Redakcyjne wrażenia – „Zmierz się z krukiem”

Redakcyjne wrażenia po premierze odcinka Zmierz się z krukiem (“Face the Raven”). Uwaga na spoilery!

Sherlockistka: To dla mnie najmilsze zaskoczenie w Doktorze od kilku sezonów. Nie, nie dlatego, że nie mam ani kawałka serca i zamierzam teraz zionąć mściwą radością z powodu wyczekiwanego odejścia Clary. Dlatego, że kompletnie nie spodziewałam się,  że po tym wszystkim, po tych pożegnaniach, po tych zdecydowanie zbyt wielu numerach z serii “oo, Clara zginęła… a nie, sorry, żartowaliśmy” wciąż jeszcze może stać się coś, co naprawdę wywrze na mnie wrażenie. Myślałam raczej, że będzie jak z Amy – odetchnę z ulgą,  że nareszcie mamy to za sobą, wzdychając “czemu dopiero teraz?”.

facetheraven-2015-11-23-1A naprawdę byłam poruszona. Clara dostała piękny pożegnalny odcinek, żałowałam tylko tego, że wcześniej postać prowadzona była zbyt słabo, by wszystkie znakomite pomysły do końca wybrzmiały. Strasznie spodobał mi się ten tak bardzo Gaimanowski w duchu “tajny Londyn”, typowo baśniowy kruk i typowo Doktorowo-Torchwoodowe liczenie kroków, by znaleźć ukrytą ulicę, i mam wielką nadzieję, że wrócimy jeszcze na ulicę wyrzutków.

Sam sposób, w jaki zginęła, został moim zdaniem wymyślony genialnie. Z jednej strony – ten oczywisty dla Clary odruch serca, ryzyko trzeba brać na siebie, chronić tych, którzy wydają się słabsi. Z drugiej – równie charakterystyczna beztroska, Doktor to na pewno jakoś naprawi. Z trzeciej – jak ja to sprytnie wymyśliłam, Doktor będzie marudził, ale przecież szkoda by było nie wykorzystać takiego genialnego pomysłu. Wszystko to jest zarówno proste, jak i niejednoznaczne, idealnie mieszają się w tej sytuacji najszlachetniejsze intencje (dzięki czemu patrzymy na Clarę z podziwem) i zadufanie w sobie, przez które tak często na nią sarkaliśmy. Ale z czwartej strony…

Z czwartej strony Clara od dawna, od początku tej serii, coraz chętniej balansowała na krawędzi. Gdyby twórcy odrobinę bardziej dbali o subtelne prowadzenie postaci, pewnie dałoby się lepiej ocenić, ile w tym było zwykłego pragnienia śmierci. Niewątpliwie sugerowano nam, że Clara nigdy naprawdę nie pozbierała się po śmierci Danny’ego, nie potrafiła jakoś zakorzenić się na Ziemi, w coraz większym stopniu żyła już tylko przygodami z Doktorem. Ten wątek niewątpliwie wybrzmiałby znacznie potężniej, gdyby jej związek z Dannym został pokazany w strawniejszy albo chociaż pełniejszy sposób – a tak, mieliśmy w poprzednim sezonie dość irytujące migawki w kilku odcinkach i potem wielkie BUM na koniec, trudno było zobaczyć w tym rzeczywiście wielką i tragiczną historię miłosną. facetheraven-2015-11-23-4A jednak, mimo wszystko, kiedy Clara podeszła do kołyski z maluchem Rigsy’ego, kiedy patrzyła z lękiem i współczuciem na młodego ojca z wyrokiem śmierci wytatuowanym na karku, myśl o tym, co ona sama straciła, była przejmująca. Chociaż obiektywnie Clara mogła jeszcze zrobić w życiu wszystko, ja osobiście czułam, że ona już chyba nie bardzo ma ochotę, albo może serce na te ziemskie przygody. Wybrała potwory w Kosmosie. Ona utraciła i ukochanego, i wcześniej rodziców [nie mamy powiedziane, że umarł też jej ojciec – Gin] – tym bardziej jednak pragnęła ocalić cudzego Danny’ego i cudzego tatę.

I tak, wzruszyła mnie, bo wszystko, co zrobiła, było takie dla niej charakterystyczne. Bo czarny kruk, który ją zabiera, to może i prosta, ale jednak piękna metafora. I bo na koniec jeszcze po raz kolejny zrobiła wszystko, żeby ocalić swojego Doktora.

Kto z nas nie chciałby go w tej chwili ocalić – i kto jeszcze nie nazwałby go swoim? Mam takie wrażenie, jakby Dwunasty Doktor, Capaldi-Doktor był nie tyle postacią z serialu, a zupełnie prawdziwą, fascynującą, niesamowitą osobą, nie z jednym, a z dwoma sercami, która mimo wszystkich słabości scenariuszy, mimo wszystkich niekonsekwencji i luk w pomysłach Moffata, w końcu przebiła się przez jakieś nie do końca udane zmyślone historie prosto do mojego serca. Dawno, bardzo dawno nie czułam, że jakiś Doktor jest mi tak osobiście bliski i drogi. Dwunasty, gniewny jak niegdyś Dziesiąty, tak często niespełniający wyśrubowanych norm doskonałości. Dwunasty, który daje się ponosić gniewowi, bo nie jest perfekcyjnie poprawnym prymusem z fandomowego tumblra, tylko Władcą Czasu obdarzonym ogromną mocą i zupełnie ludzkimi uczuciami. facetheraven-2015-11-23-2Dwunasty, z tymi karteczkami od Clary, z których korzysta, kiedy ma coś trudnego do powiedzenia, z tą swoją efekciarską gitarą, z tym przenikliwym “r”. I z kobietą, która przeżyła, bo na chwilę dał się porwać emocjom, a teraz zrujnowała mu życie. Dwunasty Doktorze, nie bądź sam.

Długo obawiałam się, że już nigdy nie zaangażuję się w Doktora tak, jak kiedy żyłam wielką historią Dziesiątego. Nie mam pojęcia, co z tego wyjdzie, nie mam pojęcia, co nas czeka w finale, słabsze, nierówniejsze są te pomysły, wciąż drży się, kiedy scenarzysta palnie jakąś katastrofalną głupotę.

Ale mają mnie. Znów.

Moja ocena: 10/10

Lakhy: Nie wiem, co się stało.  Szczerze mówiąc, bardzo trudno jest mi jednoznacznie ocenić ten odcinek, bo – jak większość w tej serii – był bardzo nierówny. Ale może po kolei…

Odejście Clary (wszyscy wiedzą, że to było głównym wydarzeniem odcinka) wzbudziło we mnie wiele emocji. Przede wszystkim zrobiło mi się żal Doktora, który mógł sobie krzyczeć, grozić i niemal miotać się po pokoju, ale tak właściwie nic nie mógł poradzić. Zwłaszcza, że przez ostatnie odcinki wyraźnie było widać, jak mu na Clarze zależy i jak frustruje go własna bezsilność. Bycie Doktorem to jednak straszliwie smutna egzystencja… Niestety, jeśli chodzi o samą Clarę, wcale nie było mi po niej jakoś wybitnie smutno. Oczywiście, gest przejęcia wyroku śmierci był piękny, odważny i szlachetny, ale nawet on nie jest w stanie zmusić mnie do płaczu za postacią, do której niespecjalnie się przywiązałam. facetheraven-2015-11-23-10Płakałam po odejściu Donny, Pondów też pożegnałam ze łzami w oczach, ale niestety zniknięcie z serialu Clary jakoś nie wywołało u mnie aż takich emocji. Może dlatego, że w międzyczasie Clara zgubiła gdzieś cały swój urok. Już nie była walczącą z opadającym sufletem Clarą “Oswin” Oswald, a jedynie kimś, kto bardzo chciałby być Doktorem, ale nie do końca wiedział, jak może to zrobić. Tak że żegnaj Claro, miło było widzieć cię w twojej najlepszej odsłonie, ale niestety wciąż pamiętam również tę złą. I – uprzedzając pytania – tak, uważam, że już nie zobaczymy kolejnego wskrzeszenia tej towarzyszki. Scena jej śmierci była bardzo ładna, ale również za długa jak na wydarzenie, które dałoby się odwrócić.

Ach, no i tak na marginesie: poświęcenie Clary było też jedną z najbardziej bezsensownych śmierci, jakie mogły ją spotkać, bo właściwie wcale nie musiała przejmować wyroku Rigsy’ego. Ale ja to teraz wiem, ona nie wiedziała, więc mogę sobie mówić…

Z drugiej strony pokochałam wizję “zaginionej” ulicy. Sposób jej znalezienia, zasady na niej panujące i złotobrązowa, nieco duszna atmosfera, wraz z cieniami kłębiącymi się w zakamarkach, tak bardzo przypominały mi światy Neila Gaimana (a zwłaszcza Nigdziebądź), że moje blaszane, subiektywne serce zabiło szybciej (bo jak wiadomo Gaiman jest fajny i kropka). Nie miałabym nic przeciwko spędzeniu w tym azylu nieco więcej czasu. Niepokoi mnie jedynie lady (burmistrz) Ja, której nie jestem w stanie rozgryźć. Nie do końca rozumiem, co nią kieruje i kto (i czym) był w stanie zastraszyć osobę, która jest właściwie nieśmiertelna.

Na razie nie mogę powiedzieć nic więcej – czekam na następny odcinek, który (miejmy nadzieję) rozstrzygnie całą sytuację. I po cichu liczę na biegającego w destrukcyjnej furii Doktora, który dopadnie złych, ochroni słabych, zgubi gdzieś nieszczęsne soniczne okulary i na końcu przypomni sobie, że w gruncie rzeczy jest dobrą osobą, więc naprawi szkody i odejdzie, w szalonych przygodach szukając pocieszenia po kolejnej stracie. Bo chyba właśnie takiego czegoś brakuje mi jeszcze w Dwunastym.

Moja ocena: 7/10

Ginny: Właściwie od momentu poznania tytułu bardzo czekałam na ten odcinek, a kolejne informacje i trailery tylko podsycały mój apetyt i tym razem dostałam właśnie to, czego chciałam i to, czego brakowało odcinkowi z zeszłego tygodnia. Czyli właśnie idealnego połączenia baśniowości z fantastycznością naukową – jakkolwiek trochę szkoda, że nasze czyhrobaczki ukrywały kosmitów przez większość czasu w ludzkich formach*. facetheraven-2015-11-23-11Dużą rolę odgrywa tu stylistyka samej Trap Street, która od początku wprowadza pewne poczucie magiczności i niesamowitości. Swoje robi także fakt, że cały czas trwa na niej noc, ponieważ latarnie skrywające różnorodność mieszkańców tego kosmicznego przyczułka muszą być włączone cały czas, jeśli mają spełniać swoje zadanie.

Już sam beztroski początek odcinka jest fajny – bardzo przyjemny i ładnie łączący się z tego typu początkami odcinków, które są końcem innych przygód, tak w obecnej serii, jak i w całym New Who. Miło jednak, że tutaj z kolei ta przygoda, w przeciwieństwie do Dziewczyny, która zginęła (“The Girl Who Died”), nie wprowadza niczego, co przyda się w odcinku. Czasem może tak być, ale nie powinno być tak zawsze, bo po prostu byłoby to zbyt naciągane. Do tego choć teoretycznie niewiele się w nim dzieje, cały odcinek ma odpowiednio zbalansowane tempo. Intryga, choć tajemnicza i bardziej złożona, niż mogłoby się na początku wydawać, nie jest przekombinowana. I jakkolwiek Loë zwróciła nam uwagę, że jako wprowadzenie do finału Zmierz się z krukiem powinien być mocniejszy, jeśli chodzi o jego ciężar, to myślę, że coś jest na rzeczy w tym, na co podczas Serialkonowego panelu o DW zwróciła uwagę Lierre: że każdy z dwuczęściowych odcinków dziewiątej serii jakoś zmieniał układ sił, miejsce akcji, przesuwał środek ciężkości itd. itd. (włączając w to nawet pierwszą historię najmocniej wpisującą się w schemat jednej ale podzielonej na dwie części opowieści). Także w tym kontekście, jeśli liczyć Zmierz się z krukiem jako pierwszą część finału i patrząc na to, że pierwsza właściwa część finału też będzie jakoś osobna, wprowadzająca Doktora w sytuację, która w „Hell Bent” postawi go w innym miejscu, niż znajduje się obecnie – biorąc to pod uwagę, myślę, że Zmierz się z krukiem celowo jest właśnie tak, a nie inaczej skonstruowane – jedynie zapowiadając wątki, które pojawią się za tydzień i dwa.

facetheraven-2015-11-23-9Właściwie zazgrzytało mi trochę w jednym momencie tylko, że kiedy ta młoda aktorka grająca córkę „zabitej” Judaski woła, żeby Doktor uratował jej matkę, brzmi to tak jakoś sztucznie, sztywno, przesadnie. Wychodzi tu chyba jednak niedoświadczenie jeszcze.

Za to wykorzystanie okularów sonicznych było zmyślne – ze śrubokrętem by się tak nie dało zrobić, więc zdecydowanie leci plus za kombinowanie z tym, że skoro to są okulary, to można z nimi zrobić trochę inne rzeczy niż ze śrubokrętem. Piękne też było to niewielkie nawiązanie do Torchwood z retconem, które implikuje, że Trap Street rządzona przez Ashildr jest trochę jak Torchwood 3 właśnie. A skoro jesteśmy przy tejże ulicy, to sam jej koncept jest och jakże klasycznie piękny i do tego jak cudnie zrealizowany – i jak dogłębnie przemyślany, poczynając od tego, że takich ukrytych ulic jest więcej (może faktycznie jest pośród nich i Pokątna?), przez to w jaki sposób funkcjonuje pokój na niej, aż po fakt, że azyl w jej granicach znajdują wszyscy: także Cybermeni, co każe mi zastanawiać się, czy są tam jacyś Dalekowie i co musiałoby się stać, żeby Cybermen musiał szukać azylu. I jaka droga doprowadziła do powstania Cybermena gotowego dla żony (sic!) ukraść leki i narazić się na pewną śmierć. Takie nadawanie głębi w prostych, pobocznych wątkach sprawia, że im dłużej myślę o tym odcinku, tym bardziej go kocham. I hej, mamy już odcinek z Cymermenami, hurra! W tym roku nie będzie więcej puszek w roli głównej.

Podoba mi się również to, że nie zastajemy Ashildr po tych wszystkich wiekach** dokładnie w tym samym miejscu – tą samą osobą – którą zostawił ją Doktor w Kobiecie, która przeżyła (“The Woman Who Lived”). Jej pewien regres, pewna bezwzględna praktyczność i fakt, że nadal wiele rzeczy zapomina i musi prowadzić pamiętniki, by pamiętać, że dane wydarzenia miały miejsce, połączony jednak z dobrymi intencjami i gotowością do ochrony swoich ludzi za wszelką cenę, jest kolejnym naprawdę dobrze napisanym elementem tego odcinka.

Cudny jest też koncept z Krukiem – Kwantowym Cieniem – pięknie łączący mitologię z technologią i naukowością. To jest dokładnie to, czego zabrakło mi tydzień temu – to baśń, która kończy się w najodpowiedniejszy dla baśni sposób. facetheraven-2015-11-23-14Źle. Choć Rigsy, którego Doktor miał ratować***, wychodzi z całej tej kabały cało, to cena zostaje zapłacona. A swoją drogą, bardzo dobry jest ten moment, gdy Doktor chce zrezygnować z pomocy Rigsy’emu, ten mówi mu, że przecież nie da mu umrzeć, że go uratuje, bo to jest to, co robi Doktor – i to przekonuje Dwunastego. Że nie potrzebuje jeszcze, żeby Clara kazała mu to zrobić. Podoba mi się też, że śmierć Clary jest dla niej fizycznie bolesna, że jej czyn ma dla niej odpowiednio ważkie konsekwencje. I podoba mi się, iż fakt, że to nie była jej wina (choć przecież w pewnym sensie była), ani że nie uciekła, a stanęła naprzeciw swojej śmierci – tak odważna, jak tylko potrafiła – niczego tu nie zmienia****. Piękny jest również balans między odwagą i strachem Clary. Piękne i mądre jest to, gdy mówi, że jest i będzie odważna, a równocześnie widzimy, jak bardzo się w tych ostatnich minutach boi. Jeśli czegoś ma ten serial uczyć dzieci, to takiego podejścia do strachu i odwagi – gdzie to pierwsze wcale nie wyklucza tego drugiego.

Podczas pierwszego seansu miałam wrażenie, że przemowa Clary była na siłę przedłużana i nie pomagał temu fakt, że chociaż od jej początku, jak mówi nam Doktor, Clarze zostało osiem minut życia, ta scena trwa prawie piętnaście. W związku z czym oglądając miałam takie poczucie, że Clara powinna się bardziej spieszyć z tym, co ma do przekazania. Ale podczas drugiego seansu już całość wybrzmiewała w odpowiednim tempie. Nawet jeśli cały czas ma te piętnaście minut. Zdecydowanie jednak podoba mi się jej cel. Choć Clara przyznaje tu, że chce być jak Doktor, co powtarzam jako argument przeciwko niej od dość dawna, poza tym robi dokładnie to, co powinna zrobić towarzyszka. Wiedzieć, kim jest Doktor i nie pozwolić mu stać się tym, kim jest, gdy przestaje dążyć do bycia właśnie Doktorem. Zarazem podoba mi się w tej scenie Doktor jako ten zły, ledwie powstrzymany przed zemstą. Widzę w nim odbicia Zagreusa (a i trailer „Heaven Sent” bardzo mi Zagreusem pachnie). Wracając jednak jeszcze do Clary, koncept, by była to seria o Clarze biegnącej ku śmierci jest interesujący. To przesuwanie granic, ryzykowanie, ciągłe ledwie unikanie śmierci, zakończone w taki właśnie sposób – kiedy raz okazuje się, że jednak nie ma wyjścia awaryjnego, to coś, co nawet kupuję. Moffat et. co zapowiadali, że Clara w tej serii już się nie boi i fakt, że okazało się to znaczyć coś więcej, nastawia mnie do serii dziewiątej bardzo pozytywnie. Więc Clara nie boi się, że umrze. Na poziomie świadomym uwierzyła w swoją nieśmiertelność, ale po odejściu Danny’ego – jej podświadomość prowadzi ją do śmierci. Może z powodu poczucia winy. Może z ukrywanego przed samą sobą bólu. I może właśnie dlatego z serii na serię coraz mniej jest ona przywiązana do Ziemi, coraz słabiej w niej ukorzeniona. facetheraven-2015-11-23-15Jakby obejmował ją coraz dogłębniej swoisty nihilizm. Wcale nie oznaczający tego, że w ostatnich chwilach Clara boi się umrzeć. Patrząc na to z tego punktu widzenia, czuję potrzebę powtórki serii 7b-9, przyglądając się jej w tym właśnie świetle. Zobaczyć, na ile to jest tam gdzieś od początku.

Co do momentu jej śmierci – oczywiście tych, z was, którzy lubicie tę towarzyszkę, musiała ona poruszyć. Wielu z was pisało Pod kopułą Gallifrey, że płakało, że przeżyło ten moment odejścia bardzo mocno. Ja Clary nie lubię, a jednak o tych ostatnich scenach, o samym momencie jej zmierzenia się z Krukiem mogę powiedzieć tylko jedno: ta scena jest zwyczajnie bardzo dobrze napisana. Zbyt dobrze, by pozostawić człowieka obojętnym. Poczynając od takich drobiazgów jak Doktor wychodzący, by być tam z nią i Zada patrzącego w niebo, gdy słyszy krzyk Clary, przez jej powtarzanie „pozwól mi być odważną”, aż po samego Kruka wchodzącego w jej ciało (i wyłączającego serce? pożerającego ją od środka?) i jej „niemy” krzyk. Podczas pierwszego seansu do końca trochę bałam się, że Moffat jednak zmoffaci i Clara znów nie umrze – zwłaszcza w chwili, kiedy już przestała krzyczeć i zanim Kwantowy Cień opuścił jej ciało myślałam przez chwilę, że jednak nie, jednak przeżyła. Na szczęście tak się nie stało. I podczas drugiego seansu oglądało mi się tę scenę po prostu bardzo dobrze – z odpowiednią dozą tych uczuć, jakie powinny tam być.

Oczywiście, w finale Clara jakoś wróci (widzieliście zapewne te zdjęcia z planu/okładkę ostatniego DWM, z Clarą w fartuszku kelnerki), ale tak myślę, że to może być jej echo. I trzymam kciuki, żeby to była Oswin. A i Clara i Jane Austen totalnie miały romans.

Kończąc muszę jeszcze wspomnieć o tym, że fajne jest też to, że nie zostało nam dopowiedziane, z kim zawarła umowę Ashildr (wszyscy wiemy, że to Władcy Czasu, a nawet jeśli wy tego nie wiecie, to cóż, tylko to ma sens). facetheraven-2015-11-23-3Piękna też jest reakcja Doktora na córkę Rigsy’ego. Piękne jest to, jak ją docenia, jak naturalne jest dla niego przyjęcie tego, że to niemowlę jest genialne i jak naturalne jest dla niego powiedzenie tego jako najzwyklejszej rzeczy na świecie i piękne jest to jak naturalnie mówi Rigsy’emu, żeby ją ze sobą zabrał i po chwili zdaje sobie sprawę, że może to jednak nie najlepszy pomysł. W tej scenie (zresztą w ogóle w całym odcinku, ale w tej scenie szczególnie) jest po prostu Doktorem.

I jeszcze piękny jest motyw z Rigsy’m sprayującym TARDIS. Swoją drogą jednak zastanawia mnie, czy w takim rozwoju wypadków TARDIS – bez Doktora – umrze? Zniknie tak, jak znikła TARDIS Dziewiątego w Dniu ojca („Father’s Day”)?

Mogłabym marudzić, że było tu parę szczególików, które mi nie odpowiadały (wymieniłam je wyżej), ale nie będę. Bo mimo wszystko wiem jedno. To pierwszy odcinek w tej serii, którego oceny jestem tak pewna.

* Niemniej pomysł na te owady bardzo mi się podoba. Tak, że mogę wybaczyć, że znów kosmici przez większość czasu wyglądali jak ludzie. Co swoją drogą jednak też jest jakimś elementem spajającym tę serię.
** Jeśli dobrze liczę, w trakcie tego odcinka ma jakieś 1200 lat.
*** Tak, wspominałam już, że w tej serii Doktor głównie ratuje ludzi.
**** A może po prostu czytam za dużo Gaimana. O ile to możliwe. Chcę kolejny odcinek autorstwa Gaimana. I hej, pani Dollard, niech pani też coś dla nas jeszcze napisze.

Moja ocena: 10/10

Artur: Jest mi trochę żal tego odcinka. Miał całą masę fantastycznych elementów: Rigsy’ego, którego ogromnie polubiłem w poprzedniej serii, burmistrzynię Ja, Letitię Wright, która wiosną była świetna w “Cucumber”/„Banana”, ukrytą w sercu Londynu przestrzeń wyglądającą jak „Nigdziebądź” zrobione na modłę „Jonathana Strange’a i pana Norrella”, sprytnie obmyśloną (jak najlepsze moffatowe wynalazki) „klątwę”, a do tego zagadkę morderstwa – jak często Doctor Who robi zagadki morderstwa?! facetheraven-2015-11-23-5Z ogromną przyjemnością obejrzałbym ten odcinek jako Zwykły Odcinek, jako zagadkę morderstwa ewoluującą nagle w typową dla serialu, dziwną, kosmiczną stronę.

Właśnie tego Zwykłego Odcinka jest mi żal, bo w pewnym momencie musi się przeobrazić w i zostać niemal całkowicie przesłonięty (widać to w scenie kulminacyjnej, kiedy wszyscy poza Doktorem i Clarą stoją bez słowa i się przyglądają) przez Bardzo Ważny Odcinek, żeby móc zrealizować swój cel: wypisać Clarę z serialu. I oczywiście ma to sens – jeśli potrzeba powrotu Daleków lub Władców Czasu, lub chociaż dziury ze ściany, żeby odszedł Doktor, to kruchą i mimo wszystko ludzką Clarę uśmiercić może nawet Zwykły Odcinek. W poprzednim sezonie Doktora nie było – został zastąpiony przez jakiegoś typka z tą samą twarzą, ale zupełnie niedoktorową osobowością – więc Clara mogła doktorzyć w najlepsze. Ale w tym sezonie powrócił, a na dwóch Doktorów miejsce jest tylko w odcinkach rocznicowych – więc musiała odejść. Jej też mi żal, bo lubiłem doktorową Clarę, w ogóle lubię, kiedy kobieta może przez chwilę mieć moc Doktora, choć zawsze kończy się to źle (patrz również: Donna, a także po części Rose/Zły Wilk). Lierre mówiła na Serialkonie, że Doktor nie jest postacią, z którą mamy się utożsamiać – choć nie jestem pewien, czy zgadzam się w pełni, przyznaję, że coś w tym jest – a jednak sądzę też, że byłoby fantastycznie, gdybyśmy zobaczyli na ekranie, że kobieta może być taka jak Doktor i nie zginąć przy tym. Dlatego będę wskazywał na Zmierz się z krukiem jako jeden z koronnych dowodów wskazujących na potrzebę Doktora-kobiety.

Bardzo Ważny Odcinek osładza mi nieco żal po Zwykłym Odcinku-który-mógł-być, bo jest zwyczajnie świetny i fantastycznie zrobiony (choć uważam slow motion i niemy krzyk za przeszarżowane). Jenna Coleman zalicza kolejny z genialnych aktorskich momentów (wzruszyłem się podczas jej pożegnania z Doktorem), Peter Capaldi też może coś wreszcie zagrać (uważam, że tragicznie mu brakuje ciekawych momentów – z pamięci jestem w stanie przywołać tylko przemowę z dwuczęściowca z Zygonami), otwiera się niesamowity metaplot, a postaci Clary oddano sprawiedliwość: w większości analiz widziałem tezę, że Clara zginęła przez to, że próbowała zająć miejsce Doktora. facetheraven-2015-11-23-8Jasne, po części jest to prawda, o czym też zresztą napisałem wyżej – opowieść ma swoje wymogi, nie może w niej być dwóch Doktorów – ale w zakończeniu jej historii widzę przede wszystkim powrót do wątku Niemożliwej Dziewczyny. Clara znowu okazuje się przede wszystkim zwykłą dziewczyną o niezwykłej odwadze. To jest sedno tej postaci i za tym będę tęsknił.

Lierre: Krótko, bo potrzebuję odespać, ale: bardzo mi się takie kameralne i właściwie dość losowe odejście Clary podobało przede wszystkim dlatego, że nie towarzyszył mu wielki szum, patetyczne starcia i galaktyczne kryzysy. To nie tak, że musiała odejść właśnie w tym momencie, ale raczej – tak bardzo igrała sobie z niebezpieczeństwem, że w końcu musiała się potknąć. Stąd niedowierzanie na twarzy Doktora, no bo jak to, tak po prostu? Z głupoty? Podczas randomowej przygody? Tego to się na pewno nie spodziewał.

My natomiast mogliśmy się tego spodziewać od momentu, kiedy Clara zaczęła zmieniać się w Clarę Who. Zwyciężyło w niej przerośnięte ego, które podpowiadało jej, że może dorównać swojemu wyidealizowanemu bohaterowi – i nie mam tu na myśli, że dorównać nie mogła (zgadzam się z Arturem, że to nie byłoby coś, co zasługiwałoby na potępienie), tylko to, że próbowała równać do czegoś, co nie istnieje. To nie tak, że każdy plan Doktora się powiedzie, że on z każdego kryzysu wyjdzie cało. Jest trochę silniejszy, trochę szybszy, a przede wszystkim bardziej doświadczony – i to właśnie na niewiedzy Clara poległa, na niezrozumieniu mechanizmu, na braku zastanowienia nad tym, czy łatwe rozwiązanie to na pewno taki dobry pomysł. Powinna była wiedzieć lepiej. Musiała w końcu się sparzyć. Dobrymi chęciami i tak dalej… Pasujący koniec.

Dużo ładnych rzeczy jeszcze było, oprócz tej kameralności – po pierwsze sama ulica, żywcem wyjęta z Harry’ego Pottera, tylko sów mi tam brakowało zamiast kruka… facetheraven-2015-11-23-16Ale kruk też dobry. Nie mam pojęcia, jakim cudem to wszystko działa, Ashildr musi być bardzo przekonująca w swojej tyranii. Fajna nowa rasa, choć technicznie chyba dało się to zrobić lepiej. Piętrowa intryga, która okazała się być czymś zupełnie innym, niż na początku się wydawało… Powiedzcie, że ci tajemniczy oni to był ktoś z Gallifrey, no plz.

A, i jeszcze jedna rzecz mi się podobała, ale to znowu dotyczy Clary: mianowicie to, jak ona pod koniec wróciła na moment do bycia tą Clarą, którą lubiłam, dokładnie sprzed dwóch lat. Mieliśmy Clarę, która przyjmuje efekty własnej głupoty ze spokojem, martwi się tylko o to, że jej strata zrobi krzywdę Doktorowi i z pełną odpowiedzialnością zbiera, co zasiała. To mi bardzo do niej pasowało. (Tylko tak, niemy krzyk przesadzony, ale niech już im będzie…).

Moja ocena: 9/10

Kyrie: Mam dokładnie 5 minut do publikacji, żeby się dopisać do wrażeń (ledwo skończyłam oglądać odcinek). Więc krótko i przez łzy, najważniejsze. W zasadzie jestem rozczarowana. Tylko nie wiem do końca dlaczego. Bo Clara jednak odeszła? Bo wszystko odbyło się tak spokojnie? A może, bo cały odcinek był przed emisją tak zaspojlerowany, iż żadne unikanie newsów mnie nie uratowało? Wszystko na raz. Teraz, kiedy wycieram sobie jeszcze łzy z oczu, z jednej strony jestem zadowolona, że wszystkie moje przewidywania z niedawnego felietonu na temat jej odejścia się sprawdziły (ach, taka jestem przebiegła). Kontynuując wątek w nim rozpoczęty, muszę stwierdzić, że odejście Clary było wybitnie rozczarowujące. Takie zwyczajne. Przypadkowe. Takie, jakiego nie chciałam, że bo już takie odejście mieliśmy („Krwiożercze bałwany”, The Snowmen). Uech. Z drugiej strony, muszę takiemu zakończeniu przyznać pewną rację. Nie było wielkie, historyczne, niebanalne, było jednak pewnym nowum. Nie miało formy wymiany towarzysza pod tytułem „dobra, Jenna, kończymy historię Clary, bo dostałaś lepszą posadę i rozwiązałaś z nami kontrakt”, ale przybrało kształt wyjątkowej pamiątki po odchodzącej postaci. Hm. A może właśnie nie? Może własnie ordynarnie wręcz widać było, że aktorka kończy przygodę z serialem i trzeba ją szybko usunąć (tak bardzo zabrakło mi jakiegokolwiek sensownego odniesienia do tej całej długiej historii Clary w tym serialu; nie wiem czy słusznie, ale zabrakło)? Zakończenie zostało napisane wybitnie dla Dwunastego Doktora. Ze specjalną dedykacją dla tej właśnie inkarnacji, ale i z większym naciskiem na samą postać Doktora jako bohatera, niż właśnie odchodzącego towarzysza. Te czerwone oczy, ta obietnica zemsty, ten teleport. Nasza uwaga cały czas jest kierowana ku Doktorowi. Momentami  odpływa, ale zaraz ponownie zwraca się ku niemu. Co zabawne, bo w sumie wszystko jest tu takie bardzo niedoktorowe – baśniowe, poetyckie, fantastyczne. Ale najważniejsze – to odejście, odejście Clary, jest wyjątkowe, ponieważ nie jest zamknięciem historii, ale jej otwarciem. Czekam na obiecaną zemstę, bo chcę zobaczyć w końcu Doktora, który pamięta te wszystkie osoby, z którymi podróżował. Który nie ucieka. Przynajmniej przez chwilę. Choć odnośnie zemsty, w przypadku samej Alsthird została już ona dokonana. Doktor złamał jej serce.  Tylko te wstrętne, wszechobecne spojlery. Wypowiedź skończona, wracam do moich chusteczek.

Moja ocena: 10/10 łez – 10/10 rozczarowania za spojlery – 10/10 za samotną śmierć. Suma: 10/10 smutku

***

Średnia ocena redakcji: 9/10

Daj na ciastko!

22 thoughts on “Redakcyjne wrażenia – „Zmierz się z krukiem”

  1. Po zapowiedziach Moffata myślałem, że naprawdę będzie jakieś zakręcone to odejście, że się pogubimy w fabule i nie będziemy do końca wiedzieć jak odeszła. A ostatecznie poszli na łatwiznę i Clara po prostu sama przejęła Kruka i koniec. Liczyłem na bardziej zakręcony koniec Clary.

  2. A może jednak Shielder, bo z jakiegoś powodu tak ją właśnie pamiętam, da jej ten drugi chip, który ją w jakiś magiczny wskrzesi? Może ta cała otoczka twórców (nie oglądam zwiastunów, nie czytam spojlerów, a wiedziałem, że Clara umrze już wcześniej), te wywiady i tak dalej, to tylko zasłona dymna, żeby efekt wskrzeszenia był jeszcze mocniejszy?

      1. Miałam to napisać, kiedy mi się aż komp przegrzał, może od rozkminiania ;) W każdym razie niby go zużyła, ale w odcinku tego łotrzyka nie było nigdzie, to ciekawe, gdzie się podziewa. No i sama koncepcja tego chipa była tak… erm… w stylu “never apply logic to who”, że nic nie stoi na przeszkodzie, żeby nam twórcy oświadczyli, że możliwa jest reinstalacja ;) W każdym razie osobiście mam wielką nadzieję, że nie będzie takich numerów ;)

  3. Tak swoją drogą: jeśli oni to zepsują, jeśli Clara jeszcze wróci w jakiejkolwiek innej postaci niż wspomnienie, iluzja dla pomęczenia Doktora itp., to naprawdę będę wyć cienko i żałośnie.

    1. O tak, zgadzam się. Anulowanie śmierci Clary zepsułoby tę scenę, unieważniło ją. Wyglądałoby to śmiesznie, gdyby Moffat stwierdził: “no tak, miała umrzeć, ale rozmyśliłem się”.
      Poza tym nie ma takiej potrzeby, zawsze można wykorzystać, jakże poręczny, motyw echa.

  4. Scena, w której Doctor grozi ujawnieniem i zniszczeniem ulicy jest tak wspaniała. Ciekawe dla kogo pracowała Ashildr, wszystko wskazuje na Władców Czasu ale jeśli tak jest to niech nie oczekują zbyt wielu miłych słów od Doctora.

      1. To było by trochę… słabe. A tutaj potrzeba czegoś naprawdę mocnego, według mnie to właśnie Władcy Czasu są tym czymś.

        UWAGA Mocny spoiler, który może ci zepsuć finał.

        “Powróciwszy na Gallifrey, stanie naprzeciwko Władców Czasu w starciu, które zabierze go ku samemu końcowi czasu. Kim jest Hybryda? I jak brzmi wyznanie Doktora?” to trochę potwierdza to co wcześniej pisałem.

      2. To było by trochę… słabe. A tutaj potrzeba czegoś naprawdę mocnego, według mnie to właśnie Władcy Czasu są tym czymś.

        UWAGA mocny spoiler

        *

        *

        *

        *

        *

        *

        *

        *

        *

        *
        “Powróciwszy na Gallifrey, stanie naprzeciwko Władców Czasu w starciu, które zabierze go ku samemu końcowi czasu. Kim jest Hybryda? I jak brzmi wyznanie Doktora?” to trochę potwierdza to co wcześniej pisałem.

  5. Kiedy pierwszy raz odchodziła Rose – płakałem. Kiedy odchodziła Donna – płakałem. Kiedy Rose odchodziła po raz drugi – płakałem. Kiedy odchodzili Pondowie – płakałem.
    Kiedy odchodziła Clara – przez chwilę mi się zrobiło smutno i to by było na tyle. Scena była przydługawa, nie wiadomo po co rozciągnięta w czasie. Poza tym zabrakło jakiegoś gestu ze strony Doktora. Mógłby ją dotknąć w policzek i powiedzieć “My impossible girl”. Klęknąć nad jej ciałem, zamknąć oczy, podnieść je, cokolwiek…
    Ale nie, było tak po prostu, bez emocji. I takie są dwie ostatnie serie. Brak jest mocnych scen które zapadają w pamięć. Nie ma “Are You My Mommy?”, otwierania TARDIS pstryknięciem palców, rzymskich monologów. Ten Doktor się nie sprawdza :/

    1. To co napisałeś pasuje do 11 Doktora a nie do 12. Żadnych emocji? To ty chyba oglądałeś coś innego skoro nie pamiętasz, że Doktor chciał ujawnić i zniszczyć ulicę Ashildr. Otwieranie TARDIS pstryknięciem palców a po co to komu? Tak się składa, że mi każda scena zapada pamięć.

      1. Oboje macie rację i oboje się trochę mylicie ;)
        Wiadomo, że to nie mogło być coś w stylu poprzednich Doctor’ów, jednak należało się jej coś więcej niż taka bądź co bądź głupia śmierć. W końcu to ona uratowała 11 Doctora wchodząc w jego wir czasu.

      2. I te groźby były akurat dobre. Ale jeśli tak bardzo zależało mu na Clarze to można było pokazać coś więcej niż przytulasek przed śmiercią.

    2. Cholibka, ta zasada sprawdza się jak widać u wielu osób: dajcie coś, co mnie wzruszy do łez – wtedy mnie macie. Kiedyś myślałam, że tylko ja tak mam, a tu w sumie co opinia to jakieś odniesienie do płaczu-niepłaczu, poruszenia-nieporuszenia itp. Więc to chyba jedna z zasad działania fandomu, a przynajmniej jego sporej części: FANDOM DZIAŁA NA WZRUSZ :)

  6. Płakałam, a zdarzyło mi się to ostatnio przy Doomsday, chociaż wtedy to były wręcz spazmy, teraz tylko płacz. Clara była świetna, naprawdę, uwielbiałam ją. Była świetną towarzyszką i znów nie wyobrażam sobie dla niej zastępstwa.

    Ten Doktor w końcu mi się podoba, nie jest Dziesiątym, ale jest świetny, naprawdę.

  7. Chyba też dałabym temu odcinkowi 10/10, zastrzegając jednak, że istnieją takie, które z różnych względów wychodzą u mnie poza skalę. Niemniej to pierwszy od bardzo długiego czasu pojedynczy odcinek (pomijam, że to wstęp do finałowego dubletu), który jest prosty i klasyczny, a zarazem genialny. I porządnie zrealizowany. Nie wiem, czy ktoś prócz mnie odniósł takie wrażenie, ale w ósmej serii przez długi czas miałam wrażenie, że wszystko jest realizowane nieco na odczepnego. Jakby scenariusze były takie sobie, a do tego ze względów technicznych zostały tu i tam, sceny jakieś niedokończone, albo mocno umowne, raczej szkice niż pełnowartościowe opowieści. Dlatego seria 9 tak mnie pozytywnie zaskoczyła: najpierw opowieściami dwuodcinkowymi, które pozwoliły historiom rozkręcić się na całego i nabrać jędrności; a teraz wreszcie historią jednoodcinkową, która mieści się w 45 minutach, ale niczego jej nie brakuje. (Nie, nie twierdzę, że takich nie było, tylko że niewiele ich ostatnio spełniło moje oczekiwania na kilku płaszczyznach na raz.)

    Przyznam się, że unikając spoilerów, nie spodziewałam się, że Clara odejdzie już teraz, spodziewałam się tego raczej w samym finale, dlatego przez pewien czas oglądałam “Face the Raven” zupełnie spokojnie. I w sumie dobrze, bo wiem, że podobał mi się sam z siebie, a nie tylko dlatego, że mną emocjonalnie potrząsnął (choć to też).

    Autorom odcinka udało się sworzyć bardzo fajny klimat pełen nawiązań do motywów już znanych – ale zarazem osadzić te motywy w przekonujący sposób w przedstawianym świecie. Nie tak dawno w “Under the Lake” scenarzyście udało się wywołać u mnie minę “jak Dziesiąty zobaczył Donnę w TARDIS”, tak bardzo naciągane wydało mi się skojarzenie “tego czegoś” z Królem Rybakiem. (Oczywiście może być, że czegoś nie wiem i dlatego tak). Tymczasem tutaj motywy są stare jak świat, a jednak się sprawdzają w nowych formach. Urzekła mnie absolutnie Trap Street: wspomniany już Gaiman, wspomniana już Privet Drive, czy choćby wariacje na temat nieoznaczonych na mapach opuszczonych stacji metra. Cała masa systemów RPG opowiada o światach ukrytych w naszym świecie. Ale odsłona tego starego motywu dla mnie zupełnie nowa i pięknie wpisana w doktorowe uniwersum. Ba – wpisana, a jednocześnie przerwracająca je do góry nogami, bo czy widział ktoś kiedyś Ooda, który pielęgnowałby Cybermena? Cybermena, który kradłby lek dla żony? No więc, ja właśnie zobaczyłam i o to co zobaczyłam czuję się bogatsza.

    Tak samo sprawdził się motyw kruka jako uosobienia śmierci, stary klasyczny motyw, z czasów celtyckich jeszcze, jeśli nie wcześniejszych (bo zakładam, że nie Celtowie pierwsi zauważyli kruki na polach bitwy, korzystające z darmowej wyżerki…). Odziany w nowe szaty kwantowego cienia ten motyw naprawdę robi wrażenie. Do tego tytuł, niezrównany tytuł “Face the Raven”. Wiem, że został przetłumaczony jako “Zmierz się z krukiem”, i że to jak najbardziej prawidłowe tłumaczenie, ale odkąd obejrzałam odcinek, szukam czegoś, co lepiej oddałoby po polsku wszystkie odcienie tego tytułu. Bo “zmierzyć się” kładzie większy nacisk na stanięcie do walki, na porównanie sił, a przecież ze śmiercią wygrać się nie da. W angielskim tytule zawarta jest nie tylko idea stanięcia do walki, ale też stanięcia w obliczu śmierci z podniesionym czołem, spojrzenia jej w oczy bez strachu, przyjęcia jej bez niepotrzebnych – bo bezskutecznych uników. Dlatego bardzo zależało mi, żeby Rigsy (bo sądziłam wtedy jeszcze, że to będzie Rigsy) nie uciekał. Nie dlatego, żeby to coś miało zmienić, ale dlatego, że tak właśnie można umrzeć z godnością. Tylko że biorąc pod uwagę “nowego człowieka”, którego Rigsy zostawił w domu, nie bardzo widziałam go w tej sytuacji. Stawić czoła krukowi i umrzeć? Kiedy jest po co żyć i każda chwila nadziei się liczy?

    No i wyszło na moje, poniekąd, bo okazało się, że jednak Clara.

    Śmierć Clary. W sumie nie jestem pewna, co o tej śmierci sądzić. Tak jak wiele osób po szumnej zapowiedzi Moffata, że będziemy wstrząśnięci, zaskoczeni i zszokowani, spodziewałam się bardziej zakręconego motywu. Najbardziej chyba tego, że Clara już dawno nie żyje, tylko Doktor nie dopuszcza do siebie tej świadomości. I to byłoby naprawdę wstrząsające, zwłaszcza biorąc pod uwagę to, co przeżywał sądząc, że zginęła. Albo ostatecznie, że umrze ratując Doktora od czegoś nieodwracalnego, że zrobi to w taki sposób, że Doktor nie będzie mógł jej zabronić ani się z nią sprzeczać (vide: River przekonująca Dziesiątego, że to ona powinna się poświęcić, bo ona już to wszystko, co ich czeka, przeżyła, a jego śmierć teraz, zanim zdarzy się to dla niego, wszystko to wymaże…). Tymczasem śmierć Clary okazała sie… jak by to dobrze określić? Wypadkiem przy pracy? Skutkiem altruizmu połączonego z brakiem zastanowienia czy pewnego rodzaju zadufaniem w sobie lub lekceważeniem śmierci? Wypadkiem, który w dodatku niczego nie zmienił, na nic nie miał wpływu. I pomyślałam, że to nie jest dobry sposób na odejście. (Tak jak nie jest dobrym sposobem na odejście umrzeć jako pionek w bitwie od wideł jakiegoś chłopa.) Ale to tylko przez chwilę tak mi się podobało. Bo po pierwsze, przypomniałam sobie jak umarł Danny. Normalnie wpadł pod samochód. Sens? Jaki, przepraszam, sens? Przy jego śmierci śmierć Clary była naprawdę piękna i sensowna. Bo Clara zginęła ratując świat. Malutki świat Rigsy’ego, z jego całkiem nowym człowiekiem. I nieważne, że to był jej własny błąd lub lekkomyślność. A potem przyszła refleksja że, ta bezsensowna śmierć Danny’ego też okazała się niespodziewanie sensowna. Dzięki temu, że Clara wymusiła na Doktorze podróż w “zaświaty”, ujawniony został plan Missy. A potem – potem to już Danny, po swojej w pewnym sensie powtórnej śmierci, ten plan storpedował. Bez wielkich pretensju, w końcu nie planował ratować świata tylko Clarę. I jeszcze na koniec naprawił to, co tak go bolało za życia, chociaż nie mógł to być łatwy wybór. Koniec końców ten niezręczny, wiecznie postponowany i okłamywany wuefista wyszedł na bohatera. Po troszę dzieki temu, że zagadał się przez komórkę i jakiś kretyn stuknął go samochodem. W tym kontekście zastanawiam się, czy jeszcze Clarę zobaczymy i czy do jej odejścia dopisany zostanie jakiś epilog.

    Na pewno wielki plus należy się ode mnie temu odcinkowi za psychologię; tak to roboczo nazywam; chodzi o to, czy postacie zachowują się w przybliżeniu tak, jak mogliby zachowywać się prawdziwi ludzie w podobnych okolicznościach, czy też są to papierowe figurki wypełniające tło lub mające coś widzowi pokazać/unaocznić. Clara, która rzuca się w wir przygód, Clara pewna siebie, przekonana o tym, że Doktor może wszystko, a ona przez sam fakt podróżowania z nim też może niemal wszystko – a gdzieś pod spodem Clara, która tak naprawdę nie zależy aż tak bardzo na własnym życiu bo nie bardzo ma dla kogo żyć, Clara, która próbuje zapełnić pustkę i wyrzuty sumienia szaleństwami – taka Clara ma dla mnie sens. Można ją lubić lub nie, może irytować albo budzić współczucie, ale jako postać ma sens. Więc cieszę się, że wreszcie zrozumiałam – ba wręcz odkryłam na nowo – Clarę, zanim odeszła.

    Emocjonalnie to był bardzo nasycony odcinek. Kilka scen poruszyło mnie do głębi mojego fanowsko-babskiego ja. Doktor i mały “nowy człowiek” w łóżeczku. Roztopiło mnie, nic na to nie poradzę. To ten sam mroczny i zimny Dwunasty, który zabrał żebrakowi płaszcz i który wkręcił mechanicznego człowieka w samobójstwo? Niemożliwe… (Możliwe, możliwe… było już u Wikingów, miał to samo…). Doktor tasujący gorączkowo karteczki z podpowiedziami, ale patrzący przy tym na Clarę (na twarzy miał wypisane” “Ty mu powiedz, ja nie dam rady…”). Scena, w której wychodzi na jaw, że to Clara, nie Rigsy, ma tatuaż. Ashildr, naprawdę wstrząśnięta i przerażona. I Doktor. Doktora mi żal. Znowu – który to już raz? – za bardzo przywiązał się do zwykłego człowieka, i znowu za to płaci. Capaldi wreszcie miał co zagrać. W ogóle w tym odcinku Doktor był bardzo mój. Przez całą 8 serię zastanawiałam się, kto to do cholery jest (może oprócz kilku przebłysków), a teraz coraz bardziej widać Doktora.

    Cieszę się, że Clara potrafiła nie uciekać, tylko stanęła przed krukiem z podniesionym czołem. Nie bez strachu, ale kto by się nie bał? To takie małe, nic nie znaczące zwycięstwo w obliczu nieuniknionego. Cieszę się, że Doktor jednak był tam z tyłu, wyszedł za nią mimo wszystko. I cieszę się, że Clara poprosiła Doktora, żeby się nie mścił, bo wiem, że był gotów to zrobić, tak jak stał. Wszystko to było naprawdę poruszające.

    Nie czytam spoilerów i teraz gryzę palce, kto za tym wszystkim stoi. Są oczywiście “zwykli podejrzani” i jeśli to oni, to sprawa może okazać się czysto techniczna (kto kogo). Ale są i ci mniej zwykli, a wtedy może być… powiedzmy, boleśnie. Doktor i zemsta to nie jest recepta na happy end. I zastanawia mnie, jaki zawijas jeszcze ta historia może fiknąć… (I nie, proszę mi nie mówić. Jakoś przeżyję ten tydzień).

  8. Na marginesie (prośba do komentujących), czy dałoby się jakoś lepiej ostrzegać przed spoilerami?
    Bo oko człowieka obejmuje więcej niż jedną linijkę tekstu. Jak widzę coś takiego:

    UWAGA SPOILER!

    Kopernik była kobietą!

    … to mnie nachodzą mordercze instynkty, i wcale nie z powodu Kopernik.

    Jakbyście byli uprzejmi zrobić coś takiego:

    UWAGA SPOILER!

    *

    *

    *

    *

    *

    *

    *

    *

    *

    *

    Kopernik była kobietą!

    … wtedy oko zdąży się zatrzymać, zanim zawiśnie na kluczowym slowie.

    Pięknie proszę…

  9. Cały mój komentarz do tego odcinka można by było streścić w słowie “ok”. Ja nie wierze, że to już koniec mordęgi z Clarą, radosna nowina jeszcze do mnie nie dotarła. Odcinek sam w sobie był w porządku, ale scena pożegnania Clary z Doktorem nie zrobiła na mnie wrażenia. To nie była Rose (za pierwszym razem), za którą płakałam pół godziny, to nie była Donna, której odejścia nie mogłam przeżyć przez wszystkie specjale i całą 5 serię. Clary dla mnie już nie ma. Kropka. Teraz jest czas dla Doktora i wyłącznie dla niego.

  10. ale jeśli ktoś nie chce spojlerów z odcinków, których jeszcze nie widział… to dlaczego wchodzi na recenzję najświeższego odcinka…?

  11. Hmm… W końcu mogę powiedzieć, że odcinek z Dwunastym Doktorem naprawdę mnie zaciekawił. Przypomniały mi się historie z Jedenastym… Sam nie wiem do końca dlaczego.
    Przede wszystkim od momentu regeneracji miałem ten problem, że bardzo podoba mi się kreacja Capaldiego, ale jego historie są przez ósmy i dziewiąty sezon bardzo słabe w porównaniu z poprzednimi. Ok, to już dziewiąty sezon i pomysły mogą się kończyć, ale bez przesady… Dla mnie to marnowanie potencjału Capaldiego co dokładnie udowadnia jego ostatnia kwestia skierowana do Ashildr. Właśnie takiego Doktora chciałbym częściej widzieć. A Clara… Bardzo ją lubiłem na początku, ale z każdym kolejnym odcinkiem jej “cwaniactwo” i oderwanie od rzeczywistości coraz mniej mi się podobało i w sumie jej śmierć mnie satysfakcjonuje, bo udowodniło to, że nie zawsze Doktor może kogoś uratować.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *