Szpieg szpiegowi szpiegiem. Recenzja Spyfall

Recenzja dwóch części odcinka Spyfall – zdecydowanie, intensywnie SPOILEROWA. Nie czytajcie, jeśli jeszcze nie mieliście okazji obejrzeć!


Ze wszystkich wersji postaci Doktor(a) najbardziej współczesną, sensacyjną i niemal bondowską był Trzeci. Chcąc nie chcąc, zamienił na moment podróże w czasie i przestrzeni na działalność w miliarno-naukowej organizacji broniącej Wielką Brytanię przed zagrożeniami z kosmosu. To epoka w tym zmiennym, ciągle ewoluującym serialu, która najtrafniej być może pokazuje, że można odrzeć go z kluczowych elementów, nie pozbawiając tożsamości i tego jedynego w swoim rodzaju klimatu, który trzyma przy nim widzów już od niespełna sześćdziesięciu lat. Niemal w okrągłą rocznicę (pięćdziesiątą!) pojawienia się na ekranach telewizorów Jona Pertwee w roli Trzeciego Doktora dostaliśmy Spyfall, epicki początek 12 serii New Who, który znów sięgnął do tych sensacyjnych i szpiegowskich tropów, by opowiedzieć historię jednak bardzo od czasów Trzeciego odległą.

To nie tak, że to coś nowego w seriach po 2005 roku. Odcinki opowiadające o zaangażowaniu się Doktor(a) w globalne kryzysy, wybuchające we współczesnej widzom epoce, najczęściej u boku różnego rodzaju brytyjskich służb, które zwracają się do nich z desperacką prośbą o pomoc, dostajemy regularnie. W ostatnich latach mieliśmy takie motywy w Inwazji/Inwersji Zygonów („The Zygon Invasion”, „The Zygon Inversion”), trylogii Extremis („Extremis”, „Pyramid at the End of the World”, „Lie of the Land”), amerykańskich odcinkach o Ciszy („The Impossible Astronaut”, „Day of the Moon”), epickim finale ósmej serii („Dark Water”, „Death in Heaven”) czy nawet w najlepszym (moim zdaniem) przedtrzynastkowym odcinku Chrisa Chibnalla, czyli Potędze trójki („The Power of Three”). Doktor w którymś momencie został(a) nawet Prezydentką Ziemi, najwyższą decydentką w momentach ogromnych kryzysów. Mamy w tych odcinkach zawsze jakieś kosmiczne zagrożenie, przeciwko któremu państwa naszego świata muszą się zjednoczyć, bo kosmitów nie interesuje mapa polityczna – po prostu atakują Ziemię. Są to więc odcinki o dużej skali, pełne rozmachu, polityki, ludzi w mundurach i okazjonalnych strzelanin. Czyli elementów, które nie kojarzą nam się za bardzo z Doctor Who, pozwalają jednak serialowi liznąć trochę innej stylistyki i bardzo dosłownie i wprost odnieść się do bieżących kwestii i lęków. Sam(a) Doktor też zazwyczaj na takie sytuacje nie reaguje zachwytem, no ale trzeba to trzeba, z wielką mocą przychodzi wielka odpowiedzialność.

Spyfall miał być najbardziej epickim odcinkiem w dziejach serialu. Do takich zapowiedzi podchodzić należy zawsze z dużym dystansem i rzeczywiście „naj” to zdecydowana przesada, jest to jednak historia opowiedziana z rozmachem, wielopoziomowa, intensywna i ekscytująca. Na początek warto się przyjrzeć samej konstrukcji odcinków. Pierwsza część Spyfall, stawiająca pytania, to podróże w przestrzeni: z Sheffield do Londynu, z Londynu do San Francisco i na australijską pustynię, potem znów do USA, nie wspominając już o prologu, w którym mamy migawki z jeszcze kilku innych lokalizacji, oraz innym wymiarze, do którego na chwilę trafia Yaz. Bohaterowie mierzą się z globalnym problemem, bo też trudno, by tego rodzaju kryzysy nie stawały się globalne w dobie technologii informacyjnych. Zaczynamy od klasycznego szpiegostwa, by pod koniec części drugiej dojść do szpiegostwa medialnego: tego, że nasze telefony i komputery nieustannie nas śledzą, słuchają, próbują nas rozgryźć. Sojusz szpiegów z innego wymiaru, Mistrza i szefa medialnego imperium staje się wręcz logiczny.

Sacha Dhawan na australijskiej pustyni w Spyfall

Druga część Spyfall to podróże w czasie. Współczesność, druga wojna światowa i XIX wiek splatają się w jeden wir nie tylko za sprawą kosmicznych szpiegów, którzy mają podbój rozplanowany nie tylko w przestrzeni świata, ale też na przestrzeni epok, ale też za sprawą pewnego ciągu myśli od maszyny różnicowej Charlesa Babbage’a do hakowania ludzkiego DNA jednym kliknięciem przez Bartona. Szpiegostwo i technologia ciągle się tu łączą – w końcu w jednym i drugim chodzi o informacje. Co jednak ciekawe, nie ma elementu oceny tego powiązania; przemowę o tym, jak to ludzie dali się zniewolić technologii, wygłasza wszakże jeden z czarnych charakterów tego odcinka. Również wynikająca z przyzwyczajenia do ciągłego kontaktu słabość Yaz, która nie potrafi się powstrzymać przed wykonaniem telefonu do rodziny, nie zostaje skrytykowana – wprawdzie Yaz, gdy robi to po raz drugi, doprowadza do kryzysu, jest to jednak celowe, zaplanowane i działa na korzyść bohaterów. Choć więc na pierwszy rzut oka wymowa tego wątku zdaje się być technofobiczna, to nie jest to przekaz mocny, a równolegle mamy technologię pokazywaną jako cud: od pokazu osobliwości, w którego środku lądują Trzynasta i Ada Lovelace, po prosty kontakt na WhatsAppie skuteczniejszy od poszukiwań agentów z MI6. To dla mnie ważne, że Doctor Who nie zdecydował się tym razem na sianie lęku przed technologią, to temu serialowi się zdarza i zawsze tak zupełnie do niego nie pasuje…

Trzynasta z maszyną różnicową w Spyfall

Temat rozwoju szpiegostwa i technologii informacyjnych był w Spyfall pretekstem do pokazania widzom kilku interesujących postaci – niestety bardzo krótko, co pozostawiło mnie z poczuciem niedosytu. Najpierw dostaliśmy Stephena Fry’a, z pompą zapowiadanego gościa, fenomenalnego w roli szefa brytyjskiego wywiadu – szybko się jednak z nim pożegnaliśmy. Nie daje raczej nadziei na powrót i dziwi mnie trochę, że nie zdecydowano się mocniej wyeksploatować tak świetnego aktora, od lat wypatrywanego we wszelkich newsach o produkcji nowych serii. Lepszy jest jednak może niedosyt niż przesyt. Lenny Henry otrzymał znacznie większą rolę jako jeden z dwóch czarnych charakterów – fanów jego komediowej działalności musiała zaskoczyć ponura i bezwzględna postać, w którą wcielił się w Spyfall. Był w tej roli jednak świetny; przez całą pierwszą część nie mogłam się zdecydować, czy to on tu pociąga za sznurki, czy też ktoś nim steruje.

W drugiej części zaś pojawiły się dwie postaci historyczne – nie licząc Charlesa Babbage’a, który za wiele się nie pokazał – których wpisanie do tej historii i do Doctor Who w ogóle było przejawem czystego geniuszu.

Najpierw Ada Lovelace, w (początkowo) niejasny sposób powiązana z rasą kosmicznych szpiegów. Rozczarowało mnie trochę to, że jej rola sprowadziła się w zasadzie do nieogarniania tego, co dzieje się wokół – choć było to bardzo realistyczne, zważywszy na różnice między epokami (i fajnie podkreślało, jak daleką drogę zaszła nasza cywilizacja techniczna w niespełna dwa wieki) oraz fakt, że nie było czasu jej w cokolwiek wprowadzać – jednak, mówiąc szczerze, usatysfakcjonowało mnie już samo to, że pojawiło się jej nazwisko. Nie potrzebuję, jak było z Rosą Parks, całego odcinka poświęconego historycznej postaci. Takie odcinki są ogromnie problematyczne. Jak pokazać geniusz Ady Lovelace, nie ujmując jej zarazem czegoś bardzo ważnego, nie pokazując Ady Lovelace wymyślającej programowanie pod wpływem podróżniczki w czasie? Jakkolwiek nienawidzę motywu wymazywania pamięci bez zgody, bo to czysta przemoc, to w tym przypadku uważam to jednak za rozwiązanie możliwe do obronienia. Kluczowe było to, by nie odebrać Adzie Lovelace jej własnej inwencji. Doktor wymazała jej wspomnienia, ale na pewno coś zostało – może poczucie, że to, co ją interesuje, to słuszny kierunek, może trochę więcej pewności siebie, może wiara w to, że swoją pracą wykreuje przyszłość. Kto wie?

