Terry Pratchett: „Doctor Who” jest częścią brytyjskiej tożsamości

Nie jest  żadną nowością, że wśród fanów naszego ulubionego serialu znajdzie się również sporo znanych osób – począwszy od samej brytyjskiej królowej, skończywszy na wielu twórcach, których dzieła umilają nam czas. Dziś zapraszamy do lektury pięknego tekstu, którego autorem jest Terry Pratchett, który sam jest jedną z ikon brytyjskości, a postanowił opowiedzieć, jak ważne miejsce w jego życiu zajmuje „Doctor Who”.

Oglądałem „Doctora Who” od samego początku. Pamiętam, że pierwszy odcinek widziałem dwa razy – widzowie domagali się powtórki, premiera odbyła się w cieniu wiadomości o zabójstwie JFK. Pamiętam pojawienie się strasznych pieprzniczek i pierwsze odejście towarzyszy – dziwnej wnuczki i pary niezwykłych nauczycieli, którzy ze spokojem przyjmowali wszystko, co przynosił im los, nawet podróże w czasie i budkę policyjną, która jest większa w środku. Wtedy dotarło do nas, że ten zaskakująco bezpieczny dotychczas świat nie jest odporny na zmianę. Pierwsi towarzysze nie byli później wspominani, o ile pamiętam. A historia toczyła się dalej, aż wreszcie nadszedł moment, który wyznaczył kierunek następnym pięćdziesięciu latom: pierwsza regeneracja. Dziś łatwo zbagatelizować przełomowość tej chwili. Bohater umarł, ale serial się nie kończy; jego miejsce zajmuje nowa postać, inna, zarazem jednak ta sama…

Miałem 18 lat, gdy Patrick Troughton został nowym Doktorem, a wraz z nim pojawiło się tyle nowości – trochę szaleństwa, alkohol, dziewczyny, Dalekowie… Zaraz, nie, to może nie, ale ciągle oglądałem, gdy tylko mogłem i te wspomnienia ciągle mam w pamięci. To ciekawe, „Doctor Who” jest tak ważną częścią brytyjskiej tożsamości od tak dawna, że nawet jeśli ktoś nigdy go nie oglądał z nabożną czcią, to zapewne wie o nim o wiele więcej, niż by przypuszczał. Dalekowie, Cybermeni, budka większa w środku – wszyscy wiedzą, o czym mowa. To była zawsze ta „bezpieczna opcja” na sobotnie popołudnie w rodzinnym gronie. Kolejne wersje Doktora przychodziły i odchodziły, ale przez 26 lat był częścią tożsamości i wspólnej pamięci Brytyjczyków. Wszyscy z mojego pokolenia i młodsi w jakimś stopniu byli kształtowani przez ten serial. Wielu wprowadził w świat science-fiction i uformował przyszłe preferencje. Pokolenia pisarzy, scenarzystów, aktorów, marzycieli znalazło azyl w tym stałym i stabilnym świecie krętych korytarzy i styropianowych potworów.

A potem nagle zniknął. Oglądałem kilka odcinków z córką, ale to już nie było to samo. Wyraźnie cierpiał z powodu braku funduszy i troski ze strony BBC. Było mi żal dzieci, które miały dorastać bez tego dodającego otuchy szaleństwa, bez zapewnienia, że mogą być dobre i mądre, i ocalić świat bez przemocy i wymachiwania pistoletem. Ale koło się obraca, świat się zmienia i wszystko się kończy. Lata po zabawnym, ale zupełnie niedorzecznym amerykańskim filmie z McGannem, znów zagościł w sobotnie wieczory: dziwny facet z policyjną budką, który podróżuje w czasie, przeżywa przygody i ratuje świat.

I znów oglądałem, bo był wspaniały. Przypominał mi o latach dzieciństwa, co w moim wieku jest zawsze bardzo miłe. Wreszcie mieliśmy Doktora, który był dobrze zagrany – naprawdę dobrze zagrany. To już nie było science-fiction (czy kiedykolwiek było?), było za dużo machania sonicznym śrubokrętem, statków kosmicznych, które wyglądały jak Titanic i „uratowaliśmy świat znowu, bo”. Nie coś, co miało sens, tylko po prostu „bo tak”. To nie SF – to improwizacja. Ale to jest w porządku, jako że serial nigdy nie pretendował do bycia czymś więcej. Ostatni odtwórcy roli byli wspaniali, kontynuowali dzieło tego nieprzyjemnego starca, który to wszystko zaczął pięćdziesiąt lat temu. Dalekowie ciągle są straszni, co nie jest takie oczywiste, gdy mówimy o potworach wymyślonych przed półwieczem. To cudowne, że dzieci znów mogą uczyć się z „Doctora Who”, że życie może je zabrać gdziekolwiek, że wszystko się może zdarzyć i że to może być wspaniałe. Ale zarazem też coś może pójść nie tak. Bohater może upaść lub zginąć, nie wszyscy mamy magiczną moc regeneracji. To bardzo ważna lekcja.

Źródło: The Guardian

Daj na ciastko!


Profesjonalna (aca)fanka, miłośniczka pokręconych fabuł Moffata, kosmitów, smoków i szynszyli o imionach pożyczonych od towarzyszek Doktora.

Gallifrey.pl  wszystko o serialu Doctor Who

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *