“Wioska Aniołów” – wrażenia redakcyjne

Dotarliśmy do odcinka “Wioska Aniołów”. Jakie wrażenia pozostawił w redakcji ten odcinek?


Mandalkor: Zacznę od razu od atmosfery skandalu i napiszę to. Za ery Chibnalla udało się to, czego Moffatowi nie udało się powtórzyć. A mianowicie – uczynić Płaczące Anioły znowu strasznymi. Były one straszne właściwie tylko w Mrugnięciu (“Blink”). To, co się działo potem, w odcinkach z Jedenastym postawiło je obok Daleków, czy Cybermenów na półce “Potwór Tygodnia”. Nie były już takie tajemnicze, nieznane i przede wszystkim straszne. A Statua Wolności to już było przegięcie. Nie wiem komu dokładnie to zawdzięczam, Chrisowi Chibnallowi czy Maxine Alderton, ale ten odcinek mnie bardzo wciągnął. Do tego stopnia, że tak jak zwykle mam masę notatek do spisania wrażeń, tak tu było tylko kilka najważniejszych haseł. I to tylko dlatego, że skapnąłem się w pewnym momencie, że to już prawie koniec odcinka, a ja mam tylko trzy słowa. Także moje wrażenia będą wyjątkowo krótsze. Ale to wcale źle o odcinku nie świadczy, a wręcz przeciwnie!

Dzięki temu, że zamknięto się właściwie w jednym wątku, dano mu w pełni wybrzmieć. I o jeny, cóż to za wątek! Podwójne dotknięcia Aniołów. Dywizja. Jedno miasteczko w dwóch różnych czasach kwantowo wyekstrahowane i umieszczone w jakiejś bańce w kosmosie. Dywizja. Obraz Anioła w głowie stał się Aniołem wewnątrz człowieka i zaczął zmieniać w Anioła. Dywizja. Zbuntowany Płaczący Anioł, który wie za dużo. Dywizja. Transformacja Doktor w Anioła. Anioły będące na usługach Dywizji, do której to Doktor jest ponownie wezwana. WOW! Mózg mi eksplodował! A no, i żeby tego było mało Doktor odwraca polaryzację przepływu neutronów – mój wewnętrzny fan piszczał jak głupi z radości. Jak na razie najlepszy odcinek sezonu, jeśli nie całej ery Trzynastej!

Nie wiem, na ile to było oczywiste, ale miałem takie przeczucie w pewnym momencie, że ta starsza pani Hayward, która wie tak dużo, to może być Peggy. I proszę, sprawdziło się. Lubimy być mądrzy, co nie? Ciekawe też w związku z nią było to, jak mało się przejęła śmiercią swoich opiekunów. Myślę, że to sugeruje, że wypowiedziane przez nią “nie był miły” to niedopowiedzenie. Ale cóż, XX wiek. To były dziwne czasy pod względem wychowania. Aha i to imię – Gerald. Mam je już wdrukowane w mózgu jako imię wiedźmina. I kojarzy mi się tylko z nim.

Kończąc, parę słów na temat wątku Bel. Ciekawe, że tych całych Pasażerów jest więcej i że Niszczyciel wykorzystują ich do wmawiania ludziom wybawienia. Ciekawe, jaką mają z tego korzyść, zamiast ich po prostu obrócić w proch, z jakiego powstali. Może po prostu lubują się w zniszczeniu, chaosie, cierpieniu… Na pewno tamtym ludziom było łatwiej uwierzyć w przeciwną, łatwiejszą, przyjemniejszą wersję prawdy. Zawsze ciężko jest zaakceptować tę gorszą, co bardzo fajnie pokazał wątek Namaki. I jeszcze jedno: nie wiem, czy to było celowe, ale gdy Azure przemawiała ze wzniesienia, to jej głos brzmiał jakoś inaczej. Był jakiś taki głębszy, pełniejszy. Jakby stała tuż obok i wręcz mówiła widzowi prosto w ucho. Zaznaczę, że oglądałem odcinek w słuchawkach, więc mogło mi się to tylko wydawać. Ale serio, dla mnie brzmiał on zdecydowanie inaczej niż głosy reszty.

Alternauta: Cóż to był za odcinek! Prawdopodobnie najlepszy ery Chibnalla, jeden z najlepszych z Aniołami. Obawiałem się trochę o jakość, choć obecność współautorki scenariusza, Maxine Alderton jednak uspokajała. No i swoista zajawka głównego wątku tego odcinka w pierwszym odcinku też mnie zaciekawiła.