Jeśli zaś chodzi o Noor Inayat Khan, czuję się rozdarta. Z jednej strony – spełniło się tu sto procent edukacyjnej misji serialu. Czy słyszeliście wcześniej o tej postaci? Bo ja nie. Czy czujecie teraz, po obejrzeniu Spyfall, gwałtowną potrzebę dowiedzenia się o niej wszystkiego? BO JA TAK. Dokładnie tego oczekuję od tych historycznych wątków – pokazania nam, że było coś fajnego, niekoniecznie jednak takiego przekształcania tego, by wykazać po raz kolejny ogromny wpływ Doktor(a) na jakiś moment w naszej historii. To ślepa uliczka – po prostu nie można przedstawić w serialu ludzkiej historii jako jednej wielkiej manipulacji życzliwej kosmitki. Każda ingerencja w historię zabija trochę to poczucie, że Doktor nas wybrał(a), bo jesteśmy dla niej najciekawsi. Doceniam więc bardzo te małe historyczne wątki, w których Doktor po prostu kogoś spotyka, korzysta z czyjejś pomocy, a później znika, nie odciskając śladu na czyimś absolutnie prawdziwym życiu, nie pozbawiając postaci historycznej ciężaru jej dokonań.

Wątpliwość w wątku Noor Inayat Khan mam jednak względem jej ostatniej sceny. Mamy tu to samo, co chwilę później przeżyje Ada Lovelace: Doktor wymazuje jej pamięć i odchodzi. Życzy jej przy tym powodzenia… Doktor wie, kim jest Noor, więc na pewno wie również, że genialna szpiegini nie doczeka końca wojny, że zostanie zamordowana w Dachau, że nie będzie dla niej szczęśliwego zakończenia. Nie próbuje jej ratować, nie ma rozterek, nie przeżywa w żaden sposób tego, że tak wyjątkowa osoba nie dostanie szansy zobaczenia świata podnoszącego się po wojnie. Daje jej nadzieję i ze wszystkich ich interakcji wynika, że Noor przetrwa, tak jak świat przetrwa, wojna to tylko chwilowy kryzys, zaraz wszystko będzie dobrze. Tylko że nie, dla Noor nie. Doceniam bardzo słowa o pokonaniu nazistów, myślę, że warto je co jakiś czas powtarzać, jednak nie oddało to wszystko sprawiedliwości tej niesamowitej postaci.

Ada Lovelace i Noor Inayat Khan w Spyfall

Wątek Noor Inayat Khan łączy się z jeszcze jedną kwestią, której wybaczenie Spyfall przychodzi mi z trudem.

Mistrz w najbardziej mistrzowski sposób wyskakuje niczym diabeł z pudełka w każdym miejscu, gdzie znajdzie się Doktor. Jest jak ta postać z horroru, która idzie, podczas gdy ty biegniesz, a i tak cię dopadnie. W epizodzie wojennym Mistrz, by upolować Doktor, sprzymierza się z nazistami i nakłada na siebie filtr percepcyjny, by wyglądać aryjsko. Gdy dochodzi do starcia, Doktor pokonuje go, oddając w ręce jego kolegów i zdejmuje z niego filtr. Widzą, że jego skóra jest brązowa, i zabierają. Może do tego samego obozu, w którym zginie Noor Khan? Moje pytanie brzmi: jakim cudem coś takiego wyszło z mózgu scenarzysty, przeszło przez wiele kolejnych rąk, zostało odegrane przez aktorów, nakręcone przez reżysera, zmontowane i oddane do emisji? Jak to się stało, że dostaliśmy scenę, w której Doktor walczy za pomocą rasizmu, oddaje kogoś w ręce nazistów, i to w odcinku, który oddaje hołd muzułmańskiej, ciemnoskórej szpiegini, wielkiej brytyjskiej bohaterce? Nie pojmuję tego, to jest chyba najgorsza rzecz, jaką wypuściło New Who, pozostawia daleko w tyle wszystkie płyty chodnikowe świata. Znów mam poczucie, które towarzyszyło mi też przy 11 serii, a nie było też obce wcześniej, że Doctor Who powinien zatrudnić ekipę kilku osób, które na etapie produkcji miałyby za zadanie skupiać się na społecznych implikacjach opowiadanych historii. Sensitivity watchers. Żeby może jednak nie pokazywać Doktor oddającej kogoś w ręce esesmanów, żeby może jednak robić dobrą reprezentację, żeby może jednak poświęcić trochę więcej uwagi trudnym tematom, za które ten serial uwielbia się zabierać.

Ugh.

To znaczy – muszę zaznaczyć, że ja zdaję sobie sprawę, jak wygląda produkcja filmu. To nie tak, że jedna osoba ma wizję, a ekipa grzecznie ją realizuje. To raczej jak układanie puzzli do obrazka, którego nikt nie widział w całości, a do tego jeszcze wszystkie elementy trzeba poprzycinać. Nikt nie jest też w stanie przewidzieć wszystkich implikacji, wymyślić wszystkich możliwych interpretacji dzieła – szczególnie jego twórca. Nie jest to też jego zadaniem. Tym bardziej jednak uważam, że w procesie produkcji brakuje etapu sensitivity watching, podczas którego jakaś w miarę zróżnicowana grupa fokusowa solidnie poczepiałaby się wyprodukowanego już odcinka. Bo czasami wystarczyłoby wyciąć dwie sekundy. No ale łatwo się mówi.

Może po prostu warto byłoby jednak dostrzec różnicę między fikcyjnym-złoczyńcą-który-czyni-zło-by-zwrócić-na-siebie-uwagę-Doktor(a) i prawdziwymi złymi ludźmi, którzy wymordowali miliony osób w sposób celowy i zorganizowany, i to całkiem niedawno? Efekt działań obu może jest podobny, ale tylko w teorii, bo ciężar tych działań jest już zupełnie inny. I mówiąc szczerze, trochę mnie uraziło takie potraktowanie Mistrza (jest złoczyńcą, nie jest nazistą), takie potraktowanie Doktor (nawet jeśli chce kogoś ukarać czy powstrzymać, nie powinna oddawać go w ręce nazistów, grając do tego jego kolorem skóry, zwłaszcza kiedy sama jest biała) i trochę mnie uraziło takie potraktowanie historii.

Wracając jednak do Spyfall… Mamy nowego Mistrza*. To moment, kiedy doceniłam tę wielką zasłonę tajemnicy, zza której mało co wychodziło przez ostatnie miesiące, mocno nas frustrując. Postać O budziła we mnie wielką sympatię od samego początku; ten jego ciepły uśmiech, pewna niezręczność, szczere zainteresowanie Doktor… coś musiało się za tym kryć. Dość długo dawałam mu się oszukiwać i jakaś część mnie żałuje, że po ujawnieniu się nie pozostał właśnie taki: spokojny, uśmiechnięty, czarujący. Byłby wtedy bardziej złowieszczy niż ten całkowicie szalony Mistrz, tak przypominający Mistrza Johna Simma. Nawet jednak w tej wersji jest świetną postacią, bardziej opanowaną niż Mistrz Simma, bardziej knującą, bardziej bezwzględną, naprawdę straszną. No właśnie, skojarzenia z postacią Simma nasuwają się automatycznie – stąd moje przekonanie, że spotkaliśmy nie nową inkarnację Mistrza, ale dotychczas nieznaną, poprzedzającą Missy. Missy to był upgrade – niczym niezmącony umysł, dużo zastanawiania się nad sobą, mocno niezależne działanie, przenikliwość. Umysł tego nowego Mistrza zdaje się być rozchwiany podobnie jak umysł Mistrza Simma, tego Mistrza, który nieustannie słyszał w głowie rytm bicia dwóch serc. Ktoś na Twitterze wygrzebał cytat z odcinka Jest jak jest („Lie of the Land”): Missy powiedziała tam, że niegdyś podpalała całe miasta, by obserwować, jak pięknie unosi się dym. Póki serial mi nie powie, że jest inaczej, przyjmuję, że miała na myśli spalenie Gallifrey przez swoją poprzednią inkarnację.

Och, Gallifrey… (czy teraz też za każdym razem, gdy mówicie: „O!”, widzicie przed oczami Sachę Dhawana? To się nazywa hakowanie mózgu!) Takiego powrotu się nie spodziewaliśmy, co? Pierwszą część Spyfall zakończyły gorączkowe słowa Mistrza do Doktor, że wszystko, co ona uważa, że wie, jest kłamstwem. Byłam przekonana, że chodzi o wątek kosmicznych szpiegów – że okaże się, że ten rozbijający się samolot jest iluzją czy coś takiego. Zamiast cliffhangera w postaci wybuchu bomby w kokpicie dostaliśmy jeszcze ten króciutki dodatek z Mistrzem rzucającym Doktor i widzom taki tajemniczy komentarz stawiający wszystko na głowie (co też kojarzy się nieco z trylogią Extremis). Podobna konstrukcja powtarza się w części drugiej Spyfall, kiedy zamiast uspokojenia po odniesieniu zwycięstwa nad złoczyńcami Doktor znów słyszy od Mistrza, już pokonanego i uwięzionego, kolejne tajemnicze słowa, i dostajemy po głowach sceną, która niewątpliwie jest właściwym początkiem 12 serii, przedstawiając jej główny temat (a może to raczej story arc Trzynastej? Mówiąc szczerze, nie spodziewam się, że otrzymamy odpowiedzi na zadane tu pytania w finale 12 serii).

TARDIS na tle pomarańczowrgo nieba Gallifrey w Spyfall

Gdy narzekaliśmy na odcięcie się 11 serii od całej mitologii serialu, nie spodziewaliśmy się chyba, że zaraz na początku serii następnej nie dość, że dostaniemy powrót Gallifrey i Mistrza, to jeszcze… powtórne zniszczenie Gallifrey. Przez Mistrza**. To rzeczywiście warto było zachować w tajemnicy! O co chodzi z dzieckiem spoza czasu? Czy rzeczywiście czeka nas grzebanie w głębinach serialowego wszechświata? A może to się skupi na postaci Doktor, na jej dalekiej przeszłości, o której przecież nic nie wiemy? Przyznaję: boję się tego. Bardzo. Gdyby robił to Steven Moffat, też bym się bała, ale miałabym więcej zaufania. Do Chibnalla takiego zaufania nie mam. Podoba mi się całkiem to, co robi, ale zdarzają mu się momenty strasznej bezmyślności, wpadki w miejscach, gdzie łatwo byłoby ich uniknąć, jakiś koncepcyjny chaos. Cokolwiek jednak wymyśli, serial to połknie – nie takie rewolucje już widział i nieraz już udowodnił, że można w nim zmienić praktycznie wszystko, a i tak wszystko zostanie takie samo. Trzeci Doktor tylko pokiwałby głową i sięgnął po kieliszek czerwonego wina, uśmiechając się szeroko do Jo Grant. Wszystko tutaj jest możliwe.

przewodnik

Na koniec chciałabym jeszcze poświęcić kilka zdań naszym głównym bohaterom. Bardzo mi się podobało, że w Spyfall towarzysze tyle czasu działali bez Doktor – warto pamiętać, że nie widzieliśmy wszystkich ich przygód, tylko jakiś wybór the best of. Podróżują z nią od dość dawna – na tyle, by czuć się niekomfortowo, że tak mało o niej wiedzą – i sporo przygód odbywa się poza kadrem (np. pięć planet między intrygą odcinka a ostatnią rozmową przy konsoli TARDIS). Wiele się już nauczyli i są naprawdę sprawnymi rozwiązywaczami niecodziennych problemów. Cieszę się, że bez Doktor nie zachowują się jak dzieci we mgle, ale spokojnie postanawiają kontynuować to, co z nią zaczęli, potrafią też czerpać z jej sposobu działania. Nie radzą sobie jak superbohaterowie, nie są nieomylni, ale radzą sobie – i to jest wspaniałe. Mam nadzieję, że ten trend zostanie podtrzymany.

Natknęłam się gdzieś w internecie na teorię, że być może czeka nas obserwowanie, jak relacja Doktor i towarzyszy rozluźnia się. I są ku temu faktycznie pewne przesłanki – to, że ona jest w gruncie rzeczy bardzo skryta, że oni czują się przez to, jakby im nie ufała, że oni tworzą spójną drużynę, a ją od razu, jak tylko widzą ją w innym towarzystwie, podejrzewają, że ich wymieniła na nowych towarzyszy. Nazywają się rodzinką, ale nie są nią, a przynajmniej nie są rodziną szczególnie zdrową. I to dobrze! Mam trochę dość wielkiej miłości Doktor(a) i towarzyszy, naprawdę nie zawsze tak łatwo jest się dogadać, szczególnie gdy jedna ze stron jest poplątaną kosmitką z lekką obsesją na punkcie niemówienia o sobie i nieokazywania emocji. Ich drogi mogą zacząć się rozchodzić i to byłoby bardzo ciekawe.

Czy wam też tak strasznie podobała się gra Jodie Whittaker w ostatnich scenach drugiej części Spyfall? Najpierw Doktora nie wierzy Mistrzowi; potem przekonuje się na własne oczy, że mówił prawdę; ma fazę gniewu, potem ogromnego żalu, może są też w tym wyrzuty sumienia, że jednak nie została, nie pomogła swoim rodakom się pozbierać? Że nie dopilnowała, nie strzegła, nie miała ich na oku. Staje się małomówna, prześlizguje się przez kadr, unika kontaktu wzrokowego z innymi bohaterami, gdy tylko nikt jej nie widzi, na twarzy ma traumę. Rewelacyjnie zagrane emocje. Widziałam zarzuty, że to nie było dobre, że powinna krzyczeć, histeryzować, wybuchać gniewem – no ale moment, nie każdy tak reaguje! I bardzo dobrze, że ona akurat nie, to ją odróżnia od poprzednich inkarnacji, choć trzeba zauważyć, że jej poprzednicy też w momentach, kiedy było naprawdę źle, zwracali się do środka i stawali się nieco nieprzeniknieni. W każdy razie, droga Doktor, takie tłumienie emocji nie jest zdrowe i podejrzewam, że coś tu wybuchnie. Ciekawe, jak, kiedy i komu w twarz.

Nowa seria Doctor Who zaczęła się od próby przeskoczenia wysokiej poprzeczki. Udało się – dostaliśmy intensywne, mocne, zabawne, ekscytujące odcinki w klimatach filmów szpiegowskich. Taki początek serii, który pobudził apetyt na kolejne odcinki, który obiecuje nam dalszy rozwój towarzyszy, który zapowiada nam mroczniejsze tony w Trzynastej, który ogromnie zaintrygował – szczególnie gdy odkryliśmy, że wcale nie dostaliśmy wcześniej zwiastuna całej serii, bo większość scen z obu trailerów okazała się pochodzić właśnie ze Spyfall… Niewiele wiemy o kolejnych odcinkach. Nie znamy nawet wszystkich tytułów. Przestało mnie to jednak frustrować – jest w tym metoda, pozwolę twórcom prowadzić się tak, jak zaplanowali. Ciekawe, dokąd dotrzemy.


* Wcielający się w rolę Mistrza Sacha Dhawan to nie jest nowa twarz w Whoniversum. Znamy go już z fenomenalnego filmu An Adventure in Space and Time, fabularyzowanego dokumentu o początkach Doctor Who. Dhawan wciela się tam w jedną z ważnych ról – pierwszego reżysera serialu (i pierwszego reżysera o indyjskich korzeniach w BBC) (i chyba też pierwszego otwarcie homoseksualnego reżysera, choć otwarcie to chyba trochę później) – Warisa Husseina. Współpracował na planie m.in. z Davidem Bradleyem, który grał Williama Hartnella grającego Pierwszego Doktora. Uff! Swój człowiek, w każdym razie. A film ogromnie polecam!

** Oglądaliście Skyfall, film z serii o Jamesie Bondzie, do którego te odcinki nawiązują tytułem? Skyfall to nazwa rodzinnego domu Bonda, który pod koniec filmu zostaje zniszczony. Mieliśmy podpowiedź przed nosami!

Daj na ciastko!


Profesjonalna (aca)fanka, miłośniczka pokręconych fabuł Moffata, kosmitów, smoków i szynszyli o imionach pożyczonych od towarzyszek Doktora.

Gallifrey.pl  wszystko o serialu Doctor Who

2 thoughts on “Szpieg szpiegowi szpiegiem. Recenzja Spyfall

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *