„Międzygwiezdny konkurs piosenki” – wrażenia redakcyjne

Śpiewać każdy może – o tym przekonali się uczestniczy Astrowizji! Zapraszamy Was do zapoznania się z naszymi wrażeniami z szóstego odcinka nowego sezonu, Międzygwiezdny konkurs piosenki. Serdecznie witamy też naszych wyjątkowych gości: Dorotę Kaźmierczak, Radosława z grupy Disney Plus Polska, Jakuba i Piotra z podcastu O Filmówce Przy Kremówce, Filipa z The Philmer, Kacpra z TARDISawki, Dominika z kanału Ja, Dominek, a także Filipa i Annę. Jeśli jeszcze nie oglądaliście odcinka, nadróbcie go szybko – tekst zawiera spoilery!

Krzysztof Danielak: Bardzo dziwnie oglądało się po tym odcinku prawdziwą Eurowizję, ale po kolei. Odcinek był zapowiadany głównie jako doktorowa wersja Eurowizji, Gold napisał piosenki i tak dalej. Człowiek spodziewał się zdecydowanie bardziej musicalowego odcinka i trochę szkoda, że epizod w tym kierunku nie poszedł, ale rozumiem, dlaczego tak się stało. Po samym odcinku nie spodziewałem się zbyt wiele, szczególnie że wcześniej od Juno Dawson znałem tylko podcast z Trzynastą, który do najciekawszych rzeczy niestety nie należy. No i miło się zaskoczyłem. Z piosenek z historii nie zapamiętam prawdopodobnie żadnej poza ostatnią. To był prawdziwy peak, który okazał się bardzo odważnym komentarzem na temat Eurowizji, który okazał się w tym roku jeszcze bardziej aktualny w kontekście Izraela i Palestyny, ale też Ukrainy i Rosji (warto tu przypomnieć ukraińskie Heart of Steel z 2022 roku nawiązujące do bohaterskiej obrony Azowstali; w obu przypadkach muzyka na konkursie teoretycznie rozrywkowym zostaje użyta do przypomnienia cierpienia narodu). Można może było pójść jeszcze odważniej i skrytykować oficjalną apolityczność konkursu, ale nie wiem czy BBC by na to pozwoliło, nawet gdyby RTD nie miał nic przeciwko. Niemniej dostaliśmy wzruszające poruszenie bardzo ciężkiego tematu – kolonializmu i kapitalizmu budowanego na krwi ludzi (Trump ze swoimi pomysłami wobec Palestyny idealnie wpasował się w przesłanie odcinka). I do tego tak jak lubię, czyli bez walenia widzowi młotem po głowie, ale na tyle jasno, by prowadziło to do refleksji.

Przechodząc już do samej fabuły niebędącej przesłaniem – Ncuti Gatwa miał okazję w końcu zagrać coś innego niż tylko radość i płacz. Mroczną stronę Doktora i to na poważnie. Bardzo to cieszy, bo moim zdaniem jest to jeden z najmocniejszych występów Szkota w tej erze. Zdaniem niektórych nie pasowało to do charakteru Doktora i nawet było sprzeczne choćby z poprzednim odcinkiem (być może Kate by się zgodziła, jak się okazuje Doktor chyba by tak do końca jej nie powstrzymywał przed napuszczeniem Shreeka na Conrada). Warto jednak pamiętać, że mimo ponownie mniejszej roli w odcinku, mieliśmy przypomnienie jak ważną kotwicą moralną dla Doktora są towarzysze. Inaczej zaczyna się w nim odzywać Zwycięski Władca Czasu. Choć tak, według mnie Belinda, po tym, co zobaczyła, powinna wykazywać nieco mniejszy entuzjazm, bliższy swojemu początkowemu nastawieniu, gdzie w zasadzie doszła do wniosku, że w pobliżu Doktora jest niebezpiecznie. Na tych dwóch fanów Astrowizji, którzy akurat przypadkiem potrafili zrobić co trzeba machnąłbym raczej ręką (ale śluza podejrzanie podobna do tej z Dzieciaków, prawda?).

Bardzo mnie cieszą powroty z tego odcinka. Przede wszystkim WRESZCIE wróciła Susan, a w tej roli sama Carole Ann Ford! I nie wierzę, że nie będzie jej więcej. Nie po teasowaniu przez dwa sezony przez RTD. I nie po tym co powiedziała. No i mamy też Rani. Dwie. Bardzo nie lubię konceptu bigeneracji i uważam, że zaczyna być stosowany za często. To miał być mit, legenda. A tu dwa razy z rzędu (dla widza i od zawsze dla widza nowego). Uważam, że można było to spokojnie ograć tak, że pani Flood regeneruje się i potem nowa Rani spotyka panią Flood i wspólnie realizują plan. Przynajmniej motyw z rozdzielaniem ubrań między wcielenia został zachowany. Zastanawia zmiana zachowania pani Flood. Mam nadzieję, że to wszystko okaże się później celowe. No i Archie Panjabi. Rewelacyjna Rani, w pół minuty doskonale uchwyciła tę postać. Nie mogę się doczekać, aż zobaczę jej więcej. Co się na tej Ziemi wyprawia, że aż wysadziło drzwi TARDIS? Czas najwyższy wyruszyć okrężną drogą do 24 maja i się przekonać!

