Murray Gold – wieczny towarzysz Doktora

Jak już wiemy Doktor Who doczeka się nowego głównego scenarzysty i kolejnego towarzysza, jednak Murray Gold wytrwale towarzyszy nam ze swoją muzyką. Jak wygląda jego praca? Czytajcie dalej!

Wszystkim fanom Doktora Who Murray Gold powinien być znany. Bez niego serial z pewnością byłby inny i straciłby pewien urok, który odczuwają wsłuchujący się w serialową muzykę. Bo to przecież właśnie jemu zawdzięczamy całą muzykę w serialu (od 2005 roku), łącznie ze znaną przez wszystkich czołówką! Zachwycił nas takimi utworami jak I Am the Doctor, This is Gallifrey czy Doomsday. Dzięki swojej twórczości na przestrzeni 20 lat pięć razy nominowany był do nagrody BAFTA i cztery razy do nagrody Royal Television.

Jednak, jak sam twierdzi, dopiero się rozkręca. Poniżej znajdziecie wywiad, w którym Murray opowiada o pracy nad serialem, swoich ambicjach, zainteresowaniach i wspomnieniach z planu.

Czasem masz tylko pięć dni, żeby ułożyć i dopracować aż 40 minut muzyki.

To prawda. Na co dzień piszę bardzo szybko. Niedobrze jest mieć za dużo wolnego czasu – i w życiu, i w sztuce. Sekret tkwi w tym, żeby wszystko z siebie wylać na jednym tchu, ułożyć piosenkę za pierwszym podejściem. Po prostu usiąść i to zrobić. Nabazgrać. Kiedy patrzysz na rękopisy Dylana czy Bowiego, to widać po ich charakterze pisma, że starali się to jak najszybciej spisać.

Powiedziałeś kiedyś w wywiadzie, że nie umiesz nic robić na szybko, jeśli nie jesteś wściekły.

Naprawdę?

Tak właśnie powiedziałeś. Mówiłeś o odcinku Północ („Midnight”) i o tym, jak szybko Russell T Davies go napisał. Skomentowałeś to mówiąc: „Nie wiem, czy da się zrobić cokolwiek na szybko, jeśli nie jest się wściekłym”.

Kiedy mówię „wściekły”, nie mam tak naprawdę na myśli prawdziwej złości. Chodzi raczej o coś w stylu: „No już, dawaj. Wyrzuć to wszystko z siebie”. Moja muzyka nie jest pod żadnym względem wściekła. W zasadzie to jest o wiele spokojniejsza niż ja. Nazwałbym ją raczej podstępną.

To jedno ze słów, które pojawia się w moich notatkach. Zwłaszcza przy odcinku Północ.

Cóż, taki mieliśmy koncept. Powiedzieliśmy sobie: „Zróbmy coś zaskakującego, niepozornego”. Sam odcinek Północ był trochę niepozorny, jak to się mówi w muzycznych kręgach. Pojawił się tam też motyw powtarzania, bo przecież główny bohater powtarzał wciąż to samo. Przygotowałem więc pianino z efektem echa i zacząłem grać tak jak grajkowie uliczni na gitarze z efektem echa. Takie było założenie. Potem chciałem stworzyć efekt gwałtowności, jakby marimba z instrumentami dętymi, pianinem i mocnym akcentem perkusji. Miało to ukazywać ludzkie zezwierzęcenie. W moim przypadku to powtarzający się motyw – ludzkie zezwierzęcenie. Jednak staram się tego nie pokazywać w mojej muzyce. Raczej takie mam usposobienie. Bardzo pesymistyczne.

Jak to robisz, że twoja muzyka i efekty wizualne tworzą razem tak zniewalającą mieszankę? Skąd ta pewność, że muzyka nie przyćmi fabuły, jak to balansować?

Sam do końca nie wiem. Powinieneś kiedyś spytać gościa od efektów wizualnych, skąd ma pewność, że one nie przyćmią muzyki. Ja mam całą orkiestrę. Niewiele seriali telewizyjnych ma orkiestrę, która nagrywa aż trzy razy w ciągu jednego sezonu. Niby tylko trzy, ale pamiętajmy, że to aż 85 osób! To bardzo wyjątkowe. Nawet jeśli są jakieś amerykańskie programy z muzyką na żywo, to na pewno są rzadkością. Po prostu teraz nie chcą tego robić. Może znajdziesz gdzieś parę gitar. Amerykańskie firmy nie lubią płacić stałym muzykom, co musieliby zrobić w wypadku współpracy z tymi amerykańskimi. Był jeden program na NBC, do którego muzykę skomponował Bear McCreary. Wszędzie trąbili o tym, że była to wersja orkiestrowa. Wyjątek potwierdzający regułę. Byli z tego tacy dumni.

Na początku muzyka do Doktora Who to były same syntezatory. Potem syntezatory i odrobina orkiestry, a ostatnio została w zasadzie sama orkiestra.

Teraz to i orkiestra, i syntezatory. W seriach z Peterem Capaldim znów da się usłyszeć elementy elektroniczne. Motyw Dwunastego Doktora ma w sobie dużo syntezatorów. Jest ciężki, szorstki i gwałtowny.

Capaldi był świetny w roli Malcolma Tuckera w „The Thick of It”. Więc kiedy ogłosili, że będzie następnym Doktorem…

Pracowałem wtedy nad muzyką do serialu Muszkieterowie, a on w nim także grał, obaj więc szybko zwinęliśmy się z planu. Jego wątek w Muszkieterach nie został wyjaśniony, ale to nieważne. To telewizja.

A co z filmami? Czy mógłbyś przebić muzykę do Doktora Who, komponując na przykład do filmu o Bondzie?

Cóż, nie jestem zbytnio fanem Bonda. Nie ufałbym jego fanom. Wydaje mi się, że w tych filmach chodzi o klasę, dokładność. Ja wolę bałagan. I nie lubię rzeczy na topie.

Ale sam przecież zrobiłeś dużo rzeczy na topie. Czy myślisz o wymaganiach innych, gdy komponujesz?

Nie za bardzo. Raczej staram się to robić dla siebie. Sztuka polega na zrobieniu czegoś dla siebie i wyrzuceniu elementów, które nie podobają się ludziom. A to nie jest to samo co robienie rzeczy, których sam nie lubisz. Po prostu odrzuć te elementy, które lubisz ty, a inni niekoniecznie.

Brzmisz bardzo skromnie.

Nie pielęgnowałem swoich ambicji. W zasadzie to nigdy nie byłem za bardzo ambitny, ale zawsze byłem przekonany, że ambicja to raczej nieprzyjemny czynnik. Starałem się przyjąć stoicką postawę wobec świata. A tu nagle wyskoczyła na mnie ambicja.

Chodzi o pobyt w Nowym Jorku?

Jestem tu już do dziesięciu lat i jedyne, co robiłem, to gapiłem się w okno i pisałem muzykę do Doktora Who. Nie spotykam się z ludźmi. Piszę teraz pewien musical. Pokazywałem go niektórym, a oni na to: „O, super. No, to weź to do Oskara Eustisa w The Public”. Ja na to: „Nie znam Oskara z The Public”. Na co oni: „Czemu? Powinieneś go znać, jesteś tu już dziesięć lat”. Na co ja mówię: „Nikogo tutaj nie znam. Nigdy się z nikim nie spotykam”.

No tak, byłeś zbyt zajęty pracą z Russellem T Daviesem. Komponowałeś do prawie wszystkich jego programów, z niewieloma wyjątkami, na przykład Bob & Rose. Czemu?

Ponieważ w tym czasie pisałem musical Queer as Folk.

Pamiętam, że w 2000 roku Russell powiedział mi, że ten musical nigdy nie doszedł do skutku, co się stało?

To prawda. Sęk w tym, że i tak ominęliśmy wszystkie przeszkody, które normalnie nie pozwoliłyby na produkcję jakiegokolwiek musicalu. Znaleźliśmy miejsce. Znaleźliśmy reżysera. Ogłosili trasę po naszych całotygodniowych próbach. Problem pojawił się z telewizją, a dokładnie Channel Four. Nie umieli dogadać się z teatrem.

Straszna szkoda. Więc kto ma prawa do całej muzyki?

Oni. Wszystko sprzedałem telewizji. Nie wiem dlaczego, ale sprzedałem to za piętnaście tysięcy funtów za całość.

Mógłbyś tyle zarobić w jeden dzień, jeśli byś to wypuścił do sieci.

Wiem, ale nic nie szkodzi. Szczerze, nie mam do siebie żadnych pretensji. Teraz piszę musical i jestem tym bardzo podekscytowany. Komponowanie do Queer as Folk i zamknięcie tej całej sprawy wyszło mi na dobre, bo to znaczy, że jakiś musical skomponowałem w całości. To dobra praktyka.

To się nazywa pozytywne myślenie. Masz swoją ciemną stronę, ale nie wydaje mi się, żebyś jej za często dogadzał.

Nie, często ze sobą walczę, ale jestem raczej pozytywny. Nie lubię ciemności. Teraz lubię musicale. One są moim rock’n’rollem.

I jak wasze wrażenia? Macie jakieś oczekiwania w stosunku do muzyki w następnej serii? A może nie możecie się doczekać nowego musicalu? Jedno jest pewne – Murray Gold na pewno nas nie zawiedzie!

Źródło: Observer

Daj na ciastko!


Wiecznie roztrzepana studentka, kochająca światy fantasy i science fiction. Od zawsze z nosem w książce, nie wyobrażająca sobie życia bez swoich ulubionych seriali i filmów. Zafascynowana Doktorem od małego i stawiająca go na 1. miejscu listy cudów wszechświata.

Gallifrey.pl  wszystko o serialu Doctor Who

One thought on “Murray Gold – wieczny towarzysz Doktora

  1. Jak na razie oczekuję soundtracku 9 serii. :D Jednak to prawda: bez Murray’a muzyka DW nie byłaby taka sama jak z nim.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *