Steven Moffat o granicach, radościach i smutkach showrunnera (część 7)

W wywiadzie dla Doctor Who: The Fan Show Steven Moffat opowiedział o upychaniu pomysłów i stawianiu granic, a także o odchodzeniu z pracy przy serialu.

Wcześniej przedstawiliśmy pierwszą, drugą, trzecią, czwartą, piątą i szóstą część wywiadu z byłym producentem wykonawczym serialu. Informowaliśmy też, że The Fan Show zostało zawieszone – niedawno jednak powróciło z kolejną częścią obszernego wywiadu – i oto jest, siódma i ostatnia część!

Wydajesz się zafascynowany historią pochodzenia Doktora. Widzimy, jak opuszcza Gallifrey, jak walczy w Wojnie Czasu, jak leży w łóżku jako mały, samotny chłopiec. Starczyło ci nawet czasu na połączenie klasycznych i nowych serii za pomocą regeneracji Ósmego Doktora. Opisywałeś siebie jako „najbardziej zwariowanego fana na świecie”. Ale gdzie leży granica? Jak wiele należy pokazać, a jak wiele pozostawić wyobraźni?

Myślę, że trzeba pozostawić wystarczająco dużo miejsca dla wieloznaczności wpływów tak, że kto chce, może je zignorować, tworząc swój własny obraz wydarzeń. Doktor będzie wtedy prawdziwy w każdym z tych obrazów, tkwiących w głowach widzów. Jeśli ktoś nie chce, żeby Doktor był tym chłopcem w łóżeczku, ma do tego prawo. Może to był Mistrz. Tak naprawdę można to zinterpretować na wszelkie możliwe sposoby, jeśli się tego chce. Są po prostu takie rzeczy, których za bardzo nie roztrząsamy.

Gdzie jest w takim razie pani Who? Nie ma przecież sensownych wątpliwości co do tego, że miał wnuczkę. Tak samo nie ma za wiele powodów, by wątpić, że Władcy Czasu rozmnażają się w całkiem podobny sposób do ludzi, bo widywaliśmy już Władców Czasu i ludzi razem. A on nie tylko miał wnuczkę, dzieci – miał całą dynastię, rodzinę. Gdzie się oni wszyscy podziali? Dlaczego podróżował w czasie tylko z wnuczką?

On sam podawał już wiele przeczących sobie powodów, dla których podróżuje po wszechświecie, i uważam, że te przyczyny możemy mnożyć, dopóki nie zdecydujemy się na wyłącznie jedną z nich. Za każdym razem, gdy słyszę to pytanie, mówię: „A ty co robisz w życiu? Kiedy podjąłeś taką decyzję?” – i każda odpowiedź jest dość mętna. Nie wiemy, dlaczego jacyś jesteśmy ani dlaczego czegoś nie zrobiliśmy; powody zmieniają się każdego dnia. I Doktor też jest taki. Nie tworzymy opowieści, która tłumaczy, dlaczego uciekł na samym początku ani takiej, która wyjaśnia, co się stało z wszystkimi innymi – chyba że Chris się tym zajmie, ale wtedy to będzie bardzo dobry pomysł. Dlatego dopóki pozostawiamy miejsce dla zmian i własnej wersji wydarzeń każdego widza, dopóty wszystko gra. A – no i nie wolno zdradzić jego imienia, a wtedy wszystko będzie dobrze.

Kadr z odcinka An Unearthly Child

Porozmawiajmy o decyzji o odejściu. Kiedy wiedziałeś, że nadeszła pora, by odejść?

Zacząłem zdawać sobie sprawę, że napisałem okropnie dużo dla Doctor Who. Wydaje mi się, że jestem autorem największej liczby odcinków serialu w historii. Zauważyłem, że nigdy nie nadejdzie moment, kiedy się tym znudzę lub zmęczę – wszystko było w porządku, zupełnym porządku. Gdyby zdarzył się jakiś wypadek i zostałbym poproszony o napisanie kolejnej historii do Doctor Who, mógłbym to zrobić, byłbym w stanie to zrobić. Znam się na tym i wiem, jak działają historie w tym serialu.

Nadal mogę to zrobić – ale mam już pięćdziesiąt pięć lat. Chcę też pisać inne teksty, nie chcę, żeby to była jedyna rzecz, jaką zrobiłem. Minęła dekada, odkąd zacząłem pracować z Markiem nad Sherlockiem i zgodziłem się zostać producentem wykonawczym Doctor Who. I ta dekada z pewnością wystarczy.

Bardzo pomogło mi to, że 2016 rok był niesamowity, jeśli chodzi o ilość pracy. Po raz kolejny genialne dopasowanie grafiku Sherlocka do Doctor Who sprawiło, że nagrywaliśmy w tym samym czasie. Tak więc w ciągu jednego roku zrobiłem (to jest po prostu śmieszne!) trzy nowe filmy do Sherlocka i czternaście odcinków Doctor Who.

Zaprosiłem Chrisa na kolację, tak tylko, żeby się dowiedzieć, co tam u niego – ale tak naprawdę po to, żeby wybadać jego kalendarz. Wiedziałem, że jest ulubieńcem BBC i moim faworytem na zastępcę. Tak więc zadawałem mu zwyczajne pytania w stylu: „I jak tam, będziesz robić trzeci sezon… Broadchurch?”. I myślę sobie: „O Boże, więc będę pisał jeszcze dziesiątą serię”. To wyciągnąłem go na kolację jeszcze raz, jakiś miesiąc później. Siedzimy przy tym samym stoliku, w tym samym miejscu, w tej samej restauracji i mówię: „No dobrze, jeśli zrobię jeszcze jedną serię, przejmiesz po mnie Doctor Who?”.

Tak jak minęły dwa lata pomiędzy ogłoszeniem, że zostaniesz nowym producentem wykonawczym i Jedenastą godziną („Eleventh Hour”) – tak po dwóch latach od ogłoszenia odchodzisz ze swoim ostatnim odcinkiem. Czy to nie dziwne mieć dwuletni okres wypowiedzenia? Czy wydaje się, że piszesz w drodze na szafot?

[śmiech] A jest tak?

Minęło dwa i pół roku od mojej rozmowy z Chrisem i jeszcze trochę więcej, od kiedy powiedziałem BBC, że odchodzę. Bywało, że cała praca nad czymś zajmowała mi mniej czasu, niż trafienie do drzwi wyjściowych z Doctor Who. To śmieszne. Jestem zauważalnie starszy niż kiedy powiedziałem, że odchodzę. [śmiech]

A czy to jak pisanie skazanego na śmierć? Mogło tak być. Można się było spodziewać, że będę pisał do końca świata, że napiszę swoje wejście na szafot, ale nie potrafiłem znieść takiej myśli. To czternaście zupełnie nowych odcinków, potraktujmy to jak początek. Właśnie dlatego nazwałem pierwszy odcinek Pilot („The Pilot”). Pomyślałem: „A co tam, zacznijmy wszystko od początku”. I kogo obchodzi to, że odchodzę? Zupełnie nikogo. Nawet moich dzieci nie interesuje fakt, że odchodzę. Nie ma w tym żadnej historii. Zróbmy więc zupełnie nowy, uroczysty i ożywiony początek zamiast jakiegoś koszmarnego pomysłu, że piszę ostatnie słowa z mojej potępieńczej celi.

Więc to nie było pisanie w drodze na szafot, gdzie deadline byłby o wiele gorszy.

Uważasz, że zrobiłeś wszystko, co chciałeś?

Prawdopodobnie. Zrobiłem wszystko, co mi przyszło do głowy. Gdy tylko miałem jakiś pomysł, po prostu to robiłem. Nigdy nie chciałem chomikować pomysłów. Czasem były to rzeczy, których jeszcze nie dopracowałem, więc wracałem do nich później. Ale gdy tylko coś mi przyszło do głowy, wpisywałem to do scenariusza albo prosiłem kogoś innego o zrobienie tego. Zdarzało się – i nadal się zdarza – że mam jakiś pomysł i stwierdzam, że nie ma go gdzie upchnąć. Ale to nie szkodzi.

Na pewno gdzieś się zmieści… Na przykład w Big Finish? [śmiech] W 2008 roku, kiedy przejąłeś obowiązki producenta wykonawczego, opisałeś je jako „najlepszą, ale i najcięższą pracę w telewizji”. Dalej tak uważasz?

O tak, to zdecydowanie najlepsza i najcięższa praca w telewizji. Dokładnie tak. Nie ma takiej pracy związanej z telewizją, jakiej nie możesz się nauczyć wykonywać lepiej albo w ogóle się nauczyć – przy Doctor Who. Wszystko: komedia, dramat, logistyka, sam wynalazek, prędkość telewizji, jej intensywność, profil. Wszystko tam jest!

Powiedziałbym, że wszystko tam jest w wersji zminiaturyzowanej, ale tak nie jest, wszystko ma pełne wymiary. To taki model wszystkiego innego w skali jeden do jednego! [śmiech]

Gdzieś teraz jest – i miejmy nadzieję, że nas ogląda – przyszły producent wykonawczy Doctor Who.

Jest. I na pewno nas ogląda!

Jakiej udzieliłbyś jemu (albo jej) rady?

Wydaje mi się, że brzmiałaby ona tak: tę pracę należy dać komuś, kto łaknie takiej pracy, nawet jeśli wie – z moich nudnych słów i nudnych słów Russella – jak bardzo będzie ciężko. Ponieważ należy zignorować to, jak będzie trudno. Zupełnie o tym zapomnieć.

To jest najbardziej wyjątkowa praca na świecie i najbardziej wyjątkowy okres w życiu. Jest naprawdę zupełnie niesamowita. Będzie taką osobą rządzić każdego dnia, ale jest jedyna w swoim rodzaju. Jeśli uda jej się zapomnieć na więcej niż dwie godziny pod rząd, że to ogromny przywilej wykonywać tę pracę, to niech się wynosi. Mnie samemu nigdy się to nie udało. Nigdy, przenigdy, przez cały mój czas pracy przy serialu, nawet podczas ostatniego roku, kiedy byłem tak zmęczony, że ledwo się trzymałem na nogach, nigdy nie zapomniałem tego cudownego uczucia: „Jestem showrunnerem Doctor Who. Oto, co robię w życiu”.

Prawie nikomu, prawie nikomu żyjącemu, nie udało się w swojej podróży przez czas zrealizować wymarzonej pracy z dzieciństwa. Dokładnie tej pracy – nie czegoś podobnego – tylko dokładnie tej wymarzonej pracy. Mnie się to udało, podobnie jak Peterowi Capaldiemu, Russellowi T Daviesowi i Davidowi Tennantowi. Udało się nam wykonywać dokładnie tę wymarzoną pracę. To doświadczenie bycia naprawdę żywym jest niezwykle rzadkie. To zaszczyt i przywilej – chociaż zaszczyty i przywileje są skrajnie nudne. Ale, przede wszystkim, pomimo bólu i wysiłku, jaki w tę pracę wkładamy, przynosi ona wyjątkową i niepowtarzalną radość.

Zapytałabym, jak chciałbyś, żeby twoja era w Doctor Who została zapamiętana – ale znając ciebie, powiedziałbyś coś w stylu: „Chciałbym, żeby ją zapamiętano”. Dlatego ja to powiem.

Dałeś nam magiczny, straszny, zawiły czasowo Doctor Who, potężną historię o miłości, nadziei i determinacji nawet w obliczu przeciwności nie do pokonania. Dałeś nam też moralnego bohatera – albo przynajmniej takiego, który próbuje nim być – który nigdy nie jest okrutny ani tchórzliwy. Za to wszystko – w imieniu naszym i wszystkich fanów – ogromnie ci dziękujemy.

Źródło: YouTube/The Fan Show



Fennistka, miłośniczka języków, przecinków i kotów, u której nadmiary wolnego czasu się nie istnieją – w przeciwieństwie do seriali, książek i muzyki, popijanych hektolitrami herbaty. Wielbi na kolanach Witkacego. Kiedy już podnosi się z podłogi, zdarza jej się prowadzić też swój blog (ale to rzadko). Kocha wszystkich Doktorów, ale w przepaść najchętniej rzuciłaby się za duetem Dziesiątego z Donną, względnie za duetem Dziesiątego z Dziesiątym.

Gallifrey.pl  wszystko o serialu Doctor Who

One thought on “Steven Moffat o granicach, radościach i smutkach showrunnera (część 7)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *