SFCC: Aktorstwo i pożegnania wg Petera Capaldiego (część 5)

W finalnych odcinkach z Clarą widzimy, jak Doktor desperacko walczy o odzyskanie jej, przeciwstawiając się Władcom Czasu. To zachowanie wywołało wiele dyskusji wśród fanów – a jakie wrażenie na Capaldim wywarł ten scenariusz?

Chciałem, żeby mój Doktor był troszkę… niemal niemieckim ekspresjonistą, w mrocznym europejskim stylu. Ważne jest w tym jego skupienie się na tej idei, wykluczenie wszystkiego innego. I oczywiście, kiedy nałoży się na to głęboko emocjonalna więź, która łączy go z Clarą, staje się to jak pocisk ciepłoczuły, którego nic nie powstrzyma. Myślę, że to przede wszystkim smutne, bo wiedziałem, że Jenna odchodzi, ale z drugiej strony uznałem, że musimy to zrobić tak, by zagrało, sprawić, byśmy byli jak najlepszym motorem fabuły. Upewniłem się, że Doktor użyje wszystkiego, co ma, każdej drobiny mocy swojego mózgu, by wydedukować sposób na odzyskanie Clary. Myli się, ale to siła jego emocji, nie intelektu. To niepowstrzymane. Ona musi go nauczyć. To świetna historia. Bardzo, bardzo przewrotna. On robi kilka złych rzeczy, by ją odzyskać. Bo pragnie ją odzyskać.

Twice Upon a Time

Tam, gdzie jest gra aktorska, zawsze znajdzie się też trochę błędów, wpadek i improwizacji. Czy Peter Capaldi zaliczył jakąś szczególnie zabawną gafę na planie?

Staraliśmy się zbytnio nie improwizować, ponieważ scenariusze naprawdę tego nie wymagały i ponieważ nie było wiele czasu. Ale czasem coś się pojawiło, wymsknęło przez przypadek. I czasem przetrwało, czasem nie. Jeden taki moment zdarzył się przy kręceniu nowego odcinka świątecznego, w scenie, w której pojawia się Pierwszy Doktor. Nie wiem, czy on przetrwał, może tak, a może i nie. Nazwałem go tam Panem Pasztecikiem (ang. Pastry) [śmiech Petera i publiczności]. Tak mi się po prostu wymsknęło, nie wiadomo skąd. Powiedziałem: „Panie Paszteciku, chodź no tu!”. A to zdaje się z jakiegoś powodu pasować do Pierwszego Doktora. A potem do mnie dotarło, że faktycznie w Wielkiej Brytanii emitowano w pewnym okresie coś w rodzaju przystępnego programu o nazwie „Mr Pastry”. I w dodatku prowadzono nawet rozmowy z aktorem wcielającym się w Pana Pasztecika o zostaniu Doktorem. Więc o wszystko było w jakiś sposób połączone ze sobą, ale cóż – nie wiem, czy to przetrwało. Czekajcie, czekajcie, to zobaczycie, a nuż…

Porzućmy jednak jeszcze na chwilę smutne rozstania: a gdyby Dwunasty kontynuował swoje przygody i mógł wybrać jakiegokolwiek towarzysza z któregokolwiek okresu, kto by to był? Po dłuższej chwili milczenia Peter odpowiada:

Myślę, że chciałbym przywrócić Barbarę i Iana. Ponieważ oni byli zupełnie pierwszymi towarzyszami. Oni byli nauczycielami w szkole z lat sześćdziesiątych. Dziwiliby się wszystkiemu: „Co się stało, co się stało?”. […] Ale jest w nich coś takiego… Myślę, że Tegan też jest zupełnie fantastyczna. Janet Fielding. Ona była zabawna, może dlatego, że była Australijką. To dość trudna sprawa dla Doktora, mieć za wielu towarzyszy, którzy nie są… Brytyjczykami [śmiech publiczności]. Tak, Tegan byłaby fajna.

Skoro to jednak koniec epoki Dwunastego, może należałoby się jednak pogodzić z myślą, że nie samym Doktorem człowiek żyje, ale są także inne role. Co dla Petera Capaldiego jest najlepsze w byciu aktorem?

Prawdopodobnie najfajniejsze jest to, że w pewnym sensie uciekasz przed ponurym życiem, by dołączyć do cyrku. To nie było i nadal nie jest zawsze świetne, ale nigdy nie szukałem innej pracy. Z wiekiem coraz bardziej to doceniam. Nie tylko ten wielki sukces, wielkie zaszczyty, doświadczenia takie jak to, ale sam ten fakt – nigdy nie chciałem być częścią wszystkiego innego, chciałem należeć do tej trupy cyrkowej. I udało mi się.

A co oznacza dla niego bycie aktorem?

Znaczy, że mam możliwość pracy z niezwykłymi ludźmi. To jest najbardziej niesamowita rzecz – że tak naprawdę przychodzisz do pracy, którą wykonujesz z ogromnie utalentowanymi ludźmi, zarówno na planie, jak i za kulisami, także tymi, którzy piszą scenariusze. Czasem możesz po prostu zobaczyć osoby z niezwykłymi talentami, być wśród nich. To bardzo, bardzo wyjątkowa rzecz. Aktorstwo mi to umożliwia. Jestem za to ogromnie wdzięczny.

Czy zatem jest jakiś aktor, który Capaldiego szczególnie urzeka?

Och, jest tak wielu wspaniałych aktorów… ! Uważam, że Anthony Hopkins jest bardzo inspirujący, fenomenalny. […] Gary Oldman… I są też wspaniali Amerykanie! Jeffrey Tambor. Jest jednym z najlepszych aktorów wszech czasów. Jego zdolność do balansowania między komedią a tragedią jest absolutnie niespotykana. Richard Gere, oczywiście. Ale jest ich tak wielu.

I wcale to nie musi to być ktoś sławny, możesz usłyszeć ich podczas prób. Mieliśmy aktorkę, która grała w Doctor Who w odcinku Puk, puk („Knock Knock”). Wcielała się w dziewczynę, która zmieniła się w jakieś drzewne stworzenie. I ona przyszła zagrać swą rolę, cała okryta ciężkimi warstwami lateksu. Nie można było dojrzeć jej twarzy, zobaczyć, jak wygląda. Była rewelacyjna. Naprawdę to podziwiam. To może być ktokolwiek, wcale nie musi być sławny. Po prostu ludzie, którzy dają z siebie wszystko.

Źródło: YouTube



Fennistka, miłośniczka języków, przecinków i kotów, u której nadmiary wolnego czasu się nie istnieją – w przeciwieństwie do seriali, książek i muzyki, popijanych hektolitrami herbaty. Wielbi na kolanach Witkacego. Kiedy już podnosi się z podłogi, zdarza jej się prowadzić też swój blog (ale to rzadko). Kocha wszystkich Doktorów, ale w przepaść najchętniej rzuciłaby się za duetem Dziesiątego z Donną, względnie za duetem Dziesiątego z Dziesiątym.

Gallifrey.pl  wszystko o serialu Doctor Who

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *