Wojna Czasu, frytki i złe wilki
Powód piąty – dał nam Wielką Wojnę Czasu
Jak odnowić serial, który ma już ponad czterdzieści lat, a równocześnie nie zmieniać jego głównych założeń? Dać bohaterowi nową motywację. Co by było, gdyby Doktor był ostatnim ze swojej rasy, przepełnionym tęsknotą za rodzimą planetą i poczuciem winy? Ano dałoby to scenarzyście możliwość wykreowania bohatera prawdziwie dramatycznego i wprowadzenia wielu nowych, wspaniałych wątków, ale i nienaruszania ustalonego niegdyś kanonu. Russell T Davies mistrzowsko wykorzystuje wszystkie te możliwości, tworząc przejmujący portret człowieka, który już na zawsze (lub do zmiany scenarzysty) pozostanie „tchórzem”. Decyzja o zniszczeniu Gallifrey była zresztą ze strony Daviesa prawdziwym aktem odwagi – morderca całej rasy głównym bohaterem serialu dla całej rodziny? Ale jak wiemy, pomysł zdał egzamin, a my dostaliśmy wspaniały motyw przewodni pierwszych sezonów.
Powód szósty – uczył nas tolerancji
Zas
tanawialiście się kiedyś, w którym momencie w serialu pojawiły się pierwsze postacie homoseksualne? Tak, macie rację – wprowadził je Russell T Davies. Pierwszy naprawdę popularny bohater omniseksualny? Jack Harkness, wymyślony przez nie kogo innego, jak naszego walijskiego scenarzystę. Pierwsza w telewizji czarnoskóra towarzyszka Doktora? Martha Jones. A to tylko kilka z bardziej widocznych przejawów tego, jak bardzo Russell T Davies starał się oswajać temat inności. W jego scenariuszach znajdziemy choćby ludzi-koty (odcinki Nowa Ziemia/„New Earth”, Korek/„Gridlock”), wielkie twarze zamknięte za szklaną szybą (Koniec świata/„The End of the World”, Nowa Ziemia/„New Earth”, Korek/„Gridlock”), ludzi wszelkich kolorów skóry, a nawet uroczą gromadę włoskich imigrantów (Skręć w lewo/„Turn Left”). Ba, pod jego nadzorem nauczymy się współczuć Dalekom! Pokazał nam również, że nawet gdy pozornie wszyscy jesteśmy tacy sami, nie znaczy to wcale, że będziemy potrafili się dogadać (Północ/„Midnight”). Ogólnie szacunek do inności wydaje się być, zaraz po szacunku dla samego siebie, najważniejszą wartością, jakiej uczą nas scenariusze Russella T Daviesa. A jest to przesłanie, niestety, zawsze aktualne.
Powód siódmy – nie tylko Doktor Who
Ustaliliśmy już, że gdyby nie Russell T Davies, nie byłoby New Who. Ale oczywiście wszyscy fani słyszeli również o dwóch spin-offach serialu – Torchwood i Przygodach Sary Jane. Oba te seriale zostały od podstaw stworzone przez scenarzystę, który był ich głównym producentem, jak również autorem scenariusza do kilku odcinków. Choć znajdziemy w nich elementy charakterystyczne dla Doktora Who, takie jak charyzmatyczni bohaterowie czy walka z kosmitami, to oba zasadniczo różnią się stylistycznie od głównego serialu uniwersum, a przede wszystkim – mają różne grupy docelowe. Podczas gdy Przygody Sary Jane skierowane są do dzieci, które w czasie odcinków Doktora Who chowają się za sofą, o tyle Torchwood zdecydowanie przeznaczone było dla widzów dorosłych. Oba seriale okazały się zresztą sukcesem i zdobyły szereg wiernych fanów, a przede wszystkim – pozwoliły nam spędzić więcej czasu ze wspaniałymi bohaterami znanymi z Doktora Who.
Russellowi mogą podziękować także rodacy. Dzięki niemu Cardiff stało się w wyobraźni wielu naprawdę niebezpiecznym i fascynującym miejscem, a produkcja kolejnych odcinków Doktora ożywiła tamtejszy przemysł telewizyjny. I to do tego stopnia, że w napisach do pierwszego odcinka innego popularnego serialu fantastycznego, Merlina, jego twórcy dziękują scenarzyście za niebywały wpływ na odnowienie w Walii tradycji sobotniego oglądania seriali. I jak tu nie być mu wdzięcznym?
Powód ósmy – wie, kiedy powiedzieć sobie „dość”
To chyba najbardziej subiektywny ze wszystkich powodów,
ale muszę przyznać, że podziwiam Russella za decyzję odejścia z serialu. Stworzył New Who właściwie od podstaw, a przy tym był nie tylko scenarzystą i producentem, ale i fanem serialu. To, że potrafił powiedzieć sobie „dość” i w dramatyczny wręcz sposób odciąć się od późniejszej produkcji serialu, jest naprawdę imponujące. Jak obiecywał, nie napisał ani jednego odcinka dla Jedenastego Doktora (ostatecznie z pewnymi oporami napisał odcinek Przygód Sary Jane, w którym Doktor ów pojawia się gościnnie) i nie powrócił do pisania do serialu ani na pięćdziesiątą, ani na dziesiątą rocznicę. Choć wielu fanów wciąż marzy o jego powrocie (tak, jak też), to jednak muszę pochwalić tę decyzję. Gdy serial trwa pięćdziesiąt albo i nawet dziesięć lat, podstawą jego sukcesu jest oryginalność, a wiadomo, że nawet najlepszy scenarzysta zacznie się w końcu powtarzać, co będzie rodzić frustrację fanów. Bycie głównym scenarzystą Doktora Who daje ogromną władzę, więc dość szybka i dobrowolna rezygnacja z tej władzy jest całkiem imponująca. W końcu wszyscy wiemy, co się dzieje, gdy scenarzysta poczuje się zbyt pewny swego.
Tyle ode mnie. A wy za co kochacie Russella T Daviesa? Dodalibyście coś do listy? A może nie możecie znieść pisanych przez niego historii? Dajcie znać w komentarzach!
1 2



strona wam się sypie nie mogę zczytać całego tekstu prawy margines gdzieś znika
najnowsza opera.
Mogę prosić o screena?
Mytherios: pisaliśmy ci o tym na redakcyjnej grupie. Bartłomiej: tymczasem sprawdź, czy odświeżanie strony nie pomaga (nam w Chrome, tak) i podeślij ten screen, żeby Mytherios wiedział, co powinien poprawić ;)
Screenshot?
Odnośnie ósemki – W “The Writer’s Tale” Davies pisze, że zdecydował się odejść głównie dlatego, że ilość pracy go wykańczała. Jeśli te wszystkie maile są prawdziwe, to naprawdę się nie dziwię – włos jeżył mi się na głowie, gdy czytałam, jak Davies oddawał scenariusze tygodnie po terminie, opisywał złe dni albo jak zaniedbywał bliskich.
To, że nie chciał, jak pisał, “bawić się wiecznie cudzymi zabawkami”, też jest zrozumiałe.
Co bym dodała do listy:
Subtelność w prowadzeniu i wiązaniu wątków. Kto widział wszystkie napisy “Bad Wolf”? Mistrz, zegarek, Saxon genialnie połączyli się w finale trzeciego sezonu, a znikające planety w finale czwartego. Kto się spodziewał rewelacji o Jacku i Twarzy z Boe? Albo ten moment, gdy uświadamiasz sobie, że “The Waters of Mars” ma swój “początek” w “Fires of Pompeii”… Davies nie krzyczał: “uwaga, tajemnica!!!”, tylko prowadził akcję, jakby nigdy nic, a w odpowiednim momencie łączył wydarzenia, wyjaśniał i zaskakiwał.
Dramat w najlepszym wydaniu. Świetne postacie to jedno, ale to, co im się przytrafia, zasługuje na osobny punkt :) Davies wiedział, jak wbić nóż prosto w serce tak, że boli, ale “we enjoy it”. Wymazanie pamięci Donnie to chyba najboleśniejsza rzecz, jaką widziałam w telewizji. Inne przykłady: kto nie płakał podczas regeneracji Dziesiątego Doktora?; “Doomsday” poruszyło wiele osób, które nie przepadają za Rose; dyskomfort, jaki powoduje “Midnight” albo groza widoku “starego” Doktora w namiocie, obok miski dla psa. Oczywiście, trzeba oddać zasługę aktorom, reżyserom i wszystkim związanym z realizacją – ale wszystko zaczyna się od scenariusza.
Ja nie płakałam na regeneracji Dziesiątego, było tak nudno, że krzyczałam “ZGIŃ ŻE WRESZCIE!” Donna… :”c, Rose… :[, Mindnight… D: , Stary Doctor? >:[, Chodzi o to gdy Master władał światem prze rok? Robiłam facepalma w zażenowaniu, zastanawiają się kto wymyślił coś tak durnego i nie wiedziałam czy śmiać się czy płakać. >:?
Tak tylko mówię… :33
Wyjdź.
;)
*wychodzi*