Najjaśniejszą gwiazdą odcinka jest zdecydowanie Jericho. Kevin McNally, powracający po latach do serialu sprawdził się znakomicie. Nie mam tej postaci kompletnie nic do zarzucenia i cieszę się, że to nie jest jego ostatni odcinek w tej serii. Same Anioły również świetne – płonący Anioł czy Anioł wychodzący z telewizora naprawdę robią wrażenie. Ciekawy jest też pomysł z Aniołem zdolnym do wejścia do umysłu, choć ma swoje wady, o których za chwilę. Końcowa scena była naprawdę mocna. Wydaje mi się, że to był prawdopodobnie jeden z najmocniejszych cliffhangerów w New Who. Czy Doktor stała się jednym z Aniołów na stałe? I nareszcie nie zepsuł go zwiastun następnego odcinka! Tak to się powinno robić, panie Chibnall. Ponadto ciekawe, czym Dywizja przekonała Anioły (nawet jeśli to nie wszystkie, to jakąś ich część) do współpracy? Kojarzy się także teoria z “Końca Czasu”, kiedy to Rassilon ukarał dwójkę Władców Czasu, w taki sposób, że będą niczym the angels of old. Po Claire i Doktor zwłaszcza, wydaje mi się, że w jakimś stopniu przemiana w Anioła powinna być możliwa. A Dywizja jako organizacja założona przez Władców Czasu, niewątpliwie korzystałaby z takich możliwości. Czy zatem Anioły to osoby zmuszone do współpracy przez Dywizję? Należy pochwalić także fakt, że wykorzystano wygląd TARDIS – opiekunowie Peggy próbowali zadzwonić na policję! No i drugi raz w tym sezonie pamiętano o tym, że Yaz przecież jest policjantką, co tym razem mogło zostać wykorzystane w praktyce.

To, że muzyka nie przeszkadzała, to akurat w tym odcinku było dobre. Był to też drugi “niechaotyczny” odcinek, w którym był w zasadzie jeden główny wątek przewodni i tego się odcinek trzymał. Coś, czego w pierwszym i trzecim odcinku brakowało, a co jak dla mnie jest charakterystyczne dla tego serialu (być może ze względu na format, do którego człowiek zdążył się przyzwyczaić).

Żeby nie było tak idealnie, niestety paru rzeczy można się przyczepić. Najpoważniejszą z nich jest, że jeśli dowolny obraz Anioła staje się Aniołem (i tak Anioł wchodzi do ludzkiego umysłu), to każde wspomnienie powinno stawać się Aniołem. Każde odbicie Anioła w oku powinno być Aniołem. Ten pomysł całkowicie niszczy jedyny sposób obrony przed nimi, wydaje mi się, że tego nie do końca wykorzystano. Także szkic Anioła, który sam się poskładał… klimatyczny, ale nie pasuje mi do Aniołów. Młoda Peggy niestety została zagrana przez aktorkę, która… w moim odczuciu nie do końca się sprawdziła. Zbyt obojętnie się to dziecko zachowywało. No i wreszcie scena w trakcie napisów. Sam fakt takiej sceny jest fajną niespodzianką, jednakże wątek Bel i Vindera był w tym odcinku niepotrzebny. Ten odcinek tak dobrze funkcjonował samodzielnie, że kompletnie nie potrzebował (dalej niewyjaśnionych) wątków pobocznych, żeby był ciekawy.

Podsumowując, gdybym miał dać temu odcinkowi ocenę liczbową byłoby to zapewne 8,5-9/10, bo mimo pewnych nielicznych wad, bawiłem się bardzo dobrze. Jeden z lepszych występów Aniołów. To było “Doctor Who”, jakie chciałbym w tej erze oglądać i cieszy mnie, że Jodie tak dobry odcinek dostała. Szkoda, że dopiero w ostatnim sezonie. Odcinek ten upewnił mnie, że ona dobrze sprawdza się jako poważniejsza Doktor. No i mam nadzieję, że Maxine Alderton jeszcze kiedyś coś napiszę, bo oba jej odcinki bardzo mi podeszły.

Dominek: Dobre to było, całkiem dobre. Anioły to chyba moi ulubieni wrogowie, tutaj byli może nieco zbyt… krzykliwi (nie dosłownie oczywiście), ale podobała mi się ta ogromnej skali pułapka, którą moi marmurowi ulubieńcy zastawili na Doktor. Nie, żeby ich praca dla Dywizji miała sens,  podobnie jak wspomnienie Anioła stające się Aniołem – Chibnall, chłopie, wspomnienie to nie obraz – ale i tak. Gwiazdą odcinka był oprócz nich pan naukowiec, który badał jedną z ofiar, przeniesioną, rzecz jasna, w czasie. Mimo sędziwego wieku starszy pan po prostu wymiatał, pod każdym względem. Ciekawy był też finał, mimo klasycznej już niekompetencji Doktor. To otwarte zakończenie… Podsumowując moją krótką wypowiedź: nie był to absolutnie poziom perfekcyjnej dwuczęściówki anielskiej z serii piątej, ale i tak dobrze się to oglądało… zwłaszcza nie znając jeszcze kolejnych odcinków.

A jak “Wioska Aniołów” podobała się Wam? Zapraszamy do dyskusji na Facebooku i Discordzie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.