Redakcyjne wrażenia – „The Haunting of Villa Diodati”

Zapraszamy do lektury naszych wrażeń z odcinka The Haunting of Villa Diodati.


Seweryn Dąbrowski: O. MÓJ. DALEKU! Cóż to był za strasznie dobry odcinek Doctor Who. Mogę nawet z czystym sumieniem rzec, że na równi z Demonami Pendżabu („Demons of the Punjab”) i Łowcami czarownic („The Witchfinders”) to moja ulubiona przygoda Trzynastej Doktor.

Jednak na spokojnie i po kolei. W zeszłym tygodniu czekało mnie pewne rozczarowanie w postaci historii napisanej przez Charlene James oraz Chrisa Chibnalla, bolące mnie tym bardziej, że takie samo uczucie przeżywałem już od roku 2018 trzy razy. Absolutnie bowiem kocham historie, które w mniejszym lub większym stopniu „romansują” z horrorem. Ba, mogę nawet zaryzykować stwierdzenie, że ich znacząca część należy do moich ulubionych z całego serialu. Dlatego kiedy tylko w materiałach promujących nowe odcinki dostajemy chociaż małą sugestię obecności straszniejszych rzeczy, to zawsze jestem tym podekscytowany. Niestety, za każdym razem się zawodziłem. Za każdym razem bolało mnie to też coraz bardziej. W związku z tym po zeszłotygodniowym Czy mnie słyszysz? („Can You Hear Me?”) w ogóle już straciłem nadzieję na dobry epizod utrzymany w gatunku horroru.

Jednak tutaj całe na biało wchodzi The Haunting of Villa Diodati. Maxine Alderton napisała prawdziwy diament i gdyby nie jeden element, to jej praca byłoby w moich oczach prawdziwym arcydziełem oraz z miejsca wskoczyłaby na listę najbardziej ulubionych epizodów z całego serialu. O tym zgrzycie rozpiszę się jednak trochę później. Teraz chcę napisać o zaletach. Przede wszystkim moje serce skradł zamysł na rozgrywania się prawie wszystkich zdarzeń w jednym budynku i czerpanie garściami z klasycznych opowieści o duchach. Co warto zaznaczyć, było to czerpanie pomysłowe i świadome. W każdej kolejnej minucie odhaczano coraz to nowe, charakterystyczne dla gatunku tropy i często w prześmiewczy sposób się nimi bawiono, z ekscytacji cały się trząsłem. Zresztą już sam wątek Cybermana w pewien sposób nawiązuje do slasherowych zamaskowanych zabójców eliminujących po kolei grupki bohaterów. Ta niecała godzina w ogóle była kopalnią odniesień do różnych dzieł popkultury, o których mógłbym chyba mówić godzinami. Kolejnym najbardziej wybijającym się elementem były przecudowne zdjęcia utrzymane w jasnych (czasami wręcz neonowych) barwach fioletu i granatu kontrastujących z czernią. W ogóle od strony technicznej The Haunting of Villa Diodati jest małym dziełem sztuki. Reżyserka Emma Sullivan i operator kamery Mark McQuoid przeszli chyba samych siebie.

Jeśli chodzi o resztę mniejszych rzeczy, to na szczególne pochwalenie zasługuje nakreślenie wszystkich postaci. Oprócz podstawowych bohaterów moje serce skradł grany przez Jacoba Collinsa Levy’iego lord Byron (sceny chowania się ze strachu za Mary Shelley oraz momenty uwodzenia Doktor były czystym złotem). Plusy także za osadzenie wszystkiego w czasach romantyzmu i przemowę Doktor, która spowodowała u mnie autentyczne ciarki. Och… nie mogę też zapomnieć o nawiązaniach dla fanów: niedziałający papier psychiczny, filtr percepcji, wspomnienie córki lorda Byrona (czyli Ady Lovelace, która pojawiła się w drugiej części Spyfall) i nade wszystko nawiązanie do losu Bill Potts z serii 10.

Dla mnie jednak przeogromnym minusem było to, co wiele osób zachwyciło – pojawienie się w The Haunting of Villa Diodati Cybermana i połączenie tego epizodu z dwuczęściowym finałem. Nie zrozumcie mnie źle, to wszystko, co wydarzyło się po ujawnieniu (tego fantastycznie wyglądającego) klasycznego przeciwnika, było naprawdę dobrze napisane oraz stanowiło zgrabny wstęp do finału. Jednak zdecydowanie wolałbym, by dzieło napisane przez scenarzystkę stało na swoich własnych nogach i broniło się jako samodzielna historia bez konieczności posiadania wiedzy o czymkolwiek innym. Pierwsze 25 minut było bowiem moim zdaniem… istnym arcydziełem z perfekcyjnie wyważonymi elementami grozy i tajemnicy i dlatego chciałbym, by wszystko potoczyło się inaczej (ponadto fakt, że to tak naprawdę nie lokaj za wszystko odpowiadał, jest istnym skandalem!). Niezmienna to jednak, że – mówię to zupełnie nieironicznie – te prawie pół godziny podobały mi się bardziej niż 70% serii poprzedniej. Nie żartuję.

Podsumowując, proszę, biegniecie natychmiast oglądać The Haunting of Villa Diodati. Ja jestem po prostu zachwycony tym, jakim powiewem świeżości to wszystko było. Na koniec chciałbym zaznaczyć, że epizod ten posiada jedną z najbardziej pomysłowych scen kończących odcinki w całym serialu (mówię tu zarówno o wierszu czytanym przez lorda Byrona, jak i dosyć mocnej sugestii, że w doktorowym uniwersum mogą istnieć prawdziwe duchy).

Ewelinkja: Och Rassillonku kochaniutki i Ręko Omegi! To było takie dobre… Bardzo dobry odcinek w stylu grozy. Nastrój trzymający w napięciu, świetna sceneria (kto nie kocha nawiedzonych domów?!) i scenariusz trafiający w serduszko każdego fana erpegów (to ciągłe powracanie do tego samego miejsca – klasyka!).

Po pierwsze (wyjątkowo tym razem nie Doktor): Graham. No z każdym odcinkiem coraz bardziej go uwielbiam. Świetnie sobie radzi jako towarzysz i jest nieziemsko uroczy we wszystkim, co robi. Serduszka mi się rozpływają na jego widok! Ze wszystkich towarzyszy to właśnie on pasuje mi najbardziej do Trzynastej Doktor. Ta postać ciągle się rozwija i zmienia, ale ciekawi mnie, czy jako osoba, która wiele straciła, nie pójdzie schematem zatracenia się w świecie Doktor. Przyznam, że mogłoby to być ciekawe. W końcu Graham musi ułożyć sobie nowe życie – bez ukochanej żony. Choć ma przybranego wnuka, to jednak on z całej trójki ma najmniej powodów, by wrócić do normalnego życia. Teraz całym jego życiem są kosmiczne przygody z cudowną Władczynią Czasu.

No i gładko przechodzę do moich zwyczajowych zachwytów Doktor! Och, jaka ona jest wspaniała! Widzieliście jej włosy? W tym odcinku przez jakąś minutę nie były perfekcyjne, a mimo to… nadal były. Serio, ostra konkurencja dla magicznej czupryny Davida Tennanta (przepraszam za takie wstawki, ale Trzynasta Doktor to obecnie mój crush numer jeden). Kiedy zobaczyłam lorda Byrona (o matko, świetnie im wyszedł), to już wiedziałam, że interakcja między nimi będzie elektryzująca. Oj, nie zawiodłam się! No i dostałam to, co lubię najbardziej: Doktor z dylematem. Uwielbiam, kiedy przeżywa konflikt wewnętrzny. Jeszcze strasznie głęboko zapadło mi w pamięć jak Doktor wspomina utratę kogoś (widzowie dokładnie wiedzą, o co chodzi) przez Cybermanów. To mnie tak poruszyło…

A teraz pora na Cybermana – wspaniały, niedokończony… prawdziwy potwór Frankensteina! Wizualnie bardzo mi się podobał. Lubię, kiedy w odcinkach pojawiają się „niekompletni” wrogowie… Szalony Dalek tu, pół-Cyberman tam… Po znanych, szablonowych wrogach wiadomo, czego się spodziewać, a w takim przypadku wszystko jest możliwe – może rzeczywiście zostało w nim współczucie? Może jakieś pozytywne uczucia? Może oszalał, bo posiada cień wspomnień ze swojego życia? O tak, to jest ciekawe! W ostatnim czasie poznajemy w serialu genezę Cybermenów i przez te wszystkie rewelacje są jeszcze straszniejsi. 

Wszyscy bohaterowie The Haunting of Villa Diodati byli ciekawi, dobrze napisani. Wszystko zgrywało się w całość – tutaj romans, tam pogoń za marzeniami, matczyna miłość, poezja i lord Byron będący po prostu lordem Byronem. Spodobała mi się scena tańca. Doktor z Byronem – cudowny duet (po tym spotkaniu jeszcze bardziej czekam na wizytę Jacka w TARDIS). No i doskonałe zakończenie z odrobiną niewiadomego… To były prawdziwe duchy?! Ciekawe, czy dostaniemy wyjaśnienie!

Zatem ogólnie odcinek oceniam wręcz doskonale – dobre zdjęcia, fajny klimat, ciekawy scenariusz i postacie nie były płaskie. Dodatkowo sporo pięknej poezji i dużo doktorowości w Doktor. Z pewnością obejrzę jeszcze wiele razy ten odcinek. 

Blownie: Kiedy wiem, że będę się dopisywać do redakcyjnych wrażeń, to zawsze siadam do oglądania z długopisem i notatnikiem, żebym nie zapomniał, o czym chcę powiedzieć. Dzisiaj pierwszą notatką, którą zrobiłem, było: złamałbym jedną z postawionych na początku zasad i pocałowałbym Byrona. W ogóle przez cały czas nie mogłem przestać myśleć o tym panelu na temat osób queer i Doktora, na którym kiedyś byłem w Cardiff, gdzie James Goss powiedział, że chciałby zobaczyć Byrona w Doctor Who, chociaż prawdopodobnie byłby on najgorszym towarzyszem wszech czasów. Po obejrzeniu tego odcinka podpisuję się pod tym obiema rękami: bardzo chciałbym go zobaczyć jako najgorszego towarzysza wszech czasów. Kolejny punkt w notatniku dotyczył Grahama: znów utwierdziłem się w przekonaniu, że jest moim ulubionym członkiem gromadki Trzynastej. Uwielbiam, kiedy jest sarkastyczny, uwielbiam jego podejście do przeżywanych przygód i jego interakcje zarówno z Doktor, jak i epizodycznymi postaciami (tutaj rozbawiło mnie niezmiernie, kiedy nazywał Polidoriego „Polly”).

Ale do rzeczy: gwoździem programu był przecież bez wątpienia wyczekiwany samotny Cyberman. I nie zawiodłem się! Jego wygląd był znakomity, a fakt, że był taki niedokończony, jeszcze na wpół ludzki, dodawał mu i grozy, i ogromnego ładunku emocjonalnego. Cały wątek został poprowadzony po mistrzowsku; zwłaszcza podczas debaty nad uratowaniem Percy’ego dostałem to, czego mi w wielu miejscach ery Trzynastej brakowało: potężnych dylematów moralnych związanych z byciem podróżnikiem w czasie oraz Doktor i towarzyszy pokazujących silniejsze niż zwykle emocje. A jeszcze wcześniej, kiedy padła aluzja do Bill, też ścisnęło mi serce. Bardzo podobało mi się też to, jak – w sposób odpowiedni dla historii inspirującej powstanie Frankensteina, książki, która jest przecież uznawana jednocześnie za klasykę gotyckiego horroru, ale też protoplastę fantastyki naukowej – odcinek łączył opowieść o duchach z science fiction. Klimatyczny był bardzo, dobre tempo, świetne interakcje między postaciami, nie odczułem tego narracyjnego chaosu, o którym wspominałem ostatnio chyba co tydzień; słowem, jestem zachwycony. Ulubiony jak dotychczas odcinek ery Trzynastej; no, może remisuje z Rosą. Zastanawiam się nawet, czy nie remisuje też ze słuchowiskiem Mary’s Story z Ósmym Doktorem, którego akcja rozgrywa się podczas tego samego wydarzenia, a to jest spory komplement.

Mandalkor: Jeśli ktoś z whovian po obejrzeniu The Haunting of Villa Diodati nie poczuje się zachęcony do obejrzenia całej serii, to już zapewne w ogóle jej nie obejrzy. To był taki dobry odcinek! Tyle smaczków, świetnych tekstów, humoru, grozy i ten wspaniały przekaz oraz miszmasz rzeczywistości z fikcją w idealnych proporcjach. Niewiele jest odcinków historycznych, po których sięgałbym do Wikipedii, aby doczytać więcej, gdyż zazwyczaj wyjaśnione jest tyle, co trzeba wiedzieć. Tutaj miałem niedosyt, ale taki pozytywny. Chciałem wiedzieć więcej, a ja lubię wiedzieć, tak więc i to, co uświadamia mi, że czegoś nie wiem, również.

Przez większość odcinka nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że oglądam adaptację The Chimes of Midnight albo przynajmniej bardzo podobną historię. Czasy się w sumie zgadzają, klimat też, nawet wróg początkowo wydaje się być powiązany z budynkiem. Te dziwne teleportacje (coś jakby pętla przestrzenna?), latające przedmioty, znikające osoby. Brakowało tylko Bożego Narodzenia.

Niestety, powiązania kończą się wraz z pojawieniem się sławetnego samotnego Cybermana. Dostajemy zatem wstęp do finału, czyli podobny zabieg jak w serii trzeciej czy dziewiątej (i do pewnego stopnia dziesiątej), gdzie niby jest to inna historia, ale otwiera nam wątki wielkiego finału. Z jednej strony szkoda, bo liczyłem na odrębną historię, ale nie narzekam. Odcinek nadal bardzo mi się podobał. Tym bardziej, że twórcy nie zapomnieli jak poprzednie wcielenie Doktor straciło swoją ostatnią towarzyszkę, Bill. Rany, aż mi prawie łzy poleciały, gdy Doktor o tym wspomniała, dziękuję! Oczywiście nie jest to jedyne wspomnienie, bo mamy filtr percepcji czy wiele elementów kojarzących mi się z Kodem Szekspira („The Shakespeare Code”). Psychiczna wizytówka pusta przed oczyma pisarzy? Jest. Wiersz, który brzmi jakby był o Doktor, przez co wiąże historyczne dzieło literackie z serialem? Jest. Jest nawet scena z czaszką, która w znajomy sposób spoczywa w ręku lorda Byrona. W ogóle Doktor we wspaniały sposób zbywała jego flirt. Nie ta liga, kolego.

Wspominałem także, że ujęło mnie przesłanie The Haunting of Villa Diodati. W ogóle muszę przyznać, że mam teraz drugą ulubioną przemowę Doktor. To, jak porusza temat (nie)poświęcania jednostki na rzecz milionów, że jej relacja z towarzyszami nie zawsze jest płaska, że czasem to ona stoi na szczycie góry i musi podjąć trudne decyzje, i wreszcie to, że nie zawsze wygrywa. Słychać w tych słowach wszystkie poprzednie znane nam i nieznane przeżycia Doktor. Czuć je nie mniej niż w mojej pierwszej ulubionej (ta o wojnie Dwunastego), to naprawdę w tym serialu kocham.

Odnośnie samego samotnego Cybermana, który pomimo ostrzeżenia kapitana Jacka dostał to, czego chciał, to jest bardzo ciekawym pomysłem. W końcu nie zainstalowano mu (jeszcze?) inhibitora emocji, także człowiek w nim gdzieś tam siedzi. Oszczędził przecież dziecko, czyż nie? Choć nie powiem, z historii wiadomo, że umarło ono trzy lata później, więc faktycznie było słabe i chorowite. Coś czuję, że jednak to nie dlatego tutaj przeżyło. Postać Cybermana pełni według mnie jeszcze jedną funkcję w tym odcinku. Miał to przecież być odcinek o genezie pierwszej powieści science fiction! Czyż nie zainspirował on postaci Frankensteina? W końcu Mary Shelley przyznała, że zrobiony jest z części innych ludzi, ,,ładował się’’ błyskawicą czy choćby szedł koślawym krokiem. Chyba że to bardziej nowo poznane słowo z przyszłości, „zombie”, bardziej się do tego przyczyniło? Pewnie wszystko po trochu.

Genialne ze strony twórców było też wyjaśnienie wszystkich (choć nie do końca!) nadnaturalnych wydarzeń w domu niewidzialnym Percym, tym, że cyberium chciało pozostać w ukryciu. Zawsze nauka! Choć szkoda, że pozostawiono bez odpowiedzi „duchy” Grahama.

Na koniec chciałbym jeszcze dodać, jak bardzo spodobała mi się scena konfrontacji Doktor z Cybermanem. To, jak wydaje mu się, że Doktor jest z tych czasów, a potem okazuje się, że zna jego rasę. Jak broń mu jednak nie działa, choć zapewnia, że jest sprawny. To, jakie napięcie między nimi panuje, jak powoli jest ta rozmowa prowadzona. Ile miejsca na emocje obojga! Pytanie tylko, czy Doktor chciała faktycznie pomóc, co jest w jej stylu, czy w ten sposób badała, czego on chce, co jest jeszcze bardziej w jej stylu?

Konkurs na tekst odcinka wygrał dla mnie w tym tygodniu: „Jesteś odważna, ale twoje odczyty sugerują strach. – Albo, jak ja to nazywam, wtorek” na równi z „Ty idź tędy, a ja…” i ucieczka, no padłem! Poza tym scena z Doktor z hełmem na głowie! Choćby dla niej trzeba obejrzeć ten odcinek. 

Ewa: O cybermamuniu, o dalekoboże, jak mi się podobał ten odcinek! Jakich on miał cudownych bohaterów, od lorda Byrona, Percy’ego i Mary (jeszcze nie) Shelley oraz Johna Polidoriego, przez naszą ulubioną czwórkę wędrowców w czasie i przestrzeni, po niedokończonego i wcale przez to nie mniej strasznego Cybermena. Ileż tam było cudnych nawiązań – Bill, papier psychiczny, filtr percepcji, Ada Lovelace, Duma i uprzedzenie… Jakaż moc poezji, horroru i humoru! Cóż za genialna, emocjonalna mowa Doktor! Jaki wspaniały nowo odkryty punkt stały w czasie, który nie zadziałby się, gdyby Doktor i jej przyjaciele nie pojawili się tam, gdzie się pojawili. Słowem idealny, równiuteńki, perfekcyjny odcinek z całą masą sprytnych i wcale nieoczywistych rozwiązań fabularnych, odpowiedniej wagi dylematem moralnym i idealnie odmierzoną ilością miejsca do snucia fanowskich teorii i dywagacji.

I właśnie na te ostatnie sobie w tej chwili troszkę pozwolę – aby nie powtarzać zachwytów pozostałych osób recenzujących, które oczywiście w pełni podzielam (ze szczególnym uwzględnieniem miłości do lorda Byrona). Numer jeden, dotyczący samego odcinka: duchy. Otóż mam wrażenie, że to nie żadni kosmici, a dodatkowy efekt nałożonego na rezydencję filtru percepcji. W końcu utalentowane literacko i filozoficznie towarzystwo zabawiało się tam opowiadaniem sobie historii o duchach, nic więc dziwnego, że ten motyw również został powołany do życia.

Numer dwa: stroje Doktor. Zauważyliście, że podczas gdy Graham, Ryan i Yaz potrafią się ubrać stosownie do epoki i okazji, Trzynasta ma z tym problemy? Oczywiście można to zrzucić na zwykłą doktorową dezynwolturę w stosunku do ludzkich zwyczajów odzieżowych, równie dobrze może to być kwestia tego, że „dawno nie kupowała kobiecych ubrań” i nadal nie czuje się swobodnie w nowej płci. Tak na marginesie, to przywołany cytat z pierwszego odcinka 11 serii rzuca pewne światło na fanowską teorię dotyczącą spotkanej kilka odcinków drugiej Doktor – która być może jest pierwotnym wcieleniem Doktor, jeszcze sprzed Pierwszego. Czyżby więc nie był to tylko żart, a tak dawno poddana nam wskazówka?

Za trzecie spostrzeżenie wińcie moje shiperskie serduszko. Czy mnie się wydawało, czy też Yaz w rozmowie z panną Clairmont poczyniła wyznanie, że darzy Doktor czymś więcej niż przyjacielskim uczuciem? Jeśli mnie się nie wydaje, to mam nadzieję na równie subtelną kontynuację tematu, bo przy obecnym poziomie społecznej dziwaczności Trzynastej mamy szansę na naprawdę uroczą historię.

A póki co trzymam mocno kciuki za dobry dwuczęściowy finał serii, bo poprzeczka została zawieszona naprawdę wysoko. I troszkę się nie mogę doczekać, by zobaczyć, które zagadki zostały rozwiązane, a na które odpowiedzi musimy poczekać pewnie kolejny rok.


Zapraszamy was do dzielenia się swoimi opiniami na stronie i w grupie Pod kopułą!

Daj na ciastko!

One thought on “Redakcyjne wrażenia – „The Haunting of Villa Diodati”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *