„Doktor Who. Z niewielką pomocą przyjaciół” – recenzja

Stało się! Doktor wreszcie przemówił po polsku na kartach komiksu – w albumie Doktor Who. Z niewielką pomocą przyjaciół, który 20 maja ukazał się w Polsce. Dawka Doktorów jednak jest podwójna, bo w zbiorze znalazły się przygody Dziesiątego oraz Trzynastej. Zapraszamy do zapoznania się z naszymi wrażeniami z lektury. Serdecznie witamy też naszych wyjątkowych gości: Filipa oraz Sylwestra z ReTro Komiks. Dziękujemy wydawnictwu Story House Egmont za egzemplarze recenzenckie!

Okładka Doktor Who „Z niewielką pomocą przyjaciół”

Krzysztof Danielak: Nie da się ukryć – wiadomość o wydaniu pierwszego albumu komiksów po polsku to były dobre wieści i tym bardziej nie mogłem się doczekać premiery. Pierwszym, na co zwróciłem uwagę po otwarciu paczki była oczywiście okładka. Możliwe, że już o tym nie pamiętałem, ale nie spodziewałem się, że Egmont wyda ten album w twardej oprawie. Sprawia to, że pierwsze wrażenie jest solidne.

A jak jest z samą zawartością? Wcześniej po angielsku czytałem tylko jeden z nich, czyli Opowieść o Dwojgu Władcach Czasu. Pod kątem historii każdy z trzech komiksów w albumie czerpie z innej ery New Who. Był sobie Władca Czasu otwierający wydanie to bardzo dobry hołd dla pierwszej ery RTD. Widać miłość autora do serialu. Bardzo doceniam wszelkie smaczki, nie zabrakło w nim też odrobiny klasyków. Bardzo przemawiają do mnie historie o opowieściach, nie tylko w Doktorze Who, dlatego pomysł na to, by to Martha opowiadała kosmitom przygody Doktora, uważam za świetny. Doceniam też, że kreska komiksu wyraźnie pokazuje, co jest opowieścią, a co niejako na zewnątrz niej. Opowieść o Dwojgu Władcach Czasu czerpie także z twórczości Moffata w erze RTD, bo przeciwnikami obok Autonów są Płaczące Anioły. Natomiast ostatnia historia czerpie głównie z ery Chibnalla (ale znajdzie się w niej też alternatywna wersja Rose). Dzięki temu album jest fajnym przeglądem przede wszystkim całego New Who. Wyłapywanie mniej oczywistych nawiązań do różnych historii sprawia frajdę, ale także obie przygody – poza tym, że są ze sobą połączone do pewnego stopnia czaso-masowo – to po prostu dobre doktorowe opowieści, których nie powstydziłby się główny serial. Postacie są takie, jakie znamy z ekranu, a czasem są dużo lepiej poprowadzone. Jody Houser sprawiła, że wreszcie Trzynasta ma to, czego w dużym stopniu brakowało mi w jej przypadku na ekranie – sprawczość. Widać jej inicjatywę, pomysłowość i po prostu doktorowość. Za rysunki w obu historiach z Dziesiątym i Trzynastą odpowiada Roberta Ingranata, więc widać inny styl w porównaniu z pierwszym komiksem. Nie jest gorszy, choć czasami postacie robią trochę dziwne miny, a Yaz jak dla mnie jest najmniej podobna do swojej wersji serialowej.

Fajnie, że w albumie znalazły się także takie bonusy jak wywiad z autorem pierwszego komiksu czy różne wersje okładek wszystkich zeszytów składających się na przygody Dziesiątego i Trzynastej. Tłumaczenie uważam za utrzymane na wysokim poziomie – od pomysłowego oddania homonimów w przygodzie Rose i Dziewiątego po utrzymanie rodzaju żeńskiego TARDIS, do którego jako polski fandom jesteśmy przyzwyczajeni. Mam kilka drobnych uwag technicznych, jak chociażby obecny w wydaniu ultradźwiękowy śrubokręt zamiast śrubokrętu sonicznego, ale zupełnie nie przeszkadza to w odbiorze fabuły. Trochę też rozumiem, dlaczego timey-wimey to czasopląsy (fajne słowo!), a nie czaso-maso.

Od komiksów niełatwo było się odrywać, a w moim przypadku to dobry znak. Zastanawiałbym się może czy akurat te komiksy są dobre na początek przygody Doktora z polskim rynkiem komiksu, zwłaszcza z punktu widzenia osób, które nigdy nie miały styczności z tą postacią. Jednak dla takich czytelników znalazło się na końcu posłowie Człowieka z Popkultury, które całkiem nieźle nakreśla sytuację Whoniwersum. Polecam Wam Z niewielką pomocą przyjaciół gorąco, szczególnie jeśli przed zagłębieniem się w Expanded Universe powstrzymywała Was bariera językowa. Oby Egmont na tym albumie nie poprzestał – pewną nadzieję budzą słowa „Trzynasta Doktor i pewna postać powrócą”. Raczej tak samo było w oryginale, ale aż chce się wierzyć, że to zaproszenie do tego, aby polscy czytelnicy udali się razem z Doktor w kolejne przygody przez czas i przestrzeń.

Tomasz „I3altazar” Tarnawski: Komiksy z Doktorem nareszcie zawitały do Polski. Nie wiem, czy jest w tym kraju osoba, która cieszy się z tego bardziej niż ja. Komiksy to najstarsza i moim zdaniem najważniejsza gałąź doktorowego Rozszerzonego Uniwersum (EU). A to dlatego, że zachowują one wewnętrzną spójność (różne przygody komiksowe różnych Doktorów się przeplatają i zazębiają, ale ze sobą nie kolidują) i chętnie sięgają po postacie z innych źródeł. Nawet tutaj, w tym wydaniu, możemy w jednym z kadrów zobaczyć postać, która istnieje tylko w słuchowiskach. Dlatego polskie wydanie Z niewielką pomocą przyjaciół było jedną z moich najbardziej oczekiwanych premier tego roku.

Wydanie zawiera trzy dłuższe przygody i jedną bardzo krótką. Pierwsza z nich, Był sobie Władca Czasu to przygoda Marthy, która zostaje porwana przez kosmiczne potwory żerujące na fikcji. I niczym Szeherezada opowiada im o przygodach Dziesiątego. Historia nie ma w sobie ani głębokich przemyśleń, ani dramatycznych zwrotów akcji, to raczej przygodówka z gatunku „poszukiwanie skarbu”. To, co cieszy oczy, to plejada znanych postaci, które się przewijają w opowieści Marthy – Ozyrianie, Cesarzowa Racnoss, Wilkołak i cała masa innych stworów. Komiks pierwotnie ukazał się w listopadzie 2023, czyli w okolicach pamiętnego 60-lecia, więc była to świetna okazja na taką paradę. Ale dla nas, Polaków, pierwsze ukazanie się komiksów z Doktorem jest dla takiej parady okazją niezgorszą. Jeśli ktoś nigdy nie miał z komiksami o Doktorze styczności, to myślę, że ta historia zachwyci go rozmachem, którego próżno szukać w serialu. Zwłaszcza że nie tylko fanserwisem ten komiks stoi, Dziesiątemu Doktorowi nie brakuje tu charakterystycznego szaleństwa i wspaniałej charyzmy, a poza tym komiks zachwyca rysunkami wykonanymi w różnych stylach (co ma uzasadnienie w fabule). Niejako powiązana z tą opowieścią jest króciutka przygoda Ład i Skład (oryginalnie obie były wydane w jednym tomiku), która opowiada o tym, jak Dziewiąty i Rose walczyli z Tereleptilami. Dziewiąty wpada na pomysł, by używać homonimów, aby zmylić Tereleptilów. To bardzo pomysłowa zagrywka, która mogła się udać tylko w medium pisanym. Chylę czoła przed twórcami za tak fantastyczny pomysł i chylę czoła przed tłumaczem. Od samego początku pisałem, że jak na pierwszy komiks o Doktorze po polsku, panu Markowi Staroście trafiło się nie lada wyzwanie, ale poradził sobie z nim bez pudła.

Dwa kolejne komiksy to wspólne przygody Dziesiątego i Trzynastej. Pierwsza nawiązuje do jednego z naszych ulubionych odcinków, czyli Mrugnięcia (Z niewielką pomocą przyjaciół). W drugiej (Prąd zmienny) pojawia się Nikola Tesla, Thomas Alva Edison, alternatywna rzeczywistość, Morskie Diabły i… alternatywna Rose Tyler. O ile pierwsza przygoda była dla mnie nieco nudna – zbyt „bezpieczna” – o tyle drugiej jestem wielkim fanem. Raz jeszcze, skala wydarzeń trudna do wyobrażenia w serialu. Scenarzystka, Jody Houser, jest naprawdę dobra w zderzaniu na swojej planszy zupełnie nieoczywistych elementów, tak jak ma to miejsce w Prądzie zmiennym. Dalsze losy alternatywnej Rose (i jej spotkanie z zupełnie innymi Doktorami!) możemy śledzić w innym komiksie Houser, który, mam nadzieję, również pojawi się kiedyś w Polsce.

Tyle z fabuły, ale jeszcze parę słów o jakości samego polskiego wydania. A jest o czym pisać: komiks wydano na porządnym papierze, w eleganckiej twardej oprawie, którą zdobi logo – zgodnie z tradycją wydań zagranicznych, nie jest to logo ani Dziesiątego, ani Trzynastej, tylko aktualne logo serialu. Grzbietu komiksu nie zdobi natomiast żaden numer, co jest bardzo rozsądne, bo w wydaniach zagranicznych od paru lat jest taka sytuacja, że co drugi komiks ma na grzbiecie numerek 1. Nie ma to wiele sensu, ale to historia na inną okazję. Tak jak w wydaniach oryginalnych, tom zawiera dodatki w postaci szkiców i okładek zeszytowych, których wydawca oryginalny (Titan Comics) zawsze produkuje całkiem sporo. Sprawdziłem – jest ich tyle samo co w wydaniu oryginalnym.

Na sam koniec: cena. Niech to zabrzmi we wszelkich zakątkach czasu i przestrzeni – stosunek ceny do jakości bije na łeb wydania zagraniczne! W Anglii na ogół nie robią takich integralnych wydań i to, co Egmont dał nam w 1 tomie, tam musielibyśmy kupić w postaci 3 odrębnych wydań: Alternating Current, A Tale of Two Time Lords i Once Upon a Time Lord. Już dwa pierwsze z nich – i to w miękkiej oprawie – kosztowałyby 28£ (czyli ok. 140 zł). Tymczasem Egmont w okładkowej cenie 120 zł oferuje nam zbiór zawierający jeszcze Once Upon… i to wszystko w twardej oprawie. Liczby mówią same za siebie.

Tak więc cieszmy się i radujmy – i kupujmy, bo komiksy z Doktorem mają naprawdę wiele do zaoferowania nam jako fanom, a Egmont pokazał, że wie, co robi i zadba dla nas o najwyższą jakość.

Filip „ThePinkFin” Mazur: Jako miłośnik komiksów bardzo długo na to czekałem. Nie potrafię zrozumieć, czemu tak ciężko na naszym rynku choćby o książki z Whoniwersum. W zeszłym roku sięgnąłem po książkową adaptację odcinka Łotr (oczywiście po angielsku) i nie było mi po drodze, żeby ją przeczytać. Ostatecznie się poddałem, choć byłem strasznie podjarany i chciałem kupić sobie wszystkie książki, przynajmniej te niebieskie. Tym razem mamy po polsku komiks 3w1 i to już jest inna rozmowa.

Na pierwszy ogień poszło Był sobie Władca Czasu. Od razu jesteśmy szczuci takim niby splash page’em ze „wszystkimi” dziesięcioma Doktorami. Okazuje się, że jest to bardzo istotne wprowadzenie, ponieważ Doktor o Pirometach mówił już tyle razy, że najważniejsza kwestia przestała wydawać mu się tak istotna, choć nie możemy mieć pewności. Nie wiecie, kim są Piromeci? Spokojnie, jest to ich debiut. Historia koncentruje się na opowieści Marthy i pomyślałem, że jest to makabrycznie tania gra na sentymencie do różnorakich kosmitów, którzy się tam przewijają. Potem jednak zrozumiałem, że cały urok polegał na tym absurdzie. Geniusz Dana Slotta ponownie udowodnił, dlaczego nie męczył mnie jego długi run w The Amazing Spider-Manie. Na dokładkę jest jeszcze opowieść samego Doktora, dzięki czemu z Dziesiątego przeskakujemy do Dziewiątego. Sama historia jest bardzo prosta, ale od razu pokochałem pomysł na atak ad homonim. Pewnie było to spore wyzwanie dla nieocenionego Marka Starosty, który tłumaczył ten tom, i dlatego zastanawiam się nad kupnem wersji angielskiej, by lepiej zrozumieć wyzwanie, przed którym stanął.

Mrugnięcie do dzisiaj jest jednym z najlepszych odcinków Doktora Who samo w sobie, a na dodatek warto je pokazać niezaznajomionym. Nie pomyślałem jednak, ile w tym koncepcie jest jeszcze niewykorzystanego potencjału. Zawsze byłem skupiony na Sally Sparrow, ale jakoś nie przeszło mi przez myśl, co w tym czasie (w 1969) mogli robić Doktor i Martha, a tu takie cuda wymyśliła Jody Houser. Do Płaczących Aniołów dodała Autonów i wyszła historia, która na swój sposób jest hołdem oddanym Mrugnięciu i Rose, ale jest też historią wybitną sama w sobie. Nie zwróciłem nigdy uwagi, że te postacie aż się proszą o wspólną przygodę. Wytłumaczy mi ktoś tylko, jak ma się los Nestene do późniejszych wydarzeń z Rose?

Prąd zmienny to już historia bardziej osadzona w erze Chibnalla. Tym razem Houser mocno nawiązała do Przerażającego wieczoru Nicoli Tesli. O ile od razu po Opowieści o dwojgu Władcach Czasu miałem ochotę po raz n-ty obejrzeć Mrugnięcie, tak tym razem nie czułem takiej potrzeby, a byłem trochę zagubiony w odniesieniach do odcinka, którego nie widziałem od premiery. Nie przepadam też za Morskimi Diabłami, odkąd poznałem je w Legendzie…, a klasyczne odcinki też nie pomogły. Mimo to nie zawiodłem się i trzymam mocno kciuki za ciąg dalszy. Może w końcu dowiemy się, kim jest wspomniana w Żonie Doktora Korsarz.

Cały tom jest niesamowitą przygodą, która odpowiednio wykorzystuje swoje medium, jakim jest komiks. Nie wiem, czy bym chciał, aby ktoś to zekranizował. Mnie wystarczy po prostu więcej historii w tej formie. Wielka szkoda, że w tym roku nie wyszedł jakiś 3. sezon z Ncutim Gatwą. Na pewno zwiększyłby zainteresowanie Z niewielką pomocą przyjaciół. A Wy macie już swój tom?

Sylwester Kozdroj (ReTro Komiks): Dlaczego komiksowy Doktor zawitał do Polski dopiero pod koniec maja 2026 roku, dwadzieścia lat po emisji pierwszego odcinka nowej ery swoich przygód? Eksterminujcie mnie, ale nie wiem. Czy rzeczywiście tak trudno było dogadać się z BBC? A może Egmont nawet nie próbował, wychodząc z założenia, że jednak Doktor nie jest aż tak popularną franczyzą, jak sądzą jego fani? Może rzeczywiście rację ma Kamil Śmiałkowski, Człowiek z Popkultury, stwierdzający w Wieściach ze Świata Komiksu, że Doktor Who jest u nas niemalże nieznany? Nie wiem. Nie znam powodów, ale naprawdę bardzo liczę, że komiks Doktor Who. Z niewielką pomocą przyjaciół nie będzie jednorazową przygodą Egmontu z tym, jakby nie było, wyjątkowym uniwersum.

Co do zawartości tomu to zbiera on trzy historie – Był sobie Władca Czasu, Opowieść o Dwojgu Władcach Czasu. Z niewielką pomocą przyjaciół, Prąd zmienny – i są to historie pisane współcześnie, będące hołdem zarówno dla ery Russella T Daviesa, czyli showrunnera, dzięki któremu serialowy Doktor na nowo złapał wiatr w żagle, jak i historie dobrze definiujące, kim w ogóle jest wspomniany Doktor. A jest on Władcą Czasu mogącym podróżować tak w przestrzeni, jak i właśnie w czasie. Czy są to dobre historie na start? Nie wiem, nie potrafię tego ocenić, bo nie jestem w stanie porównać tych historii do innych komiksowych opowieści z Whoniwersum. Będąc jednak osobą znającą serial, uważam, że te trzy przygody Doktora są na tyle dobrze poprowadzone oraz tak trafnie obrazują klimat serii, że nawet jak ktoś do tej pory nie miał bliższej styczności z rzeczywistością Władcy Czasu, to po lekturze tego komiksu mniej więcej zrozumie, o co tyle szumu.

Uwaga: komiks nie tłumaczy wszystkiego. Daleko mu do zbioru zbeletryzowanych notek tłumaczących nam wszystko dokładne i rzeczowo. Scenarzyści również nie wskazują palcem, mówiąc: „czytelniku, zapamiętaj to i tamto, bo to ważne”. Poznajemy Doktora, poznajemy, jaką jest postacią (pamiętajcie: on nie planuje, a improwizuje), co dla niego jest ważne i jak szalone miewa pomysły oraz śledzimy jego mocno zwariowane, odjechane fabularnie i pełne dynamizmu, przygody. Po prostu.

Słyszycie ten dźwięk? To właśnie za jego sprawą raz jesteśmy w bliżej nieokreślonym czasie i miejscu, szukając najcenniejszego skarbu we wszechświecie, raz polujemy na kosmicznego Moby Dicka, a raz zwiedzamy piekło. Niczym Indiana Jones rywalizujemy o starożytne artefakty z nazistami, by chwilę później zwiedzać Londyn końca lat sześćdziesiątych i dumać nad znikającymi ludźmi. Uciekamy przed manekinami, rzeźbami i piesożółwiami, a do tego szukamy panów Tesli i Edisona.

Brzmi niewiarygodnie? Taki jest właśnie Doktor, a właściwie taka jest dwójka Doktorów, bo jak spoileruje nam już okładka albumu, dostajemy ich dwóch. I pamiętajcie: podwójna dawka Doktora to dwa razy więcej akcji!

Dla kogo są to komiksy? Na pewno dla osób znających Whoniwersum, ale nie tylko. Ci pierwsi będą czerpali z nich pełnymi garściami i na pewno to oni będą cieszyli się z lektury najbardziej. W końcu polscy Whovianie czekali na ten komiks od zawsze. Ci drudzy, jeśli zawitają do doktorowego uniwersum pierwszy raz, mogą poczuć lekką dezorientację, ale nie sądzę, aby całościowo mieli kłopot z właściwym odbiorem historii. Nie sądzę również, aby nie pokochali szalonego kosmity. Tak, Doktor to kosmita i to taki z dwoma sercami!

Doktor Who. Z niewielką pomocą przyjaciół to nie fabularne szafy. Dostajemy historie proste, przetwarzające wątki znane jak nie z serialu Doktor Who, to z innych historii. Lekka dezorientacja może wynikać jedynie z faktu, że w komiksie pojawia się bardzo dużo nawiązań do wcześniejszych historii z udziałem Doktora. Scenarzyści co chwila rzucają hasłami zrozumiałymi tylko dla fanów, wspominają dawnych towarzyszy Władcy Czasu, jego dawnych wrogów itp. Tego puszczania oka do czytelnika jest naprawdę dużo.

Czy są to historie bez wad? Chciałbym móc powiedzieć, że nie, ale niestety. Największy problem miałem z rysunkami. Na zbliżeniach wszystko śmiga – no, może poza twarzą Trzynastej Doktor – i nawet nie najgorzej wypada plan drugi, z tym że topowego tła dostajemy bardzo mało. Jeszcze pierwsza historia jakoś sobie z nim radzi, ale druga i trzecia pod tym względem mocno zawodzi. Dużo kadrów zostało umiejscowionych po prostu na byle jakim tle. Niby jesteśmy w Londynie, a tego Londynu nie czułem. I nie czułem lat sześćdziesiątych, a szkoda, bo to mógłby być naprawdę ciekawy kontent.

Na plus – oprócz oczywiście przecudownych, doktorowych historii – kadry z wnętrza TARDIS, wizualizacja uroczych Morskich Diabłów oraz sceny z dwoma Doktorami jednocześnie. Patrząc na nich, czułem prawdziwą, fanowską ekscytację z tego spotkania. I te przepychanki, gierki słowne. No i Płaczące Anioły, wilkołak z Torchwood! Coś fantastycznego!

Czy polecam? Całym serduchem. Dawno żadna polska premiera nie jarała mnie tak mocno, jak właśnie premiera tego komiksu. Dla mnie album Doktor Who. Z niewielką pomocą przyjaciół to tytuł bez wad. Że rysunki takie, a nie inne? Proszę Was! Zapomnijcie, co o nich napisałem. Komiksowy Doktor w końcu w Polsce! Tylko to się liczy.


Jeśli jeszcze nie posiadacie swojego egzemplarza Doktor Who. Z niewielką pomocą przyjaciół, a powyższe opinie Was zachęciły, to komiks możecie nabyć w sklepie wydawnictwa Egmont ze zniżką 30%, czyli za 83,99 zł w momencie powstania tego tekstu. Oby lektura umiliła Wam oczekiwanie na dalsze wieści serialowe od BBC!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *