Steven Moffat dla The Guardian (2): nie piszemy „Doctora Who” dla wąskiej grupy fanów

Druga część wywiadu dla Guardiana – dziś o tym, jak trudno było być fanem w mrocznych latach bez „Doctora Who” i jak trudno być jego twórcą w mrocznym świecie zaborczych fandomów.

Dla kogo pisać „Doctora Who”?

Wydaje się czasami, że Steven Moffat jest w pułapce. Z jednej strony najbardziej zaangażowani fani, zaborczy, głośni i może nieco zbyt analityczni; z drugiej – zwykła widownia, która chce spędzać sobotnie wieczory w znajomej atmosferze przygody i kosmicznej grozy. A może nie ma już zwykłych fanów? Twórcy nie mają wątpliwości, fandom nie jest już zjawiskiem marginalnym i wywiera realny wpływ na kulturę.

Uwielbiam fanów „Doctora Who”, sam jestem jednym z nich! Ale nie dla nich tworzymy ten serial. I większość z nich przyznaje nam rację: nie powinniśmy kręcić go dla tej wąskiej grupy. Chcą, żeby serial odnosił sukces. Nie chcą, by był niszowy, bo to oznaczałoby dla niego wyrok śmierci.

cybermen

„Doctora Who” w latach 60. wspomina jako źródło idealnego telewizyjnego lęku.

Był przerażający. Nie kampowy czy słodki, czy miły, to przyszło trochę później. Nie miał na nikogo dobrze wpływać, po prostu miał przestraszyć widzów. „Doctor Who” był buntownikiem wśród programów dla dzieci.

Świat bez Doktora

Podczas smutnego okresu, kiedy w telewizji nie było „Doctora Who”, w londyńskiej Fitzroy Tavern skupili się najwierniejsi fani. Wśród nich było kilku telewizyjnych profesjonalistów takich jak Steven Moffat czy Russell T. Davies, a także autorzy fanfiction, ludzie zakochani w Doktorze. Nikt się nie spodziewał, że serial kiedykolwiek powróci.

Trudno powiedzieć, czy byliśmy strażnikami ognia czy ćmami krążącymi wokół płomienia, łudzącymi się, że mają na niego jakikolwiek wpływ.

Fantazjowali, co by zrobili, gdyby serial wrócił. Steven Moffat, wówczas już dosyć znany scenarzysta, miał nadzieję, że może jemu uda się sprowadzić Doktora z powrotem na ekrany telewizorów. Napisał kilka opowiadań i skecz The Curse of Fatal Death.

Fandom był wówczas o wiele bardziej kreatywny niż dziś, bo mieliśmy tylko to, co sami zdołaliśmy stworzyć. Niczego nie dostawaliśmy z zewnątrz. Niczego nie było w telewizji.

clockwork

Ale jednak serial wrócił i Steven Moffat był jednym ze scenarzystów nowych serii. Stworzył przerażające Anioły, steampunkowe roboty chowające się pod łóżkiem i ciemność żywiącą się ludzkim ciałem. Szybko zyskał sobie miano mistrza horroru.

Ludzie zdają się jednak zapominać, że Girl in the Fireplace to przede wszystkim romans. Potwory znikają dziesięć minut przed końcem odcinka i nikomu nie dzieje się za ich sprawą krzywda.

Problem z Moffatem?

Scenariusze Daviesa były śmiałe i skierowane do szerokiej publiczności, kładły nacisk na aspekt emocjonalny i pochodzenie Rose z niższej klasy społecznej. Zapytany o własne, bardziej skomplikowane fabuły, Moffat odpowiada:

Nigdy nie próbowałem pisać „własnej” wersji „Doctora Who”. To nie jest moim celem. Gdy piszę, piszę po prostu „Doctora Who”. To świetna praca, bo ten serial ma tę właściwość, że można z nim zrobić absolutnie wszystko, co tylko zechcesz. W jednym tygodniu jest baśnią, zaraz potem horrorem, a następnie komedią romantyczną. Nie zaczyna się od stworzenia jakiegoś wielkiego planu, tylko zastanawiania się, co byłoby najbardziej ekscytującą rzeczą, jaką można pokazać widzom w sobotni wieczór.

Źródło: The Guardian



Exnaczelna Gallifrey na wygnaniu. Zapraszam na Whosome.pl!

Gallifrey.pl  wszystko o serialu Doctor Who

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *