Redakcyjne wrażenia – “The Timeless Children” (część 1)

Zapraszamy do lektury (przed)ostatnich w tym roku wrażeń z nowego odcinka. Oto nasze gorące opinie na temat Dzieci spoza czasu (“The Timeless Children”).


Seweryn Dąbrowski: WOW. To słowo chyba najlepiej opisuje moje wrażenia po The Timeless Children. Odcinku, który pomimo drobnych potknięć w kwestii tempa i zbyt szybkiego wyjawienia budowanej tajemnicy, całościowo niewątpliwie już zapisał się w historii całego Doctor Who. Paradoksalnie w tym tygodniu nie zamierzam rozpisywać się jakoś szczególnie, gdyż to, co mam do przekazania, można streścić w dwóch zdaniach: Proszę, obejrzyjcie finał 12 serii najszybciej, jak się da. Ten odcinek jest bowiem istnym kamieniem milowym, który nie tylko znacząco porusza wątki z przeszłości i w pewien sposób zmienia „fundamenty”, na jakich do tej pory stał nasz ukochany serial, ale i zostawia otwartą furtkę dla twórców do nawiązywania do tych wydarzeń jeszcze w dalekiej przyszłości.

Czy plan Chrisa Chinalla mi się spodobał? Jasne, i to jeszcze jak. Chociaż spodziewałem się, że to właśnie Doktor jest dzieckiem spoza czasu, to ostateczne wykonanie całości i „zmienianie wszystkiego jednocześnie bez zmieniania wszystkiego” wydaje mi się najlepszym z możliwych posunięć. Powiedzenie, że nie mogę się doczekać, w jaki sposób te nowe informacje zostaną wykorzystane w kolejnych sezonach, to trochę jak niepowiedzenie niczego. W tym miejscu chciałbym ogromnie pochwalić obecnego showrunnera za odwagę, by zrobić coś takiego. Jeśli miałem za to znosić mniejsze lub większe – szeroko pojęte – gorsze momenty podczas dotychczasowej kadencji Trzynastej Doktor, to z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że było warto.

No dobrze, bez większego przedłużania, chciałbym przejść do pochwał dotyczących mniejszych elementów The Timeless Children.

Po pierwsze, O MÓJ DALEKU… To, w jaki sposób Sacha Dhawan zagrał Mistrza, zasługuje na olbrzymie oklaski. Te drobne gesty, ten zmienny ton głosu, to szaleństwo w oczach, ta niejednoznaczność i wreszcie ta nieobliczalność. To, jaki wachlarz umiejętności zaprezentował na ekranie aktor, jest czymś niewiarygodnym. Ponadto jego chemia z Doktor wyszła tak dobrze, że nawet nie mogę opisać tego słowami. W ogóle bardzo mi przypadło do gustu to nienachalne i subtelna przesłanie, że w pewien sposób Doktor dzieli od stania się Mistrzem przysłowiowy „jeden zły dzień” – wątek wciąż poruszany na linii Batman-Joker znajduje tutaj idealne podłoże do takiego porównania.

Po drugie, dodatkowe plusy za zwiększanie stawki i napięcia z każdą kolejną sekundą. Taki przedsmak niepewności, a także narastającego stresu, dostaliśmy już w zeszłotygodniowym Wyniesieniu Cybermenów (“Ascension of the Cybermen”), lecz tutaj jest ono widoczne jeszcze bardziej.

Po trzecie, plan Mistrza był tak absurdalny, przerysowany i przegięty pod absolutnie każdym względem, że z zachwytu prawie spadłem z krzesła. Dla mnie, jako miłośnika samoświadomości i prześmiewania się z tych wszystkich pompatycznych rzeczy, pomysł na Cybermeno-Władców Czasu jest przebłyskiem czystego geniuszu. Poza tym wyglądali oni naprawdę świetnie.

Po czwarte, kojarzycie ten słynny filmik z reakcją Vince’a McMahona (dyrektora generalnego WWE) na komentowane przez niego spotkanie, prawda? Tak właśnie wyglądałem ja podczas oglądania dwudziestosekundowego montażu różnych scen i nawiązań do przygód Doktora z ostatnich 57 lat. Z każdą kolejną znajomą twarzą czy też fragmentem jakiegokolwiek odcinka byłem zachwycony coraz bardziej. Eksplozja mojego fanowskiego serduszka nastąpiła pod sam koniec tej montażowej sklejki, kiedy to oficjalnie potwierdzono, że osiem twarzy widocznych w kultowym już dziś The Brain of Morbius naprawdę należy do Doktor(a). Serio, ten króciutki fragment wziął mnie z takiego zaskoczenia i tak zagrał na moich emocjach, że zachowywałem się niczym małe dziecko i wciąż go sobie w kółko oglądam. Swoją drogą, nawiązanie do jednej z największych dziur fabularnych w całym serialu po niemal 44 latach jest czymś na, co mógł sobie pozwolić tylko Doctor Who.

Podsumowując, jestem zachwycony. Oczywiście, ten odcinek nie był idealny (z rytmu wybiła mnie w szczególności scena, w której Doktor nie chciała wszystkich zabić, jednak kiedy chciał to zrobić Ko Sharmus, to nie miała z tym żadnego problemu), ale za podjęcie próby zrobienia wreszcie czegoś nowego i świeżego twórcom należą się gratulacje. Nie mogę się doczekać tego, jak wszystko potoczy się dalej. Banana na twarzy wywołało również zakończenie będące wprowadzeniem do najprawdopodobniej noworocznego odcinka specjalnego i zapowiedź powrotu obecnych towarzyszy. Och… prawie bym zapomniał. Graham jak zawsze błyszczał, a transformacje TARDIS w dom i drzewo były czystym złotem.

Alternauta: Mieszane uczucia to to, co towarzyszyło mi bezpośrednio podczas oglądania. Jednak z czasem przyszło trochę zrozumienia i pomysł Chibnalla na ten odcinek zaczął mi się bardziej podobać. Nadal mam jednak trochę zastrzeżeń.

Przede wszystkim nie cieszę się, że aż tyle rzeczy z redakcyjnej dyskusji się sprawdziło. Owszem, fajnie wszystko przewidzieć – drogie BBC, nadawałbym się na showrunnera? – lubiłem jednak w poprzednich seriach to, że jednak potrafiły mnie zaskakiwać w większym stopniu. Niemniej szkoda, że to Doktor, a nie Mistrz okazała się dzieckiem spoza czasu. Bardzo podobał mi się motyw, w którym Doktor jest buntownikiem. Przeciętnym przedstawicielem swojej rasy, ale wybitnym dzięki temu, że sprzeciwił się sposobowi działania elit i postanowił żyć inaczej – pokazując, po co wybrał(a) imię Doktor. W tym momencie jednak istnieje ryzyko, że Doktor stanie się naprawdę niemożliwym deus ex machina (jestem świadom, że już postać Doktora jest taką Mary Sue, ale myślę że dało się jak najbardziej to przeżyć – nie bez powodu tyle osób ogląda ten serial).

Jeśli prawdopodobnie nie ma limitu regeneracji, to czemu nie będzie z tego korzystać? W końcu nie umrze. Ponadto zmienia się wydźwięk części scen. Np. czy na Doktor(a) też nałożono limit dwunastu regeneracji? W końcu w Zabijmy Hitlera (“Let’s Kill Hitler”) interfejs potwierdził, że regeneracja jest niemożliwa. A Clara wybłagała dodatkowy cykl regeneracji dla Doktora. Dlatego mam nadzieję, że jakieś ograniczenie jednak zostanie w przyszłości zasugerowane.

Plan Mistrza, by zranić Doktor, był raczej dziwny. Jeśli powiesz komuś, że jest wyjątkowy (kto wie, czy nie w skali uniwersum), to raczej się nie załamie od tego. Nie mówiąc już o zniszczeniu Gallifrey – dużo bardziej pasowałoby to do Mistrza jako dziecka spoza czasu. Kolejny raz wykorzystywany przez Władców Czasu miałby powody, by w zasadzie wybić swoją rasę prawie do końca (poza Władcami Czasu, którzy akurat nie byli na Gallifrey).

A skoro mowa o Gallifrey – w tym sezonie została zniszczona dwa razy, tym razem jeszcze bardziej doszczętnie. Szkoda, bo Moffat nieźle się nakombinował, by przywrócić Gallifrey i Władców Czasu do Whoniversum. Miałem nadzieję, że wreszcie dostaniemy nowego powracającego Władcę Czasu innego niż Mistrz (niech to będzie nawet Generał). No nic, pewnie Gallifrey i Władcy Czasu w jakiejś formie jeszcze kiedyś wrócą. Warto też zauważyć, że Mistrz bardzo ładnie wpisuje się w przepowiednię o Hybrydzie, skoro jest połączeniem Shoboganów i rasy Doktora (jak wszyscy Władcy Czasu). Bardzo to dla mnie sensowne.

Ciekawi mnie też, czy Kobieta z Końca czasu (“The End of Time”), która prosiła Wilfreda, żeby nie mówił o niej Doktorowi, to może być Tecteun? Chyba że Tecteun okaże się Omegą lub Rassilonem (o ile jej istnienie nie zostało faktycznie zapomniane). I zastanawia mnie, czy Mistrz przypadkiem też nie mógł zostać zmanipulowany. Skoro Tecteun mogła majstrować przy Macierzy, to czemu nie ktoś inny? Na przykład Rassilon z zemsty za wyrzucenie z planety w finale 9 serii.

CyberMistrzowie natomiast faktycznie mają mistrzowski projekt – bardzo mi się te zbroje podobały, zwłaszcza te smutne usta tak nietypowe dla Cybermenów. Wprawdzie myślę, że nie byliby aż tak bardzo niepokonani, jak Mistrzowi się wydawało – w końcu jeśli nie było dane komuś dokończyć/zacząć regeneracji, to umierał. Tak jak na przykład Gat. Z kolei Mistrz (już nie Cyber, ale jednak z cyberium) był jak zwykle genialnie zagrany przez Sachę Dhawana. On zdecydowanie kradnie ten odcinek Jodie, która swoją drogą także w końcu dostała możliwość zagrania czegoś więcej niż zazwyczaj. I jeśli naprawdę ktokolwiek miał jeszcze jakiekolwiek wątpliwości – widać, że Jodie Whittaker znalazła się w Doctor Who nieprzypadkowo i nie tylko dzięki znajomości z Chibnallem. Ona po prostu naprawdę dobrze gra. Mam ogromną nadzieję, że Sacha Dhawan wróci w następnej serii (co do tego, że przeżył i być może paru nowych Cybermenów też, nie ma wątpliwości, bo woła, żeby przez coś przechodzili – zapewne portal do ucieczki).

Z tym odcinkiem (i generalnie konkluzją wątku dziecka spoza czasu na ten moment) mam ten problem, że… w zasadzie do rozwoju postaci Doktor czy serialu za wiele nie wnosi. Tak jak powiedziała Ruth: “czy to zmienia cokolwiek w tym, kim jesteś?”. Odpowiedź na tamto pytanie brzmiała – nie. Co sprawia, że poza przywróceniem Doktora i Mistrza jako ostatnich Władców Czasu ten wątek wiele nie zmienia. Mogłoby go nie być, a i tak mielibyśmy sytuację sprzed rozpoczęcia sezonu. Może poza kwestią, że nie będzie już trzeba w udziwniający sposób tłumaczyć, skąd Doktor ma kolejne regeneracje. I owszem, potencjalnie będzie można kiedyś wytłumaczyć, co w ogóle Doktor robiła tam, gdzie znalazła ją Tecteun i przedstawić nam gatunek prawdziwych Władców Czasu (może właśnie w taki sposób wrócą?), o ile nie są np. gatunkiem jednoosobowym, coś w stylu Uxów.

To właśnie dobra rzecz – udało się ponownie podkreślić drugie słowo w tytule serialu. Doctor Who stał się teraz jeszcze bardziej “who”. I to jest fajne, więcej tajemnic. Dobrą stroną tego, co się stało, jest też fakt, że Doktor był(a) i młodą dziewczyną, i rudym facetem, i Azjatą, i czarnoskórym młodzieńcem – po prostu był(a) każdym. Swoją drogą, ogromnie żałuję, że Jo Martin nie została Trzynastą Doktor. Nie odmawiając talentu Jodie Whittaker, to jednak Ruth według mnie w ciągu tych dwóch odcinków miała dużo więcej charyzmy i doktorowatości niż Trzynasta przez większość tych dwóch sezonów.

Nie pasował mi także moment, w którym Ko Sharmus poświęca się, a Doktor na to pozwala, nawet nie próbując dać mu szansy na ucieczkę razem z nią, choćby miała to być nieco naiwna szansa. Bo Doktor jednak generalnie jest pacyfistką i wierzy w życie (choć tym razem miała również bardziej egoistyczne powody, by żyć – trzeba odkryć prawdę o swoim pochodzeniu). 

No i teraz mamy cztery TARDIS. Bardzo mnie ucieszyły działające obwody kameleona. Szkoda tej TARDIS, którą Doktor zostawia jako sosnę – w końcu TARDIS-y to żywe istoty jednak. Ciekawe, czy ktoś ją znajdzie i będą z tego jakieś problemy w przyszłości. TARDIS jako dom, z którego wychodzą towarzysze, to też coś pięknego. Wydaje mi się, że nie wiemy, co Doktor zrobiła z TARDIS Mistrza. Mam nadzieję, że to wszystko nie zostanie zapomniane i jakoś kiedyś będzie wykorzystane. Pozytywnym zaskoczeniem byli też Judooni. Kompletnie się ich nie spodziewałem, a ucieczka z kosmicznego więzienia (o ile zostanie pokazana, a nie tylko opowiedziana), jest dobrym pomysłem na odcinek specjalny.

Podsumowując: obawiałem się, że to będzie dużo gorszy odcinek. Oglądało się całkiem dobrze, mimo że nie był to odcinek idealny. Graham z Yaz także wypadli na plus odcinka. Mają ze sobą dobrą chemię, to widać. Pewnie się powtórzę, ale znowu nie słyszałem muzyki, co jest dla mnie wadą. Był jednak to jednak solidny odcinek. I tym razem druga połowa finału nie była gorsza znacząco od pierwszej. Czekam niecierpliwie na spotkanie z Dalekami.

Blownie: Obiecałem już redakcji dłuższy tekst o tym, co zmienia (a co z dawnych teorii oraz luk fabularnych dopełnia lub potwierdza) wszystko, czego dowiedzieliśmy się na temat Władców Czasu w tym odcinku, więc tutaj nie o tym; tutaj powiem o całej reszcie.

Po pierwsze, Graham i Yaz ponownie w tej serii zabłysnęli. Ich rozmowa na statku Cybermenów bardzo mnie wzruszyła, uświadomiła mi też, że nie mieli dotychczas ze sobą zbyt wielu interakcji i nawet nie wiedziałem, że mi tego brakowało; a także nieco zaniepokoiła, bo byłem przez moment pewien, że pod koniec jedno z nich odda za drugie (i pozostałych) życie. Bardzo się cieszę, że tak się nie stało.

Po drugie, jeszcze mocniej zabłysnął Sacha Dhawan, który był po prostu fenomenalny. O ile pod względem charakteru jest klasycznym Mistrzem, więc ciężko mi rozpatrywać go osobno od poprzedników, o tyle za sam sposób grania postaci może być moim ulubionym, a przynajmniej jednym z ulubionych. Na marginesie, ciekaw jestem, jak ujdzie cało z tej eksplozji – bo zakładam, że jak każdy Mistrz, kiedyś na pewno wróci, bo przecież cały wszechświat wie, że Mistrz jest niezniszczalny. Zakładam, że jakoś mu w tym pomoże cyberium. A jak już przy tym jestem, to hybryda Cybermenów i Władców Czasu była absolutnie genialnym pomysłem na odświeżenie starych wrogów, dziękuję!

Jeśli zaś chodzi o gwóźdź programu, czyli obiecane wielkie kłamstwo Władców Czasu… Tak jak mówiłem, zatrzymam się przy tym temacie na dłużej, ale na razie ciśnie mi się na usta komplement tak ogromny, że aż waham się, czy Chibnall na pewno na niego zasłużył, ale co tam, czuję się hojny: myślę o The Deadly Assassin. Nie tylko dlatego, że padło do tamtego odcinka parę nawiązań, ale chyba przede wszystkim dlatego, że określiłbym The Timeless Children jego ekwiwalentem w nowej serii. Nie pierwszy odcinek o Gallifrey, ale ten, który jest w jakiś sposób przełomowy, który przekazuje nam bardzo wiele nowych informacji i większość z nich stawia Władców Czasu w jeszcze gorszym świetle, niż widzieliśmy ich dotychczas. Do tego intryga z udziałem Doktor, Mistrza, gallifreyańskich ojców założycieli oraz CIA (choć tu nie byli tak nazwani) i podróż do wnętrza Matrycy… Podobieństw jest wiele, włącznie z tym, że oba odcinki zrobiły na mnie duże wrażenie.

Tutaj, szczerze mówiąc, moje oczekiwania nie były zbyt wysokie, a zostałem bardzo pozytywnie, bardzo zaskoczony, dostając Shobogankę-naukowczynię, małą opowiastkę o historycznym rewizjonizmie (nic nowego u Władców Czasu) oraz wskazówkę co do pochodzenia Doktor, która rozwiała część od dawna krążących spekulacji i wątpliwości, a jednocześnie – na szczęście! – nie wyjaśniła tajemnicy do końca, bo przecież tak naprawdę nie wiemy, kim była tamta dziewczynka znaleziona na progu portalu, skąd dokładnie się wzięła i dlaczego. Mam nadzieję, że jeszcze długo się nie dowiemy, bo odrobina tajemnicy jest dobra.

P.S. Czy myślicie, że fałszywe wspomnienie o policjancie nawiązywało do tego kilkukrotnie pojawiającego się w serialu dowcipu, że ktoś bierze Gallifrey za nazwę miasteczka w Irlandii?

Ewelinkja: Och Trzynasta! Moje serca! To był bardzo dobry finał. Bardzo mi się podobał.

Przede wszystkim sama Trzynasta. Na wszystkie regeneracje świata, jakie to było dobre. Te rozterki, wejście w głąb Matrycy. Ona jest cudowna! To, jak ta rola jest zagrana, zadziwia mnie nieustannie. Jestem ogromną fanką Trzynastej Doktor (i jej włosów) i bardzo mi się podoba to, jak reaguje na zdarzenia wokół niej. Uwielbiam jej nadpobudliwość, mowę ciała i rozmowy z samą sobą.

Teraz krótko o planecie o dwóch słońcach. Zobaczyć ponownie Gallifrey było cudownie. Moje serduszka poczuły się jak w domu. Miejsce, w którym kiedyś Doktor został Lordem Prezydentem (w sumie nieraz) i miał do czynienia z Matrycą. Kiedy Mistrz wspomniał o ucieczkach przed Lordem Borusą, wszystko we mnie skoczyło ze szczęścia. To uczucie, że dostaniemy coś nowego, a jednocześnie cała znana nam historia miała miejsce, tylko będziemy patrzeć na nią z nieco innej perspektywy.

Przechodzę zatem do Mistrza. Ja bardzo lubię tę regenerację. Prawdziwa drama queen – nieco przerysowane, przesadne reakcje ogromnie mi pasują do najlepszego wroga Doktor. Jest szalony, inteligentny, interesujący i tajemniczy (i też ma cudowne włosy! To jakaś cecha Władców Czasu chyba?). Jego plan był boski! Taki tradycyjnie-mistrzowo-groteskowy. Ten cały dziwaczny plan był bardzo w stylu Mistrza – taki klasyczny, niestworzony plan mojego ulubionego geniusza zła. Koniecznie muszę dodać, że ci Cyber-Władcy Czasu byli po prostu przepiękni. To wyglądało serio groźnie i myślę, że to całkiem solidny plan jak na kogoś, kto chciał mordować ludzi plastikowymi żonkilami czy produkował mordercze gumowe fotele.

A propos morderczych kwiatków – ten sezon ma sporo ukłonów w stronę klasyków. Zwłaszcza ten finał. Mistrz wspomina Borusę, morderstwo Prezydenta (piękne czasy, kiedy był skwarką z wyłupiastymi ślepiami), dzieciństwo na Gallifrey i Akademię. Widzimy Panoptykon, Matrycę – to wszystko trochę w nowych seriach zapomniane (znaczy, no ok, jak planeta nie istniała, to ciężko pokazać ją w serialu). Chciałabym, żeby wszystkie te smaczki powróciły. Chciałabym jakiegoś wibbly-wobbly, żeby Władcy Czasu powrócili, bo bardzo lubiłam klasyczne odcinki z tymi wszystkimi politycznymi grami, wyniosłością i zwrotami akcji, gdzie Doktor raz jest Prezydentem, a zaraz wytaczają mu proces. No i powrót na stare śmieci mógłby oznaczać powrót ciekawych postaci… Bardzo liczę na Valeyarda albo Rani…

Mówiąc o powrotach, czy w tym przypadku ich braku, liczyłam, że pojawi się w finale Jack. Wiedziałam, że szanse są niewielkie, ale moje serduszka bywają naiwnymi marzycielami. W każdym razie zakończenie daje nadzieję na jego powrót i to bardzo mnie cieszy. Zobaczenie dynamiki między Doktor a Jackiem to jedno z większych moich marzeń… i to od ogłoszenia, że Jodie Whittaker zagra Trzynastą!

Więcej piszę o swoich przemyśleniach niż o samym odcinku, ale to dlatego, że ta historia przywołała wiele wspomnień i emocji z dawnych lat. Samego faktu, że to Doktor jest tym wspominanym dzieckiem spoza czasu, chyba wszyscy się spodziewali. Nie była to jakaś ogromna rewelacja. Myślałam jednak, że Mistrz także był takim dzieckiem, ale to tłumaczenie, że jest wściekły, bo cząstka Doktor(a) żyje w nim, było całkiem niezłe. Podobała mi się podróż przez Matrycę. Doktor walcząca ze sobą, próbująca zrozumieć i uwolnić się. Bardzo lubię takie momenty i miałam z tych scen dużo radości. 

Towarzysze też stanęli na wysokości zadania. Dostaliśmy fajną rozmowę Yaz i Grahama i rzucanie się w wir wydarzeń, by pomóc Doktor. 

Kiedy Doktor postanowiła się poświęcić dla wszechświata, byłam przerażona. Wiedziałam oczywiście, że w jakiś sposób się uratuje, ale zakończenie było satysfakcjonujące, choć smutne.

Zastanawiam się teraz tylko, w jaki sposób Mistrz wyjdzie cało z tej sytuacji. Niby logicznie nie powinien, ale wiemy, że karaluchy mogłyby się od niego uczyć, jak się nie dać wytępić… Poza tym,czuję niedosyt, jeżeli chodzi o oglądanie tej konkretnej inkarnacji, bo zdążyłam już ją bardzo polubić.

Zakończenie… to było coś! Jestem bardzo ciekawa, co się stanie w odcinku specjalnym i bardzo rozbudzili mój apetyt. Nie wiem czemu nikt się jeszcze nie nauczył, że uwięzić Doktora to słaby pomysł. No ale poczekamy, zobaczymy. Bardzo mnie intryguje cała sytuacja. Ciekawi mnie, za które przewinienia Doktor została aktualnie zamknięta. No i powrót Daleków! To jest zawsze coś!

Podsumowując: podobało mi się, jestem usatysfakcjonowana i z nadzieją patrzę w przyszłość (chociaż korci, żeby odpalić TARDIS i pomknąć w czasie do następnego odcinka!).


A jak wam się podobał odcinek The Timeless Children i cały epicki finał 12 serii? Wpadnijcie go omówić Pod kopułą! A na drugą porcję wrażeń zapraszamy w niedzielę.

Daj na ciastko!

One thought on “Redakcyjne wrażenia – “The Timeless Children” (część 1)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *