Wywiad z Rachel Talalay (część 2): spełnienie fanowskich marzeń

Wczoraj mogliście przeczytać opowieść Rachel Talalay o pracy na planie Doktora Who. Dziś ciąg dalszy – o miłości do serialu i szerzej ujętej pracy zawodowej.

Rachel Talalay to amerykańska reżyserka, producentka, wykładowca na Uniwersytecie Kolumbii Brytyjskiej – i whomanistka. Praca na planie Doktora Who była jej wielkim marzeniem. W drugiej części wywiadu (pierwsza: tutaj) opowiada o swoim zainteresowaniu naszym ulubionym serialem i pracy w świecie filmu.

fourth-doctor-tom-baker-2Skąd się wzięło zainteresowanie serialem?

Dorastałam w USA. Moje dzieciństwo upływało pod znakiem „Star Treka” i „Outer Limits”. Potem przenieśliśmy się do Wielkiej Brytanii – moi rodzice stamtąd pochodzą – i wtedy zetknęłam się z „Doktorem Who”. Moim Doktorem był Tom Baker. Miałam potem możliwość pracować z nim przy serialu „Randall i duch Hopkirka” („Randall and Hopkirk (Deceased)”). To był mój pierwszy bezpośredni kontakt z „Doktorem Who” – poznałam Toma Bakera!

Co skłoniło Rachel Talalay do podjęcia wysiłku, by dołączyć do grona twórców Doktora Who?

Gdy usłyszałam, że serial ma wrócić, byłam sceptyczna – ale jak tylko zobaczyłam pierwszy odcinek, straciłam wszelkie wątpliwości. Powiedziałam mojej brytyjskiej agentce, by starała się dla mnie o rozmowę z producentami. Pracowałam też z Markiem Gatissem nad „The Wind in the Willows” i poprosiłam go, by się za mną wstawił… Nie byłam byle kim – mam doświadczenie. Ale kobiety zawsze muszą przypominać ludziom, że czegoś dokonały. Wreszcie dostałam od agentki wiadomość, że są do wzięcia dwa odcinki i czy jestem zainteresowana. Dziewięć dni później leciałam do Wielkiej Brytanii.

Powiedziałam Stevenowi Moffatowi, że gdyby wierzyć tylko temu, co ludzie piszą w internecie, to zatrudnił mnie, by wreszcie mieć w ekipie jakąś kobietę. Odpowiedział, że zatrudnił mnie, bo podoba mu się moja praca, materiały, które przysłałam. Mam doświadczenie na planach takich produkcji, ale czy ktokolwiek wie, na jakiej podstawie zatrudnia się reżyserów?

Co stanowi o wyjątkowości Doktora Who?

Zakochałam się w „Doktorze Who” od pierwszego wejrzenia, bo każdy odcinek jest inny. Każdy jest małym filmem. Formuła podróży w czasie pozwala pokazać przeszłość, teraźniejszość, przyszłość, co tylko się zamarzy. Każda historia zabiera nas w zupełnie inne miejsce. Jest tylko jeden stały plan zdjęciowy – wnętrze TARDIS. Zazwyczaj wygląda to inaczej – przychodzisz na plan serialu i mówią ci „tu jest posterunek policji, a tam mieszkanie…” – wszystko jest na miejscu. W przypadku „Doktora Who” trzeba zacząć od absolutnych podstaw: na jakiej planecie rozgrywa się akcja tego odcinka? Zastanawiałam się, jak oni sobie z tym radzą. Jak im się udaje utrzymać tak nieprawdopodobną jakość?

(źródło)

I scenariusze są takie dobre! Skąd w nich tyle humanizmu? Często widuje się filmy i seriale, w których strona wizualna jest olśniewająca, ale zwraca się mniejszą uwagę na jakość gry. Inne są pełne dramatyzmu, ale oszczędza się na scenografii. W „Doktorze Who” wszystko jest ważne – sama historia, gra aktorska, efekty wizualne, emocje. Nie ma miejsca na machnięcie ręką „Co tam, tyle wystarczy”. Wszystko musi być idealne.

Połączenie science-fiction i podróży w czasie pozwala na niewyobrażalną różnorodność. Twórcy w bardzo zręczny sposób podchodzą do pewnych podstawowych kwestii, trochę w stylu braci Grimm. Wielkim atutem jest ten ludzki element – byłam pod ogromnym wrażeniem scenariuszy moich dwóch odcinków. Jest w nich tyle silnych, ludzkich cech. Odcinki ósmej serii są bardzo zróżnicowane. To bardzo pomaga – nie musi ci się podobać każdy odcinek. Jest coś dla hardkorowych fanów, echa historii z lat 60., zarówno stare, elementarne motywy, jak coś zupełnie nowego.