Łukasz Skórko: Z ziemską Eurowizją mam tak samo jak z ziemskimi Oscarami – oba te wydarzenia sobie niezwykle cenię i oba śledzę od wielu lat. Jestem też naturalnie świadom ich polityczności i wszelkich kontrowersji, jakie im towarzyszą. Uważam jednak, że powinno się dążyć do ciągłego rozwoju i wyeliminowania problematycznych aspektów (a przynajmniej podejmować dyskusję na trudne tematy), ale nie kosztem bojkotu samych wydarzeń. Dlatego tym bardziej cenię sobie, że taką dyskusję podjęto w moim ukochanym serialu. Międzygwiezdny konkurs piosenki to bowiem przede wszystkim świetna paralela do sytuacji na naszej planecie.

Nie będę o tym pisał szerzej – jestem przekonany, że wątek ten zostanie przez innych autorów i autorki wrażeń redakcyjnych należycie opisany i odmieniony przez wszystkie przypadki. Chciałbym się raczej skupić na kilku aspektach, które najbardziej mnie zaskoczyły. Po pierwsze realizacja sceny (i sama scena!) wyrzucenia publiczności konkursu w przestrzeń kosmiczną to chyba najpiękniejsza i najbardziej przerażająca rzecz, jaką dane mi było widzieć w Doktorze Who od lat (przynajmniej od ery Capaldiego). Po drugie – niesamowity Ncuti Gatwa, w szczególności scena torturowania Dzieciaka. Uwielbiam to, jak emocjonalne i impulsywne jest to wcielenie. Po trzecie – wszelkie eurowizyjne smaczki, na czele z Grahamem Nortonem (po cichu liczyłem na to, że w dubbingu pojawi się legendarny Artur Orzech, chlip chlip, to by dopiero było meta). A po czwarte – wszelkie drobne, ale jakże zgrabnie wprowadzone elementy komediowe. Scenka, w której Piętnasty nieoczekiwanie mdleje, jest absolutnie wyborna.

Uważny czytelnik spostrzeże, że wśród zaskoczeń nie znalazło się ani cameo Susan, ani bigeneracja pani Flood/Rani. Nie zrozumcie mnie źle – to momenty intrygujące i historyczne (w szczególności ten pierwszy), ale kłamałbym, gdybym napisał, że były dla mnie zaskoczeniem. Nawet, gdybyśmy jako redakcja od paru lat nie konsultowali merytorycznie polskiej wersji językowej serialu (raz jeszcze ukłony dla całej ekipy Iyuno Polska!), to nie dało się nie zobaczyć tych licznych przecieków albo nawet zwykłych teorii fanowskich, według których każda trzecioplanowa postać kobieca od co najmniej 15 lat miała się okazać Rani. Niemniej, czekam na to, co się wydarzy dalej. Czekam ostrożnie, bo wszyscy wiemy, jak bardzo finały Russella są hit or miss. Ale czekam.

Doktor i Belinda przybyli na kosmiczną Eurowizję The Interstellar Song Contest

Tomasz „I3altazar” Tarnawski: Wielki finał Astrowizji okazał się… wielką podpuchą i pułapką zastawioną przez twórców. Spodziewałem się, że konkurs będzie rdzeniem odcinka, a złole będą sobie coś tam mącić w tle. Tu jednak było bardziej w stylu Hitchcocka i to mnie naprawdę wbiło w fotel. Mogliśmy obserwować Belindę i Doktora działających w pojedynkę, co doprowadziło nas do tej sceny, o której fani i badacze charakteru Piętnastego Doktora będą pisać rozprawy doktorskie. Bez zbędnych spoilerów, odcinek był pełen emocji, często trudnych i bolesnych, ale też pełen wzruszeń. Bolesnych i trudnych, bo ni stąd ni zowąd powrócił temat kolonializmu i rasizmu, czego również się zupełnie nie spodziewałem. I było to zrobione dobrze, z szacunkiem, wyczuciem i należytą głębią w pokazaniu skutków cierpienia i traumy. Co więcej, nie chodziło tym razem o rasizm wobec czarnoskórych, ani w ogóle wobec ludzi, a rasizm wobec konkretnego gatunku kosmitów, co również mi się podobało, bo było pomysłowe. Mógłbym to porównać do dylogii o Zygonach z serii 10. Finał odcinka to ujawnienie tożsamości pani Flood, długo wyczekiwane. Tutaj również dałem się zaskoczyć. I to podwójnie. I naprawdę nie mogę się doczekać przyszłego tygodnia!

Kacper Olszewski (TARDISawka): 803. Konkurs Międzygwiezdnej Eurowizji. Następuje rozmrożenie komory hibernacyjnej i za chwilę na scenę wychodzi nieśmiertelny prowadzący. Światło reflektorów odbija się od jego śnieżnobiałych zębów, oślepiając publiczność. Gość prowadzi show prawdopodobnie od czasów, kiedy kriogenika rozwinęła się na tyle, że wymyślono jak bezpiecznie przywracać człowieka ze stanu hibernacji. Niespełna minutę po przebudzeniu wychodzi na scenę, szczegóły poznaje w kulisach – trzeba przecież konserwować cenne sekundy jego życia, które w całości podlega kontraktowi z organizatorem konkursu, który być może dalej nazywa się EBU. Taka umowa brzmi jak koszmar i przywodzi na myśl sytuację z filmu Joon-ho Bonga Mickey 17. Ale to tylko ciekawy smaczek, który nie jest tematem odcinka, chociaż samo odmrażanie okazuje się istotnym motywem.

Takie nieprzeeksponowane niuanse, choć często wywodzą się z prostego żartu czy potrzeby opowiedzenia historii na skróty, to coś, za co uwielbiam gatunek sci-fi. Widok jednego zjawiska pobudza wyobraźnię na temat tego, jak wyglądała historia ludzkości, która do niego doprowadziła. I ja ten odcinek lubię głównie za takie smaczki: Doktor mdlejący w zabawny sposób, hologramowy Graham Norton (brytyjski komentator Eurowizji) czy złowrogi sponsor konkursu piosenki, którego można odczytywać jako nawiązanie do Moroccanoil – największego obecnie sponsora Eurowizji, który jest firmą z Izraela.

Susan, która objawiła się Doktorowi w formie wizji nie zrobiła na mnie wrażenia. Dużo ciekawsze dla mnie byłoby, gdyby Piętnasty oprzytomniał za sprawą jakiegoś odległego wspomnienia, które nie stanowiłoby jednocześnie odtworzenia jakiejś przeszłej sceny z serialu. Chyba musiałbym dorastać z serialem i serią klasyczną, żeby docenić to cameo. I tak, uważam, że nie zwiastuje ono, że Carole Ann Ford pojawi się w finale sezonu, ale nigdy nie wiadomo – być może Doktor dozna jakiejś kolejnej wizji, w której będzie mógł porozmawiać z wnuczką na pokładzie swojej TARDIS – takie coś chętnie bym zobaczył!

Gdyby to był koncert życzeń, to chętnie zobaczyłbym też większy przekrój międzygwiezdnych wykonawców – na miejscu Russella uderzałbym do znanych współczesnych artystów, żeby nakręcili 10-sekundowe urywki dziwacznych piosenek i połączył z odjechanymi designami kosmitów. Uważam też, że zbyt dużo w odcinku powiedziano o tym, co się stało z Helianami i ich planetą – wyjaśnienie zostało wyłożone w dość łopatologiczny sposób, a sytuacja była ciekawsza, kiedy pozostawało to w sferze domysłu.

Jednocześnie dostałem w tym odcinku obrazki, których sobie nie życzyłem, a okazały się wciskające w fotel. Scena publiczności zasysanej w kosmos jest bardzo dobrze zrealizowana i robi ogromne wrażenie. Na efekt „wow” składa się też przeświadczenie, że to przecież odcinek o konkursie piosenki, powinien być kampowy i zabawny, najlepiej z jakimś glutowatym kosmitą za głównego złoczyńcę. A tu po raz kolejny Doktor Who udowadnia, że nigdy nie wiesz, czym cię zaskoczy!

Kid i Sabine The Interstellar Song Contest

Dorota Kaźmierczak: Doktor Who i Eurowizja to dwie marki, które nieodzownie kojarzą mi się z okresem nastoletnim i jestem ich fanką od lat. Pomysł na historię łączącą Doktora z tym wyjątkowym dla mnie wydarzeniem wydawał mi się strzałem w dziesiątkę i po ogłoszeniu tegorocznego sezonu dręczyło mnie pytanie „dlaczego nikt wcześniej na to nie wpadł?”. Na 6 odcinek czekałam więc z niecierpliwością, zastanawiając się w sumie jak to będzie wyglądać (zapowiedzi zdradzały bardzo niewiele) i… trochę się zawiodłam, ale nie powiedziałabym, że jest to jednoznacznie słaby odcinek.

Co najbardziej zaskoczyło mnie w The Interstellar Song Contest to fakt, że konkurs nie gra w nim istotnej roli. Jest tylko tłem wydarzeń do zaplanowanego ataku terrorystycznego, któremu stara się zapobiec Doktor. Rozczarowało mnie pokazanie tylko niespełna trzech piosenek, a patrząc na kreatywny potencjał galaktycznej stawki konkursowej mogło z tego wyjść coś o wiele bardziej obiecującego.

Ostatecznie nie broni się też jakoś zbytnio główny wątek – czyli zamach. Motyw kapitalistycznego wyzysku i to, jakie formy może przybierać bunt, zostaje niestety spłycony i potraktowany zero-jedynkowo. W ciekawy sposób nawiązali do głównego przesłania Eurowizji, czyli siły piosenki w trudnych czasach, jednak zwieńczenie wcześniej wspomnianego motywu (Helia została zniszczona, nie potępimy jednoznacznie korporacji, ale zaśpiewamy piosenkę) wydaje mi się odwracać uwagę od prawdziwego złego tej historii, czyli korporacji. Odcinek według mnie nie oddaje też pełnej sprawiedliwości Helianom, a patrząc na wieloaspektowość ich tragedii, to zawarcie na ten temat większej ilości informacji i rozwinięcie tego wątku pomogłoby mi zaangażować się bardziej w fabułę odcinka.

The Interstellar Song Contest ma jednak swoje momenty, a te stanowią przede wszystkim podbudowa po dwuodcinkowy finał, powracające postacie i liczne nawiązania dla fanów Eurowizji (uśmiechnęłam się, kiedy Doktor i Belinda wspomnieli o Abbie, kiedy pojawił się Graham Norton, a w tle zaczął grać utwór zespołu Bucks Fizz, reprezentujący kiedyś Wielką Brytanię). Dużym plusem jest też pokazanie mroczniejszej strony Piętnastego Doktora, która mam nadzieje wróci w nieco mniej drastycznych okolicznościach.

Radosław Koch (Grupa Disney Plus Polska): Doktor na galaktycznej Eurowizji? Świetny koncept, choć mam wrażenie, że nie został on w 100% wykorzystany. Mamy kilka nawiązań, choćby w postaci gościnnego występu Grahama Nortona, ale mam wrażenie, że można było to zrobić lepiej, w granicach, które nie naruszałyby licencji, mogliśmy dostać coś bardziej eurowizyjnego. Konkurs piosenki jest jednak tylko tłem dla wielu innych rzeczy, które wydarzyły się w tym odcinku.

Nie wiem, czy ktokolwiek się spodziewał, że aż tyle się w nim wydarzy, ponieważ poza ciekawym wątkiem związanym z Helianami, który może być w bardzo różny sposób przekładany na nasz świat, dzieje się wiele naprawdę zaskakujących rzeczy. Już pojawienie się Susan, wnuczki Doktora, spowodowało, że podskoczyłem w fotelu, a scena po napisach była jeszcze bardziej interesująca. Choć mam wrażenie, że wątek pani Flood można było rozwiązać w trochę lepszy sposób niż poprzez scenę po napisach. Acz moim ulubionym momentem pozostaje scena z Grahamem Nortonem, który informuje Belindę, że Ziemia nie istnieje. O takie połączenie Doktora i Eurowizji nie walczyłem, a w paru momentach dostałem.

Cora Saint Bavier wykonuje astrowizyjną piosenkę The Interstellar Song Contest

Jakub Kraszewski (O Filmówce Przy Kremówce): Ten odcinek wziął mnie z zaskoczenia i to z kilku powodów. To, że kosmiczna Eurowizja jest świetnym pomysłem, to oczywiste, ale po zapowiedziach raczej spodziewałem się luźnej, kampowej historii. Elementy kampowe jak najbardziej są obecne (z Doktorem latającym na armatce do konfetti na czele), ale odcinek bardzo szybko skręca w mroczną stronę. Moment wystrzelenia widowni w przestrzeń kosmiczną, ukazany w równocześnie pięknych i niepokojących kadrach, na długo zapadnie mi w pamięci. Nie spodziewałem się też tak wyraźnych analogii do sytuacji Palestyny i Izraela. Jak na serial będący, bądź co bądź, mainstreamowym produktem, było to całkiem odważne posunięcie. Szkoda jedynie, że na samym tytułowym konkursie piosenki nie zobaczyliśmy więcej występów (i że prawie wszyscy wykonawcy wyglądali mniej lub bardziej jak ludzie, poza tym jednym uroczym pokemonem).

Potrzebowałem dwóch seansów, żeby w pełni docenić ten odcinek, bo za pierwszym razem dość mocno wybiło mnie zachowanie Doktora wobec Kida. Piętnasty szczególnie w tym sezonie miał już kilka okazji do pokazania swojej groźnej strony, jednak tu jego zachowanie wydawało się aż za bardzo out of character. Po drugim seansie nie miałem już aż takich odczuć, choć nadal uważam, że poczucie winy Doktora w finale mogłoby być zaznaczone trochę lepiej, bo tak to trochę ciężko mi się dziwić pojawiającym się w internecie głosom krytycznym, zarzucającym serialowi, że bojowników o wolność zrównuje ze złą korporacją niszczącą ich świat.

Przechodząc do wielkiego słonia w pokoju w postaci dwóch wielkich twistów: cameo Susan było dość zaskakujące, niby można było się spodziewać, że wnuczka Doktora prędzej czy później się pojawi, po tym jak została wspominana wielokrotnie w poprzednim sezonie, ale nadal to raczej pozytywne zaskoczenie. Tylko forma podania tego cameo mogłaby być lepsza, bo takie migawki wizji wypadają strasznie kiczowato. A co do Rani… jeszcze nie wiem, co o niej (o nich?) sądzić. Trochę irytuje mnie fakt, że po raz kolejny wielkim złym ma być postać wyciągnięta z Classic Who, a nie nowy oryginalny przeciwnik. Z drugiej strony, fajnie zobaczyć w roli antagonisty Władcę Czasu, który nie jest Mistrzem, bo tego w ostatnich latach było na tyle dużo, że już trochę zdążył mi się przejeść. Z trzeciej strony, na tyle, na ile można to stwierdzić po tej krótkiej zajawce na koniec odcinka, bardzo podoba mi się casting nowej Rani. Archie Panjabi nie tylko wizualnie pasuje mi do tej postaci, ale wydaje się mieć naprawdę fajną chemię z Anitą Dobson i coś mi mówi, że obie wersje Władczyni Czasu będą miały ciekawą dynamikę. No i fajnie, że ta tajemnica została ujawniona już teraz, a nie w kolejnym odcinku, bo to daje jakąś nadzieję, że może tym razem finał nie będzie rozwiązany aż tak pospiesznie. No i z czwartej strony, jakaś szalona część mnie jest rozczarowana, bo chyba naprawdę liczyła na to, że pani Flood okaże się po prostu dziwną staruszką, casualowo rzucającą bardzo niepokojące teksty. Co by nie mówić, jestem pozytywnie nastawiony do dwuodcinkowego finału.

Filip „ThePinkFin” Mazur: O Rani, co to był za odcinek! A tak na poważnie to wyszedł całkiem porządnie. Bardzo lubię film Eurovision Song Contest: Historia zespołu Fire Saga i liczyłem na to, że dostanę jakiś świetny kiczowaty utwór. Z jednej strony czuję rozczarowanie podobne do tego przy moim kochanym Diabelskim akordzie, a z drugiej tam akurat na końcu zawsze jest twist.

Nie mydlmy sobie oczu. Nawet jeśli ktoś liczył na wspaniałe utwory, to będzie wspominał ten odcinek z 2 powodów i żaden z nich to nie „Dugga Doo”, a Susan i Rani. Cieszę się, że poprzedni sezon nie był wyłącznie wodzeniem za nos dla zwykłej zabawy z oczekiwaniami i tym razem dostaliśmy wielki powrót wnuczki Doktora. Właściwie to bardzo skromny, ale mam nadzieję, że ostatnie 2 odcinki pozwolą nam bardziej się nią nacieszyć. Oby to nie był jakiś dziwny sposób na nakręcenie publiczności, by Disney zgodził się na 3. sezon, bo z cliffhangerami różnie się działo, choć ciąg dalszy nawet bez amerykańskiego giganta jest chyba oczywisty. Wystarczy mi to, że o Łotrze zapomnieli, a ja chcę więcej odcinków z Ncutim i Jonathanem Groffem. Co się zaś tyczy Rani – wiem już, co będę nadrabiał, gdy serial się skończy. Właściwie to nie miała zbyt wiele czasu dla siebie w klasyce, bo tylko The Mark of the Rani i Time and the Rani (plus średnio kanoniczne Dimensions in Time). Bardzo mi się podoba takie branie na finał postaci z klasyki, których nie było w tym tysiącleciu. Poprzednim razem był to Sutekh i zrobił na mnie bardzo piorunujące wrażenie, choć Pyramids of Mars to taka średnia historia. Mam w związku z tym całkiem spore oczekiwania wobec Wish World i The Reality War, ale nie liczę na nic konkretnego. Miło będzie, jeśli narzekający na Szczęśliwy dzień spojrzą na niego przychylniejszym okiem z perspektywy finału, ale najważniejsze, że mnie się podobał i tak powinno być i tym razem.

Zapytany, co lepsze – Opowieść i silnik czy Międzygwiezdny konkurs piosenki – odpowiem pewnie zawsze, że …konkurs…, ale jest spore ryzyko, że zapamiętam go tylko jako narzędzie do zabicia pani Flood. Na razie sezon wygląda tak, że po 4 coraz lepszych odcinkach dostaliśmy 2, które też są coraz lepsze od siebie, ale między 4. a 5. jest gigantyczny spadek. Finale, dowieź i daj nam zapowiedź 3. sezonu na Disney+.

Nina Maxwell rozmawia z Sabine The Interstellar Song Contest

Piotr Nowak (O Filmówce Przy Kremówce): Już tylko jeden odcinek dzieli nas od wybuchowego finału sezonu. Podczas gdy napięcie nieustannie rośnie, czas rozsiąść się wygodnie w fotelach i obejrzeć muzyczny show, jakim jest Międzygwiezdny konkurs piosenki.

Odcinek eurowizyjny Doktora naprawdę pozytywnie mnie zaskoczył. Spodziewałem się głównie kampowego odcinka wypełnionego licznymi piosenkami, a tymczasem dostajemy tu naprawdę ciekawe rozwinięcie postaci Doktora oraz powroty znanych bohaterów. Zanim jednak przejdę do omówienia całej fabuły warto wspomnieć o tym, jak bardzo aktualny jest obecnie ten odcinek. Jest to dość trafny komentarz społeczny na temat konkursu Eurowizji i polityczności tego konkursu. Jest to szczególnie widoczne, jeśli weźmiemy pod uwagę piosenkę Izraela na tegorocznym konkursie. Mimo to uważam, że krytyka korporacji i politycznych koneksji konkursu mogła zostać poprowadzona jeszcze mocniej, bo w dalszej części wątek ten schodzi na dalszy plan.

To, co robi ten odcinek, to przedstawienie nam o wiele mroczniejszej strony Doktora. Moment, w którym Piętnasty zaczyna torturować głównego antagonistę naprawdę sprawiła, że przeszły mi ciarki po plecach. Odcinek ten przypomina także, że bez wpływu towarzyszy Doktor bardzo łatwo może pogrążyć się we własnym mroku. Mam wrażenie, że motyw ten pojawi się jeszcze w finale sezonu.

Oprócz tego pojawiają się tu jeszcze znajome twarze dla długoletnich fanów Doktora. Po licznych zapowiedziach z poprzedniego sezonu widzimy w końcu wnuczkę Doktora Susan, graną przez Carole Ann Ford. Powraca także Władczyni Czasu Rani – szalona naukowczyni, która ostatni raz pojawiła się w odcinkach z lat 80. Wszystko wydaje się zmierzać do naprawdę ciekawej kulminacji. Jestem naprawdę ciekaw jak zakończy się ta cała szalona przygoda.

Anna Sobolewska: Wow, co tu się wydarzyło! Bardzo się cieszę, że posłuchałam Russella i unikałam spoilerów jak ognia. Z przyczyn losowych w sobotę do odcinka zasiadłam z opóźnieniem. Bardzo korciło mnie, by zajrzeć w międzyczasie do social mediów, ale jestem szczęśliwa, że wytrwałam, dzięki czemu powrót Carole Ann Ford jako Susan wywołał we mnie reakcję, której prawdopodobnie oczekiwał Russell (dosłownie prawie spadłam z kanapy). Nie mogę się doczekać spotkania Susan ze swoim dziadkiem (i jestem pewna, że Ncuti będzie w stanie ukazać w tej scenie cały szereg emocji targających Doktorem).

Ale od początku. Na odcinek ten czekałam głównie dlatego, że sam pomysł wielkiego koncertu Eurowizji w kosmosie wydał mi się intrygujący. Sama wielką fanką Eurowizji nie jestem (choć występ Steczkowskiej obejrzałam i bardzo mi się podobał, powinna się dostać do czołówki), jednak obietnica tego, że otrzymamy wielkie widowisko, a budżet dla odcinka był największy w historii, brzmiała ogromnie intrygująco. W skrócie – oczekiwałam świetnej rozrywki i tego, że odkryjemy tożsamość pani Flood. Na pewno nie spodziewałam się, że w serialu pojawi się po trzech dekadach wnuczka Doktora!

Sama historia przedstawiona w odcinku jest prosta. Doktor i Belinda pojawiają się na kosmicznej Eurowizji, jednak oczywiście zabawę przerwać musi atak terrorystyczny. Scena, w której cała arena ludzi zostaje wessana przez otwarty dach była niezwykle efektowna (i podejrzewam, że to na nią poszła spora część budżetu), zwłaszcza gdy kamera podążała za Doktorem dosłownie wsysanym przez kosmiczną próżnię. Gdy potem widzieliśmy jego zmrożone ciało unoszące się w przestrzeni, nie spodziewałam się, że w tym właśnie momencie zadzieje się historia i zobaczymy (lub raczej Doktor zobaczy) po kilkudziesięciu latach Susan Foreman. Czemu Susan wyraźnie próbuje skontaktować się z Doktorem z wnętrza TARDIS? Co tu się dzieje? Mam nadzieję, że dostaniemy odpowiedź i ich spotkanie w finale. Scena ta naprawdę zrobiła na mnie wrażenie, choć moment, w którym Doktor dosłownie otrząsa się z lodu i wraca na stadion na wyrzutni konfetti sprawił, że wyobraziłam sobie Naomi Nagatę klnącą z politowaniem w języku Pasiarzy, wspominając jej własną przygodę w kosmosie bez skafandra. No ale kamp nie jest czymś nowym w Doktorze Who.

Freddie Fox jako główny villain odcinka sprawdził się według mnie doskonale. Jako postać posiadał ironię i charyzmę, źródło jego gniewu było uniwersalne i zrozumiałe, a analogia do prawdziwych wydarzeń dość czytelna. Nie czuję się kompetentna by komentować tę analogię i czy była ona czymś złym lub pozbawionym taktu, ale nie zgadzam się z zarzutami, że odcinek był moralnie zły, gdyż ukazał Doktora de facto torturującego Kida. Według mnie nie mieliśmy widzieć w tym momencie Doktora jako bohatera, ale moment jego moralnego upadku. Piętnasty jest bardzo emocjonalnym Doktorem, kłamie jednak jak na Doktora przystało i wiele negatywnych emocji przykrywa uśmiechem. Lecz te emocje mają gdzieś ujście, czy to w postaci łez, czy właśnie dość nieoczekiwanego momentu okrucieństwa. Ogromnie mnie cieszy, że w tym sezonie dostajemy więcej tej mrocznej strony Doktora, zwłaszcza że to jedne z najlepszych scen Ncutiego do tej pory.

Samo rozwiązanie kwestii wyzyskiwanej planety było rozczarowujące, dostaliśmy smutną piosenkę, ale brak sygnału, że nagłośnienie sprawy coś zmieni dla jej mieszkańców. Kolejny raz widać jak ograniczający jest format jednoodcinkowych historii poniżej 50 minut, niektóre wątki domknięte zostały po to, by zrobić miejsce dla clou odcinka – bigenerację pani Flood i jej objawienie jako Rani. Przyznam, że nie znam klasyków, ale już lubię tę nową Rani oraz dalej uwielbiam panią Flood, w dodatku ich relacja wydaje się bardzo intrygująca.

P.S. Swoją drogą, czy Rani jest słynnym tajemniczym bossem, o którym wspominali Meep i Rogue? Przyjrzałam się znaczkom na jej przyrządzie, którego używała do skalibrowania z TARDIS i o dziwo to nie alfabet gallifreyański, a ten sam, co na przyciskach na statku Rogue’a.

Belinda i Cora Saint Bavier The Interstellar Song Contest

Dominik Śnioch (Ja, Dominek): Czekałem na ten odcinek i byłem dobrej myśli – autorka tegoż, Juno Dawson, napisała bowiem kiedyś bardzo fajną doktorową książkę The Good Doctor. Nie zawiodłem się – o ile o poprzednim odcinku pisałem, że chociaż bardzo mi się podobał, to nie był zbyt dobry, to o tym mogę śmiało powiedzieć, że mi się bardzo podobał i był świetny. Niemalże wszystko w nim grało (muzyczny żart niezamierzony), od Doktora po wroga.

Kosmiczny terrorysta to może nie jest zbyt oryginalny pomysł, ale ten konkretny urzekał charyzmą i okrucieństwem. Dobrze też, że miał własną swego rodzaju towarzyszkę, bo nie pasowałoby, gdyby monologował o swojej motywacji za długo – od tego była jego bardziej wrażliwa partnerka. Nie było mi go jakoś szczególnie żal, gdy Doktor go torturował, ale i tak mam nadzieję, że wróci. A skoro o Doktorze mowa, to wreszcie, WRESZCIE był sprawczy! W końcu działał. Super było, jak łatwo spacyfikował złola. Będę zapewne w mniejszości, ale jestem fanem tego, jakiego szału dostał i jak bezlitosny się zrobił. Oraz tego, że na końcu nie wpadł w jakąś depresję (pozdro, Dziesiąty) tylko na spokojnie zaczął rozkminiać co zrobił i dlaczego. W ogóle przezabawna była scena z armatą na konfetti oraz nawiązaniem do Piątego Doktora pływającego kraulem w kosmosie. No miodzio.

Nie wszystko było, niestety, idealne: Belinda nie miała w zasadzie żadnej osobowości ani nic do roboty w odcinku. Była tylko po to, by wzmocnić motywację Doktora. Również zakończenie, z bigenerującą się Rani nie przypadło mi do gustu – nie zrozumcie mnie źle, uwielbiam tę postać. Miałem nadzieję, że pani Flood to właśnie ona, a i to jej nowe wcielenie zapowiada się obiecująco, ale… Ale bigeneracja miała być zjawiskiem tak rzadkim i niespotykanym, że wręcz uznawanym za legendę. A tu już druga, zaraz po tej Doktora. Odnośnie natomiast zarzutów, które również słyszałem, że zła korporacja nie została ukarana, to zgoda, słabo to wyszło. Przynajmniej głośno powiedziano, że ta firma to zło. A nie zawsze tak w tym serialu bywało. A teraz czekamy na finał. Nie spartol tego, Russel…

Filip Tokarzewski (The Philmer): Niesamowite jaki poziom trzyma obecna seria. Międzygwiezdny konkurs piosenki to kolejny świetny odcinek, który na dodatek, oprócz opowiadania własnej historii, zgrabnie wplata wątki, które stanowią podbudowę pod finał. W dodatku, choć pozornie jest to odcinek o kosmicznej Eurowizji, w rzeczywistości opowiada o bieżącym problemie z nim związanym, jakim jest uczestnictwo Izraela, dokonującego ludobójstwa w Palestynie. Mam parę problemów z tym, jak ten komentarz został poprowadzony, jednak i tak doceniam sam fakt, że odważono się wypuścić taki odcinek w ten sam dzień, w którym odbył się finał Eurowizji.

Mój największy problem dotyczy postaci antagonisty, z którego zrobiono zwykłego terrorystę, który po zniewoleniu jego ludu teraz sam dokonuje ludobójstwa na stu tysiącach żywych istot. Wiadomo, że w jakimś stopniu jest to poparte rzeczywistością, jednak zabrakło tu moim zdaniem pewnego niuansu, który stawiałby nacisk na źródło problemu: ekstremizm rodzi ekstremizm, ucisk jednych prowadzi do krwawej zemsty na drugich, tworząc błędne koło przemocy i rozlewu krwi. Ślad tego da się odnaleźć w scenie, w której Doktor – przekonany o śmierci Belindy – brutalnie obchodzi się ze złoczyńcą (jest to zresztą kolejny świetny pokaz aktorstwa Ncutiego Gatwy), jednak ostatecznie przekaz tego odcinka pada za bardzo pośrodku, twierdząc że jedynie pokojowy protest jest możliwy. Nie podoba mi się również, że Belinda nie reaguje żywiej, gdy widzi Doktora. Jest to trochę niekonsekwentne z tym, jak była pisana jeszcze w pierwszym odcinku. Wracając jednak do przekazu – mimo wszystko go doceniam. Na tyle, na ile było to możliwe, odniósł się rzeczywiście do sytuacji, która ma miejsce z Eurowizją. A ujęcie na rosnące na tle ognia maki (których kolory nie są przypadkowe), w akompaniamencie końcowej piosenki, było całkiem poruszające.

Międzygwiezdny konkurs piosenki to też drugi odcinek z rzędu, w którym pojawia się niespodziewane cameo. Tym razem jest to pojawiająca się w formie wizji Susan, grana przez Carole Ann Ford. Powrót wnuczki Doktora był zawsze tym, co uważałem za dość niewykorzystaną okazję i bardzo się cieszę, że po latach w końcu ma to miejsce. Szkoda tylko, że dzieje się to tak bez przyczyny ani żadnej podbudowy (nie licząc paru razy, gdy Susan została wspomniana w poprzednim sezonie). Jestem jednak ciekaw, co stanie się dalej z tą postacią, bo szczerze wątpię, żeby na losowym cameo się skończyło. Zresztą powiedziała ona Doktorowi, żeby ją znalazł. Poznajemy również tożsamość pani Flood, która okazuje się być Rani, czyli najbardziej oczywistą opcją, o której fani spekulowali już od roku. Niemniej, dobrze, że wiele wątków wprowadzonych jeszcze na początku ery Daviesa, pomału zaczyna się splatać, a grunt pod dwuczęściowy finał sezonu został ułożony.


A wy co sądzicie? Zapraszamy do dyskusji o Międzygwiezdnym konkursie piosenki oraz nowym sezonie na grupie na Facebooku – TARDISawce oraz na naszym serwerze Discorda, gdzie powstają spoilerowe wątki dyskusyjne. Nie może Was zabraknąć w ożywionych rozmowach, które mają tam miejsce cały czas!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *