Redakcyjne wrażenia – „The Zygon Inversion”

Wrażenia redakcji po odcinku („The Zygon Inversion”).

Sherlockistka: Nareszcie udało mi się nadrobić kilka ostatnich odcinków. Dobrze, że przegapiłam, na przykład, redakcyjne wrażenia z Dziewczyny, która umarła, bo chyba bym musiała zamieścić zapis szlochów i rytmicznego walenia się w czoło ;) Pierwsza część Zygonów też mnie nie zachwyciła, i to do tego stopnia, że chociaż planowałam obejrzeć drugą natychmiast, przysnęłam i po jakże dramatycznym cliff-hangerze po prostu poszłam spać. Zupełnie nie podzielałam zastrzeżeń niektórych komentatorów do moralnej postawy Doktora (ale na ogół ich nie podzielam, zawsze mam wrażenie, że stawia mu się jakieś wymagania kompletnie z Kosmosu – no wiem, niby pasuje, tylko czasem już nie bardzo sobie wyobrażam, jak doskonała musiałaby być doskonałość, która zadowoliłaby tak często oburzających się widzów).

Muszę jednak przyznać, że o ile UNIT zawsze budzi sympatię, bo tradycja, Brygadier, klasyczny Doktor, w sercu jakieś sceny z Czwartym ciąganym do pomocy przy jakichś śmiesznych machinach, bo całkiem dobre nowe postaci – to zasadniczo odcinki typu “ratujmy Ziemię, wstrętni wojskowi chcą oczywiście zabijania, ludzie to najgorsze potwory, ale Doktor im przetłumaczy etc.” należą do moich najmniej ulubionych. Głównie z uwagi na tę schematyczność i natrętny dość i uproszczony dydaktyzm właśnie, od początku wiadomo, co się musi wydarzyć. Ucieszyłam się, że jednak dowiemy się, co tam wyszło z tymi Zygonami (to był mój jedyny problem z odcinkiem jubileuszowym, który kocham bezwzględnie), ale trochę się bałam, że całe dwa odcinki w zasadzie pójdą do kosza.

Tym milsze było moje zaskoczenie, kiedy obejrzałam drugą, która wydaje mi się znacznie lepsza. Przede wszystkim dzięki koncentracji akcji na znajomych, ważnych i rozbudowanych postaciach (najnudniejsze są zawsze powierzchowne ekspozycje, w których usiłuje się wywołać wrażenie, że cokolwiek w Doktorze tak serio dzieje się poza Londynem i poza kilkoma znanymi nam osobami). Bardzo podobała mi się Jenna Coleman w obu rolach, a także to, jak poprowadzono relacje między nią a Bonnie, to akurat w obu odcinkach. Znakomicie udał się na przykład taki drobiazg, że kiedy Clara oddaje dziecko dziwnie zachowującym się rodzicom, po czym odchodzi, chociaż słyszy przerażony płacz chłopca, widz od razu myśli “hej, prawdziwa Clara by się wróciła”. Dom z zaślepionymi drzwiami i oknami, chociaż nie jest może jakimś bardzo nowatorskim pomysłem na zwizualizowanie takiej sytuacji, w jakiej znalazła się Clara,  stwarzał jednak odpowiednio klaustrofobiczne wrażenie, a walka Clary o kontrolę nad Bonnie, wyglądała przekonująco, chociaż może czasem zbyt łatwo jej szło.

Szalenie irytowały mnie natomiast relacje Clary z Doktorem. Chyba nawet Amy nie odchodziła z serialu w takich bólach. Nie dość, że praktycznie w każdym odcinku musimy już mieć motyw “ktoś mówi Doktorowi, że Clara nie żyje, wzruszamy się wraz z nim, ale nie! o radości, iskro bogów, to jeszcze nie w tym odcinku…”, to w dodatku – nie wiem, czy Coleman ma to wpisane w kontrakcie? – ktoś, najlepiej Doktor, tłumaczy nam otwartym tekstem, jak ważną rolę Clara odgrywa. Wizja niewątpliwie była taka, że Clara będzie dla ponurego, cynicznego i momentami nieprzyjaznego Dwunastego kimś takim, jak Rose dla zniszczonego wojną Dziewiątego. Ale ta wizja przejawia się głównie w tym, że tak się o tym mówi. A mówi się często. W jednej z najlepszych scen, w których można to było pokazać, czyli tej, gdy Doktor decyduje się ocalić Ashildr, okazuje się, że jego serce, tak raz a dobrze, odmieniła, tak naprawdę, Donna. Czyjego serca nie odmieniła Donna. Moje na pewno. Potem przyszło BBC i mi je złamało, ale i tak było warto. … czemu właściwie wciąż piszę o tym odcinku, skoro mogłabym pisać o Donnie?

Zdyscyplinuję się jeszcze na moment, żeby wrócić do kwestii rozwiązania konfliktu. Chciałam, naprawdę chciałam czepiać się o to, jak długa była przemowa Doktora i jak, w gruncie rzeczy, przewidywalna, ale Capaldi zagrał to tak wspaniale, że zabrakło mi słów. Strasznie podobało mi się, jak Kate szybko, zdecydowanie, po prostu zamknęła pudełko. Mieszane uczucia wzbudziła we mnie sprawa Bonnie. Doktor bardzo celnie wytyka jej, że nie wie naprawdę, czego chce. Tak celnie, że aż całe jej zachowanie wydaje się trochę bez sensu. Nie mamy żadnego dobrego pojęcia, skąd wzięła się cała rewolucja. Pojawia się frazes o poniżającym traktowaniu, ale co to właściwie znaczy? Bo jeśli Zygoni naprawdę byli traktowani w sposób poniżający, to może jednak należałoby coś z tym zrobić, a nie po prostu przywrócić status quo? To już nie wolno robić rewolucji i walczyć o poprawę własnego losu? Pacyfizm to jedno – ale “musicie cierpliwie znosić wszystko, bo jak nie, to będzie wojna” to nie jest przesadnie ładny szantaż. A jeśli nie byli, jeśli wszystko szło wspaniale aż do momentu, kiedy Bonnie zaczęła mącić, to może wypadałoby jakoś lepiej pokazać, co jej strzeliło do głowy? Czy chodzi tu po prostu o wymóg upodobaniania się do ludzi, niemożności przyjmowania prawdziwej formy? Jeśli tak, to to jest wspaniały, ciekawy temat, ale wymagałby trochę subtelniejszego, bardziej zróżnicowanego poprowadzenia. Co dla Zygona oznacza ciągłe upodabnianie się do kogoś innego? Pokazano nam przykład kogoś, dla kogo konieczność przyjęcia tej właściwej formy oznaczała wielki ból, i to wypadło przejmująco – ale trochę zgrzytem było dla mnie to, że automatycznie taką postać wrzuca się do “dobrych Zygonów”, podczas gdy ci, którzy chcieliby się ujawnić, są chyba “źli”. Myślę, że ten odcinek mógł być jeszcze trochę mądrzejszy, a przekaz mniej płaski. Zasadniczo, kochajmy się, znowu mamy dwie urocze i mądre Osgood. Czyli możemy tak po prostu replikować ludzi – ludzi, Zygonów, osoby – bez końca i bez, jak się wydaje, straty. Jakoś mnie ta koncepcja zabolała.

I serio, czy Doktor musiał ją pytać, czy jest Zygonem co jakieś dziesięć minut odcinka? To już nie pamięta, jak kiedyś zamienił się butami ze swoim duplikatem?

Moja ocena: 7/10

Ginny: Wrażenia Ginny znajdziecie pod tym linkiem.

Moja ocena: 12/10 (Całość historii: 12/10)

K.: Nie wiem, czy jestem w stanie napisać w tej chwili coś sensownego, ale spróbuję. Straszliwie podobała mi się w tym odcinku Clara/Bonnie i w ogóle gra Jenny Coleman w obu rolach była powalająca, zresztą ja od zawsze uważam, że to dobra aktorka jest, tylko nikt się jej nie daje wykazać. I od razu mogę napisać jedyne zastrzeżenie, jakie bym miała do odcinka: szkoda, że postać Clary nie jest faktycznie tak wspaniała, jaką widzi ją Doktor i większość bohaterów. Bo mogłaby być, ale coś gdzieś (chyba w ósmej serii jeszcze, bo w siódmej Clara charakter jako taki jeszcze miała) poszło nie tak. I tu koniec marudzenia, bo odcinek bardzo mi się podobał. Aż nawet nie potrafię chyba wypisać wszystkiego co mi się podobało, skupię się więc głównie na Doktorze. Bo jego wspaniały monolog całkowicie do mnie trafił. Jak rzadko się wzruszam oglądając Doctora lub cokolwiek innego, tak tutaj byłam autentycznie poruszona. Bo faktycznie, mimo całej jego radości życia, mimo ciągłych podróży, mimo ratowania kolejnych światów, mimo odradzania się co jakiś czas dzięki regeneracji, te wspomnienia ciągle tam są. I ta bolesna prawda Doktora, który przecież tak dobrze zna te tajemnicze “konsekwencje” ma moc tak wielką, że aż zmienia sposób myślenia innych. I powiem szczerze: to było jedyne rozwiązanie tej patowej sytuacji, jakie mogę sobie wyobrazić, że Bonnie tak wściekła i marząca o rewolucji odkrywa, że walczyła po złej stronie. Albo raczej, chciała koniecznie walczyć po jakieś stronie, zamiast wybaczyć sobie i innym. Wiecie co? Może to i płytkie, ale rozejrzyjcie się dookoła. Jak wielu ludzi będzie się wpędzać w spiralę bezsensownych oskarżeń, zamiast przyjąć do wiadomość, że wszyscy popełniamy błędy i spróbować wybaczyć sobie nawzajem? Bardzo dużo.

No, ale nie martwcie się, Doktor czuwa. Osgood czuwają. No i jeśli ma się szczęście, gdzieś pod ręką jest taka Clara Oswald, której powinno się posłuchać. Och, bolesne to będzie pożegnanie, zwłaszcza, że kiedy myślę, że Capaldi nie może już grać ani trochę lepiej od znów mnie zaskakuje. Ale czekam na nie z niecierpliwością. Tak jak na kolejny odcinek. A do tego z pewnością jeszcze nieraz będę wracać.

Moja ocena: Capaldi/10 (całość 11/10)

Mytherios: Cóż. Ten odcinek był o wiele lepszy od poprzedniego. Aczkolwiek druga część odcinka z monologiem Dwunastego była lepsza. Uważam, że spokojnie można było zrobić jednoczęściową historię z tych dwóch odcinków. Nie mogę sklecić niczego sensownego, bo jestem pod wrażeniem i pełnym zachwytem Petera Capaldiego. Jego monolog był absolutnie fantastyczny. Zdecydowanie nie mogę się doczekać pewnego odcinka tej serii (spoiler pod zamazanym)

Moja ocena: 8 (za Capaldiego 4 oczka w górę)/10 (całość 5,25/10).

Castigator: O tym odcinku można powiedzieć bardzo wiele. Przede wszystkim odniosę się do złej Clary, bo nie pisałem swoich wrażeń tydzień temu. Ona jest cudowna! Naprawdę Jenna Coleman jest urodzona do grania złych postaci, a ten delikatny uśmieszek jest powalający. Czemu my widzimy to dopiero teraz?! No tak, Moffat. Za tę dwuodcinkową historię powinna dostać jakąś nagrodę, bo to był jej najlepszy odcinek od dłuższego czasu. Ale generalnie trzeba przyznać, że ten odcinek to była rewia dobrze napisanych i świetnie zagranych postaci. Peter Capaldi, który niezmiennie mnie zachwyca, zupełnie inaczej niż David Tennant, ale widać, że on po prostu czuje się Doktorem i czuje się w tej roli/skórze wyśmienicie. I właśnie to sprawia, że gdy mówi, gdy działa, gdy biega, gdy wygłasza długie monologi (tu czuję rękę Moffata), to robi to niepowtarzalnie. I ogląda się go z wielką przyjemnością. Kto dalej? Osgood. Jakże się cieszę, że ona wróciła. Sposób odegrania tej postaci nigdy mnie specjalnie nie porywał, teraz zresztą też uważam, że nie było fajerwerków, ALE… Czuję do niego ogromny sentyment z powodu tego, co jej postać symbolizuję. I to bardzo dobrze, że wróciły obie “wersje”, bo ma to ogromny potencjał. Osgooood! I na koniec Kate Stewart – świetna, niepowtarzalna. Bardzo dobrze, że dba się o to, żeby była podobna do ojca. Zawsze, gdy ją widzę, przypomina mi się Brygadier i nie tylko dlatego, że ma część jego nazwiska (szkoda, że nie całe). Jeśli natomiast chodzi o fabułę to krótko – genialne nawiązanie do mocno zaniedbanego w odcinku rocznicowym wątku Zygonów. Bardzo mi się podobało także rozwiązanie motywu pudełek Osgood, ale już Doktorowy monolog nad nimi jest stanowczo nie w moim stylu. Podsumowując jednak całość odcinek trzyma bardzo wysoki poziom tej serii.

Moja ocena: 9/10

Ocena redakcji: 9.6/10 (całość 9.4/10)

Daj na ciastko!

9 thoughts on “Redakcyjne wrażenia – „The Zygon Inversion”

  1. Mimo ogólnego niesmaku większości do Clary to jest to, jak dla mnie, najinteligentniejsza, najtwardsza i najbardziej ogarnięta towarzyszka w New Who. Ma swój sposób bycia, którego nawet czasami sam nie lubię, ale postać jest tak stworzona, że posiada wszystko czego reszcie brakowało.

    1. Osgood mówi “Never really met” czyli, że nigdy naprawdę nie poznała – spotkała ją może na pięć minut, ale nie miały wtedy czasu chyba nawet dwóch słów zamienić, a co dopiero mówić o lepszym poznaniu.

  2. Z wkurzających rzeczy w tym odcinku: “jesteś człowiekiem, czy zygonem?”.
    No i to by było na tyle.
    Po raz pierwszy od dawna tak dopracowany odcinek. Sceny, które miałbym ochotę jeszcze raz pooglądać, przyjrzeć się im, tworzą prawie cały film. Ilość “smaczków” wystarczyłby na sezon niejednego innego serialu.
    No i to co najlepsze. Capaldi i Coleman mieli świetnie dopracowane i dopasowane do nich role.
    Coleman świetnie sprawdza się gdy pojawiają się jakieś emocje. Smutek/wściekłość/zaciekawienie/radość w zasadzie dowolne. Tu dzięki Zygeli miała prawie wszystko.
    A Capaldi – to po prostu mój Doktor. Od pierwszego odcinka rewelacyjny.
    No i wielkie dzięki dla zespołu Harness/Moffat. Popis Doktora trwa ponad 9 minut. Genialny. Nie zdążył się znudzić. Nie jest pompatyczny, Jest doskonały. Jest świetnie zagrany.
    W skrócie – najlepszy odcinek w tej serii. Z wszystkich przeze mnie oglądanych – ścisła czołówka.

  3. Wiem że to głupie pytanie, ale czy Doctor rzeczywiście ma na imię Basil?
    Jak to mówił wcale nie wyglądało żeby żartował

  4. Odcinek lepszy od poprzedniego. Uważam, że sprawa z tymi pudełkami i ich lokalizacją w Czarnym Archiwum była dosyć przewidywalna (ale może dlatego, że ostatnio jestem przyzwyczajona do dosyć zaskakujących plot twistów). Spodziewałam się więcej po Clarze, mimo, że za nią nie przepadam, wiem, że nie wykorzystano pełnego potencjału tej postaci. Doctor z kolei mnie nie zawiódł, piękny monolog, a Capaldi jest po prostu zachwycający. Nie całkiem trafia też do mnie Osgood. Przejadła mi się już trochę.
    Irytują mnie nieco ciągłe wzmianki o ewentualnej śmierci Clary. Tak, wszyscy już wiemy, że coś jej się stanie. Moim zdaniem można było to przekazać w subtelniejszy sposób.
    No, ale hejtu nie ma, było dobrze.
    Czekam na kolejny odcinek :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *