Recenzja: The Next Doctor

Wszyscy, którzy zetknęli się z Doctorem Who wiedzą, że Londyn to strasznie niebezpieczne miejsce, zwłaszcza w Święta. W recenzowanym wczoraj Voyage of the Damned widać, że nawet sami londyńczycy wreszcie się zorientowali, że w Wigilię lepiej zaszyć się w domu, a jeszcze lepiej w jakimś schronie pozostawionym w ogródku z czasów bombardowań drugiej wojny światowej, kiedy  to  – co wiedzą whovianie  – nie tylko naziści zagrażali Albionowi. Po poprzednich odcinkach specjalnych mogłoby się wydawać, że londyńskie świąteczne spotkania trzeciego stopnia miały miejsce dopiero w XXI wieku. Jak dowiadujemy się w The Next Doctor – nic bardziej mylnego.

Szara Eminencja Lierre zapewniła mnie, że większość z czytelników prawdopodobnie już widziała ten odcinek, więc nie muszę przejmować się, że spoilerami. W to mi graj, bo na co dzień muszę ich unikać (tu czas na perfidną autopromocję: serdecznie zapraszam na współtworzonego przeze mnie bloga “Dobry film, Zły film”). Dla przyzwoitości jednak ostrzegam: jeśli jeszcze nie widzieliście „The Next Doctor” ani odcinków poprzednich, RUN!

Rok 1851, Wigilia. TARDIS ląduje, Doktor wychodzi i zafascynowany rozgląda się wkoło, słychać kolędy. Nagle ktoś woła „Doktorze!” a tym kimś jest piękna kobieta, która niestety czeka na kogoś innego. Ten ktoś inny przedstawia się jako The Doctor. Przyznaję się bez bicia – jak najpierw zobaczyłam, co się święci, pomyślałam, „O, NIE!”. Jako że oglądałam to już po obejrzeniu nie tylko wcześniejszych sezonów, ale i od piątego w górę, wiedziałam, że „nowy Doktor” Doktorem być nie może. Wchodziła w grę jakaś mistyfikacja, a jeśli jest coś, czego nie lubię, to właśnie stresu związanego z zamianą tożsamości. Anioły? Świetnie! Dalekowie? Wybornie! Cisza? Oj, Ciszy strasznie się boję. Ale zamieszanie z tym, że ktoś się podaje za kogoś innego – nie, to nie na moje nerwy…

Ale wtedy doszło do mnie, że przecież „ten drugi” to David Morrissey. I już wiedziałam, że muszę oglądać dalej, i że będzie DOBRZE. Pozwólcie, że wytłumaczę. Zanim Morrissey zaczął gadać z amerykańskim akcentem w tym serialu o zombie, przez jakiś czas był aktorem, którego BBC chętnie ubierało w surdut, bryczesy, czy inny strój z epoki. Gra dobrze, a w dodatku ma twarz, która świetnie pokazuje „jakie rozterki nim targają, ileż mąk przeżywa” (pod tym względem pasuje do Dziesiątego…). W dodatku podjął się bardzo trudnego zadania, mianowicie wcielił się w rolę, którą przed nim grał Alan Rickman (czyli płk. Brandona w Rozważnej i romantycznej) i przeżył, a wręcz zagrał bardzo dobrze.

I tu też się spisał. I choć wiedziałam, że Doktorem nie jest, ciekawie było oglądać, jak Dziesiąty się o tym przekonuje, śledzić te drobne szczegóły, które potwierdzają, że Morrissey jest tak naprawdę człowiekiem z epoki wiktoriańskiej (jak na przykład to, że New!Doctor wysyła ciągle Rositę by siedziała przy „TARDIS”, gdzie miejsce kobiety). Rozwiązanie tożsamościowe jest satysfakcjonujące, a zarazem smutne – przypominając sobie własne straty, New!Doctor tym bardziej upodabnia się do prawdziwego Doktora. Nie zapominajmy, że nasz Władca Czasu sam właśnie stracił bardzo wiele: Rose po raz drugi, Donnę, Ingrid, Marthę, aż łamały mu się jego serducha (nie wspominając o wydarzeniach z Biblioteki!). Jaka była jego radość, gdy zobaczył kogoś, kogo wziął za swoje kolejne wcielenie, jak z werwą mknie po przygodę z piękną Rositą u boku. Choć przypominało mu to o nieuchronnej przyszłej regeneracji, dawało też nadzieję, że będzie jeszcze szczęśliwie „doktorzył”  w czasie i przestrzeni, i to nie sam.

ep4x

Właśnie ten wątek Morrisseya i relacje między nim, Doktorem i Rositą to według mnie najmocniejsza i najciekawsza część odcinka. Oczywiście „delitujący” Cybermeni też są fajni (za każdym razem, jak są Cybermeni, to jest ubaw po pachy, nawet w Doomsday). Mamy „Złą Inteligentną Kobietę” (czy tylko mi Miss Hartigan bardzo przypomina Moffatowską wersję Irene Adler?), która mi trochę przeszkadza, choć jest świetnie zagrana. Sam pomysł jest interesujacy, ale jej przeszłość i motywacje giną w akcji. Czytałam gdzieś, że Russel T. Davies miał dla niej ciekawe, tragiczne tło, lecz zostało pominięte i tylko lekko zasugerowane na potrzeby świąteczności i młodej publiczności. Jednak razi mnie to, że jest taką „słomianą feministką”.

Podsumowując – DOBRY, solidny odcinek. Są Święta, są Cybermeni, mamy czasy wiktoriańskie (uwielbiam Doctora w czasach wiktoriańskich!), mamy dobre aktorstwo i odpowiednią do pory roku dawkę ckliwości.

Wesołych!

the-next-doctor-2

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *