Redakcyjne wrażenia – „Spyfall” (część 1)

Wracamy do tradycji dzielenia się z wami opiniami na gorąco, zaraz po premierze nowego odcinka! Zapraszamy do lektury oraz dzielenia się swoimi wrażeniami w komentarzach albo w grupie Pod kopułą. Oto pierwsza część Spyfall!


Ewelinkja: O Rassilonku kochany! To było coś! Chciałabym napisać coś konstruktywnego, szczegółowo przeanalizować ten świetny doktorowy odcinek, ale… Na Omegę! Od wczoraj krzyczę wewnętrznie i jest to jedno słowo: MISTRZ!! (Pewnie by mu się spodobało ;) ). Tak bardzo brakowało mi tego klimatu. Ten odcinek był bardzo dobry: dużo akcji, mnóstwo smaczków: Doktor w garniturze, pościg na motocyklach, wybuchający samolot… och! Na razie jednak wszystko przyćmiewa pojawienie się nowego Mistrza. Mam wrażenie, że po tym odcinku moje drugie serce odżyło (przez to oczekiwanie i brak informacji dostałam zawału jednego z serc). To była bardzo dobra doktorowa przygoda. Były nawiązania do UNIT i Torchwood, było MI6 i szpiegowski klimat, który bardzo mi się podobał. Wielki plus za muzykę, bo przy pierwszym oglądaniu jestem zazwyczaj tak pochłonięta, że jej nie zauważam, a tutaj, pomimo tego, że o mało nie spadłam z wrażenia z kanapy, to jeszcze słyszałam ścieżkę dźwiękową!

Wracając do Mistrza: urzekł mnie ten klasyczny mistrzowski plan… przejmowanie cudzego ciała, zmniejszenie człowieka, planowanie na wiele lat w przód… Tak charakterystyczny powrót… jak sam powiedział (w innym kontekście, ale tak mi to pasuje)ł: It’s classic. Kocham to. Czuję, że pokocham nowego Mistrza całymi sercami.

Podsumowując moją mało konstruktywną wypowiedź: chcę więcej Doktor, więcej takich emocji i WIĘCEJ MISTRZA!

Przemek: Tego się nie spodziewałem po tej serii! To się nazywa dobry odcinek Doctor Who! To się nazywa otwarcie sezonu Doctor Who!

Zacznę od minusów, bo ich jest najmniej – nie podoba mi się unowocześnianie Doktor. Chodzi mi o telefon. Jakoś tak mi nie pasuje to do tej postaci, w dodatku wie, jak to obsługiwać. I nie podoba mi się też to, że serial ma taki duży kontakt ze współczesnym światem (te samochody, lokalizacje w mieście, jakbym oglądał jakąś operę mydlaną), ale to przyzwyczajenia z ery Moffata, bo on trochę inaczej serial prowadził. Ale nieważne.

Plusy – reszta. Serio. Bardzo doktorowy odcinek, na wysokim poziomie. Cudne efekty specjalnie, piękna – choć spokojna – muzyka, dużo akcji. Cały odcinek trzymał mnie w napięciu. W połowie zacząłem się nawet bać. Kompletnie nie wiedziałem, co się zaraz stanie i czy to na pewno będzie bezpieczne. Wspomnienie o Torchwood, UNIT-cie… Od lat powtarzam, że lubię takie smaczki, bo według mnie trzymają serial w spójności. I oczywiście koniec – majstersztyk. MISTRZ. Nigdy bym się nie spodziewał, że w ogóle Chibnall go przywróci. Po świetnej erze Missy i pięknym zakończeniu 10 serii, po tym, jak Missy zaczęła dostrzegać dobro w świecie i sobie. I tu proszę – powraca Mistrz. Jestem ciekaw, z jakiego okresu on jest. Przed Missy czy po? Jeżeli po, to jak zregenerowała, skoro nie mogła? Czy zrówna się z poziomem Missy? Czy będzie lepiej zagrany od niej? I czy team TARDIS przeżyje? Już się nie mogę doczekać drugiej części!

Styczeń: Wow. Czyste wow. Klimat budowany od początku odcinka, atmosfera, skażenie i przepisanie DNA agentów – ciekawi mnie to, kurna, po co? Po co? Muszę wiedzieć! – i tak, jak zapowiadano: jest strasznie. I MISTRZ. Nie spodziewałem się totalnie, siedziałem w zachwycie nad tym, że w ogóle jest, i nad tym, jak genialnie Sacha Dhawan go odegrał. Sidekick przechodzący w rolę złowrogiego masterminda, ach, przewijałem końcowe sceny z nim parę razy, bo gestykulacja i mimika i ton głosu Dhawana są tak mistrzowsko mistrzowskie, że bardziej się nie da.

No i Trzynasta w garniaku, muszce, na motocyklu. Kolejny obraz, który utkwi mi w głowie na długo.

Brakowało mi tego doktorowego klimatu przez ostatnie miesiące i ten odcinek pozostawił mnie z niedosytem – chcę więcej! Chcę więcej!

Mandalkor: Zawsze mam problem, czy wyrazić swoją opinię tuż po seansie, czy dać opaść emocjom i przemyśleć to, co właśnie widziałem. Moje wrażenia tuż po są zwykle o wiele bardziej pozytywne, więc nie wiem, na ile są one wiarygodne. W przypadku Spyfall wydaje mi się jednak, że nie są one ani trochę przesadzone. I nie zmienią się znacząco z czasem, gdyż był to naprawdę świetny odcinek. MISTRZowski rzekłbym wręcz! Wpasował się bardzo dobrze, zarówno w klimat szpiegowski, jak i w klimat starego, dobrego Doctor Who. Z naciskiem na starego, ale o tym później.

W tym odcinku było dużo takich drobnych momentów, które uważam za MISTRZowskie. Począwszy od przybliżenia nam w taki przyziemny sposób towarzyszy Doktor, poprzez zdziwienie C nad zmianą płci Doktor (Grahama w sumie później też), zachwyt Grahama i Ryana nad szpiegowskimi gadżetami, Doktor ogarniającą smartfona (a to zupełna nowość, mam wrażenie) czy to, jak Ryan obiecuje Yaz, że nie pozwoli jej umrzeć, aż po wyjście drużyny z TARDIS w garniakach na imprezę urodzinową. Małe, a cieszy. Tutaj było to wisienką na torcie zamiast ratunkiem odcinka, jak to czasami było w serii poprzedniej.

Kolejnym MISTRZowskim zagraniem, które bardzo mi się podobało, było to, że mamy do czynienia z zagrożeniem, które jest zupełnie nowe, nawet dla Doktor. Żadnych odczytów na śrubokręcie, możliwość przejścia przez drzwi TARDIS, no i oczywiście przepisanie DNA ofiarom napadów. Z drugiej strony reakcja Doktor na znalezienie się w innym wymiarze(?) sugeruje, że może znać to miejsce. Choć mogła ona dotyczyć bardziej tego, że została odcięta od swoich przyjaciół, których nie ma jak uratować. Muszę jednak, przyznać, że jeśli to drugie przypuszczenie okaże się prawdą, to obawa Doktor jest nieuzasadniona. Graham, Yaz i Ryan nauczyli się bardzo wiele przez ten czas, który z nią spędzili i myślę, że są w stanie zadbać sami o siebie nawzajem. Praca zespołowa rządzi!

Jedyna część mojej opinii, jaka może ulec w przyszłości drobnym zmianom, to kontrola tempa w tym odcinku. Na świeżo wydaje mi się, że była dobra, bardzo filmowa, falująca raz w stronę akcji, raz spokojnych rozmów. Raz humoru, raz dramatu. I oczywiście stale rosnąca, aż do kulminacyjnego momentu. No właśnie. Kulminacyjny moment odcinka był naprawdę MISTRZowski (he, he, dobra, to był ostatni raz). Coś, czego się absolutnie nie spodziewałem, ale tak bardzo potrzebowałem. Ewidentnie Mistrz sprzed Missy (bo wiecie, cztery puknięcia, ale w sumie nigdy nie wiadomo), który jest na dodatek tak bardzo w stylu Classic Who (co zresztą sam przyznaje!). Rozbudowany plan, maskarada (choć bez maski tym razem), złowieszczy śmiech i pomniejszacz. Przepraszam, eliminator kompresji tkanek. I choć to jest naprawdę świetne, że za tym wszystkim stoi znana i lubiana postać, to czy to nie jest aby krok wstecz dla serialu? Sądząc jednak, po opiniach o poprzednim sezonie, to może i dobrze.

Seweryn Dąbrowski: Nie ukrywam, że na serię 12 nie czekałem jakoś wyjątkowo specjalnie. Wynikało to głównie z lekkiego rozczarowania sezonem poprzednim, który, chociaż miał przysłowiowe „momenty”, to w ogólnym rozrachunku wypadł dosyć słabo. O ile jednak w roku 2018 mogłem na pracę twórców z Chrisem Chibnallem na czele przymknąć oczy, tak po powrocie Doctor Who w 2020 oczekiwałem czegoś lepszego. I… zupełnie się nie zawiodłem. Ba, zaryzykuję nawet stwierdzenie, że pierwsza część Spyfall podobała mi się o wiele bardziej niż większość poprzednich przygód Trzynastej Doktor razem wziętych. Jednocześnie czuć było ten specyficzny klimat, tak charakterystyczny dla mojego ukochanego serialu, którego od czasu Zdarzyło się dwa razy (“Twice Upon a Time”) nie zaobserwowałem prawie w ogóle.

Jak sugeruje tytuł odcinka, miał on być utrzymany w klimacie szeroko pojętego kina szpiegowskiego. Kiedy tylko się o tym dowiedziałem kilka tygodni temu, na mojej twarzy od razu pojawił się drobny uśmiech. Od 2005 roku żaden epizod nie był bowiem stricte utrzymany w takowej stylistyce. Jednocześnie taki stan rzeczy jest zgodny z moim stanowiskiem, według którego Doctor Who może być wszystkim tym, czego scenarzyści będą akurat potrzebować, a jedyną przeszkodą jest ich wyobraźnia. Bitwy kosmiczne rodem z Gwiezdnych wojen? Proszę bardzo. Spotkanie z Vincentem van Goghiem? Nie ma problemu. Filozoficzny epos na temat przemijania, śmierci i ulotności chwil mówiony przez jednego aktora? Tylko tutaj. Dlatego spróbowanie teraz czegoś takiego wydawało mi się strzałem w dziesiątkę. Jak zatem wypadło zabranie na warsztat tej tematyki? Bardzo dobrze. Omawiany odcinek podejmował tropy z filmów, chociażby o Jamesie Bondzie czy serii Mission: Impossible i przedstawiał je często w dosyć przewrotny sposób. Szczególny wpływ opowieści z nurtu szpiegowskiego udało mi się wypatrzeć w niektórych dialogach, muzyce i montażu. Doskonale uzupełniały one zresztą fabułę i uwydatniały niektóre sceny.

Teraz chciałbym szybko przejść do innych elementów – kolejność przypadkowa. Po pierwsze, wszyscy bohaterowie zostali wykorzystani w przemyślany sposób, a ich obecność na ekranie było odpowiednio umotywowana. To duży progres względem serii 11. Po drugie, Doktor używała śrubokrętu sonicznego wreszcie w sposób nienachalny. Po trzecie, jak zawsze ucieszyły mnie nawiązania dla starszych fanów – UNIT, Torchwood, TARDIS Mistrza o wyglądzie chatki jednoznacznie kojarząca się barem z finału serii 9, strój Władczyni Czasu z aktu trzeciego będący połączeniem ubrań dwóch poprzednich wcieleń. Po czwarte, super znów zobaczyć sceny przed intrem. Chociaż obecny showrunner powiedział, że będą one pojawiać się od teraz tylko w niektórych odcinkach, to i tak jestem z tego powodu niezmiernie zadowolony.  Po piąte, czemu tak szybko zabito postać agenta C? To mój jedyny zarzut wobec tego odcinka. Stephen Fry jest przecież tak znakomitym aktorem, że to aż grzech tak go potraktować.

Podsumowując, Spyfall podobało mi się przeogromnie. Widać duży postęp w stosunku do poprzednich przygód Trzynastej Doktor. Akcja cały czas pędziła do przodu i nie posiadała żadnych dłużyzn, a te pięćdziesiąt minut zleciało mi niesamowicie szybko. Już nie mogę się doczekać najbliższej niedzieli, kiedy to, mam nadzieję, poznam odpowiedzi na większość pozostawionych pytań. W końcu kim dokładniej są ci kosmici? Jakie są prawdziwe cele Daniela Bartona oraz dlaczego jest człowiekiem tylko w 93%? Gdzie została uwięziona Yaz, a następnie Doktor? I wreszcie, jaki jest plan Mistrza? Jednocześnie, od okrzyku wynikającego z potężnej ekscytacji (powiedzenie, że takiego plot twistu się nie spodziewałem, to trochę jak nie powiedzenie niczego), wciąż zastanawiam się, jak nasz dawny znajomy przeżył. Z jednej strony wprowadzenie wcielenia sprzed tego granego przez Dereka Jacobiego byłoby raczej zbyt konfundujące dla nowych widzów. Z drugiej, kiedy ostatni raz widzieliśmy Missy, ta została pozostawiona umierająca bez możliwości dalszej regeneracji. Najbardziej prawdopodobną wydaje mi się więc teoria, wedle której inkarnacja grana przez Michelle Gomez jakoś przeżyła i ukradła ciało/przyjęła formę O (podobnie jak to miało miejsce w filmie z 1996 roku – w obu przypadkach nie byłyby to powłoki przyjęte za sprawą tradycyjnej regeneracji). Ciekawszym wydaje mi się jednak postawienie innego pytania. Mianowicie dlaczego Mistrz nadal jest zły? W końcu podczas jednej z ostatnich scen w odcinku Upadek Doktora (“The Doctor Falls”) dostaliśmy dość mocną sugestię, że Doktor choć minimalnie zrehabilitował moralnie swoją przyjaciółkę. Czy Missy mogłaby dowiedzieć się o posiadaczce niebieskiej budki czegoś, co ta chciała dotąd ukryć? W końcu jeśli ufać trailerom, w tej serii mamy się dowiedzieć jakiegoś sekretu Doktor. Poza tym, czy to wszystko ma związek z niejakim “Timeless Child” wspomnianym w serii poprzedniej?…

Clever Boy: No nareszcie! Doktor powróciła i to w jakim stylu! Wydaje mi się, że ten odcinek wywołał u mnie więcej emocji niż 11 seria, a to przecież dopiero początek. