicy mogli posłuchać prelekcji Lakhy o potworach i prelekcji Ectheliona o średniowieczu, sama zaś postanowiłam spróbować czegoś nowego i zgłosiłam wraz z Loë… konkurs. Tego jeszcze nie było.

Przyznam, że było to dla mnie nie lada wyzwanie, bo już nieraz się przekonałam, że ułożenie konkursu, który nie będzie śmiesznie łatwy albo beznadziejnie trudny jest ciężkie, zwłaszcza kiedy siedzi się dość mocno w temacie i nie wie się, jak mocno w tymże temacie siedzieć będą uczestnicy. Postawiłam więc nie na klasyczną wiedzówkę, ale konkurs obrazkowy – uczestnicy rozpoznawali postacie historyczne, określali powiązania między bohaterami, mierzyli się z czasem i przestrzenią, rozpoznawali aktorów z Doktora Who w innych znanych produkcjach i odpowiadali na proste pytania związane z wyświetlonym kadrem z odcinka. Zabawa szła sprawnie, stosunek odpowiedzi poprawnych do błędnych wyglądał sensownie, było sporo śmiechu – mam nadzieję, że się dobrze bawiliście.

Nie udało mi się, niestety, dotrzeć na inne redakcyjne atrakcje. W piątek tylko zaakredytowałam się, poszłam się przywitać ze znajomymi na stoiskach i poszłam… na kawę. W niedzielę podobnie, zaliczyłam tylko prelekcję o postpłciowości w fantastyce (z której wyszłam z listą lektur) i spełniłam swoje marzenie, które ciągnie się za mną na każdym konwencie, mianowicie udało mi się Zagrać w Grę. Planszową. W gamesroomie. To jest czasami naprawdę bardzo trudne! W sobotę zaś konwentowałam wzorowo, a oprócz konkursu obrazkowego jednym z milszych momentów była perfumiarska prelekcja Klaudii Heintze – to osoba, której słuchanie jest lepsze niż cokolwiek innego.

Był jednak dla mnie Imladris głównie okazją do towarzyskich spotkań, o których tutaj pisać nie będę – ale pozdrawiam serdecznie wszystkich tych onieśmielająco miłych ludzi, których można było na Imladrisie spotkać. Nie była to najlepsza impreza w tym roku, nie znalazłaby się nawet na podium – program nie powalał, obietnica bycia konwentem wspomnieniowym nie została zrealizowana tak, jak by mi się marzyło (uwielbiam słuchać o historii polskiego fandomu!), a stoiska z fandomowymi dobrami były trochę nudne (i znowu nie było książek…), ale było kameralnie, spokojnie i sympatycznie – więc cieszę się, że mimo nawału pracy i rozkładającej choroby udało mi się tam dotrzeć i pouczestniczyć.

imladris-logo

Lakhy: Na tegoroczny Imladris czekałam, bo jest to ta z krakowskich imprez, która od zawsze wydawała mi się taka duża i szacowna… Wiecie, mnóstwo fascynujących eventów, prelekcje, o których się dyskutuje, a poza tym przychodzą tam ludzie, których warto znać i potem można powiedzieć „No, byłam tam i nawet poszłam z Tymi-a-Tymi na kawę/piwo/planszówki (niepotrzebne skreślić)!”. Czy było tak w istocie? Po części…

Trzeba przyznać, że Lierre, zwłaszcza jak jej na czymś zależy, potrafi dręczyć, więc wydręczyła* u mnie prelekcję o klasycznych potworach z Doktora Who. Muszę szczerze przyznać, że trochę się nią stresowałam, ale głównie dlatego, że byłam święcie przekonana, że się na nią spóźnię. Całe szczęście, że nie dość, że mi udało się na nią dotrzeć o czasie, to jeszcze przyszło nawet kilku ludzi, co zawsze jest dla mnie wielkim zaskoczeniem. Pod koniec padło nawet kilka pytań, więc chyba nie była aż tak tragiczna, jak się obawiałam…** Mam nadzieję, że udało mi się wzbudzić w kimś podobną do mojej miłość do klasycznych Cybermenów. :)

Pozostałe prelekcje, na jakich byłam, (w większości) trzymały poziom (pozdrawiam serdecznie prelegenta mówiącego o rosyjskiej fantastyce – film o latającej Wołdze już czeka na obejrzenie!). Aczkolwiek w programie pojawiło się kilka pozycji, które już miałam okazję wysłuchać gdzie indziej, ale może to jest kwestia tego, że byłam już na kilku(nastu?) innych krakowskich konwentach. Wszak zarówno pomysłów, jak i prelegentów – zwłaszcza lokalnie w Krakowie – jest jednak ograniczona liczba.

Jednak Imladris to przede wszystkim ludzie, więc znowu miałam okazję spotkać się z dawno niewidzianymi znajomymi, pogadać, ponarzekać na nieco ograniczoną ofertę wystawców (przykro mi, ale trzeba to powiedzieć – w Krakowie wszędzie wystawiają się ci sami z tym samym), pośmiać się, a także zawrzeć nowe znajomości. I chyba przede wszystkim po to przesiedziałam trzy bite dni w szkolnych murach, pomimo tego, że już dawno przestałam być uczniem.

Dlatego imprezę oceniam ogólnie na plus i mam nadzieję, że za rok znowu uda mi się na niej pojawić. Bo pomimo kilku drobnych potknięć, Imladris to tego typu wydarzenie, na którym warto bywać.

* Przesadzam oczywiście. Dręczenie Lierre trafiło na podatny grunt, bo zgłosić prelekcję zamierzałam tak czy inaczej. :)

** Wiecie, spodziewaj się najgorszego i ciesz się, gdy wychodzi całkiem nieźle, i tak dalej…


Uwielbia herbatę, seriale (zwłaszcza brytyjskie) i superbohaterskie filmy. W przerwach pomiędzy seansami kolejnych odcinków lub filmów, udaje że studiuje. Gdyby mogła nie dorastałaby.