Tak, dla hardkorowych fanów – tych, którzy chcą wiedzieć absolutnie wszystko o czasie, przestrzeni, gwiezdnych podróżach i każdym szczególe każdego odcinka. Są wśród widzów osoby, które widziały wszystkie odcinki i będą zwracać baczną uwagę na zgodność nowych odcinków z przeszłością serialu. Moi rodzice byli za starzy, by załapać się na doktorową fazę klasycznych sezonów. Zadali mi pytanie – od czego zacząć? Trudno wyjaśnić „Doktora Who”; jest w nim coś mitycznego i jest niewyobrażalnie ogromny. Można oglądać losowe odcinki, ale w pełni odczuwa się magię, gdy zna się cały kontekst – historię relacji między bohaterami, zasady regeneracji, przeszłość Doktora… Niemal każdy odcinek stanowi osobną historię, ale wszystkie się łączą i odnoszą się do serialowej przeszłości. Gdy ktoś pyta mnie, od czego zacząć, proponuję „Przygodę w czasie i przestrzeni”, fabularyzowany dokument Marka Gatissa. To świetny film, który pokazuje początki serialu. Doskonały początek przygody z Doktorem.

Czy jako reżyserka mogła odcisnąć swój znak na serialu?

W przypadku „Doktora Who” to niemożliwe. Ani wskazane – narzucać własny, nowy punkt widzenia. Można jedynie dołączyć do pięćdziesięciu lat tradycji. Każdy odcinek jest zupełnie inny – jest osobnym światem. Gdzie dzieje się akcja? Wiktoriańska Anglia? Daleka przyszłość? Nowa planeta? Jak to pokazać? Scenariusze Stevena Moffata były doskonałe. Nie musiałam wiele dodawać.

Nie da się ukryć, że wśród twórców Doktora Who jest niewiele kobiet. Z jakimi reakcjami spotykała się Rachel Talalay, gdy wspominała, że przyjechała do Anglii, by kręcić Doktora Who?

About time … Peter Capaldi as Doctor Who and Jenna Coleman as Clara.Część osób stwierdza, że nie oglądają serialu, bo przerażał ich, gdy byli mali. Inni są podekscytowani i przywołują siostrzeńców, braci czy wujków, którzy są wiernymi fanami. Ja jestem znana głównie z „Tank Girl”. Mniejsza z tym, że jestem z Ameryki – sensacją jest fakt, że jestem kobietą! Wiele jest w internecie dyskusji odnośnie nieobecności kobiet wśród reżyserów i scenarzystów. Zwraca się na to coraz większą uwagę. Zaskoczyły mnie pozytywne reakcje – przynajmniej na razie. Nie chcę zapeszyć niczego przed emisją… Na razie fani zdają się cieszyć, że zaproponowano mi tę pracę.

Miałam ogromne szczęście, bo udało mi się zdobyć doświadczenie podczas pracy nad filmami z serii „Koszmar z ulicy Wiązów”. Nie są mi obce efekty specjalne, skomplikowana charakteryzacja, mechaniczne sztuczki. Ale wiele kobiet w świecie filmu nie miało takiej możliwości i są wpychane w kino „typowo kobiece”. Uwielbiam efekty specjalne, akcję, pracę nad takimi projektami. Koleżanki po fachu pytają mnie czasem, jak mi się to udaje. Niestety, trzeba udowodnić światu, że jest się w stanie to zrobić. Kobiety o wiele mocniej niż mężczyźni muszą ciągle udowadniać, że nadają się do pracy, którą wykonują.

Rachel Talalay jest również wykładowcą – czy i na uniwersytecie przydaje się Doktor Who?

Pokazuję czasami studentom fragmenty „Doktora Who”. Zawsze jest na sali ktoś, kto reaguje wielkim zaskoczeniem i entuzjazmem. Zdarza nam się rozkładać na zajęciach sceny na czynniki pierwsze: Jak ty byś to nakręcił(a)? Jakie decyzje podejmował reżyser? Gdy o filmie piszą krytycy, często odwołują się do intencji twórców. Zazwyczaj nie ma to nic wspólnego z tym, co dzieje się na planie. 98% pracy to rozwiązywanie konkretnych problemów. W mojej głowie wygląda to doskonale, ale jak to zrobić? Na tym też polega edukacja młodych filmowców.

Źródło: TheGlobeandMail

Nie ma już najmniejszych wątpliwości, że finałem ósmej serii zajęła się prawdziwa specjalistka. Nie wiem jak wy, ale ja nie mogę się doczekać i mam nadzieję, że nad Doktorem Who będzie pracować coraz więcej osób tak pełnych pasji. :)



Exnaczelna Gallifrey na wygnaniu. Zapraszam na Whosome.pl!

Gallifrey.pl  wszystko o serialu Doctor Who

2 thoughts on “Wywiad z Rachel Talalay (część 2): spełnienie fanowskich marzeń

  1. Bardzo podobał mi się cały wywiad – to jakieś takie uspokajające, kiedy wiadomo, że ludzie, którzy zajmują się tym serialem kochają go i rozumieją, co mają w rękach.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *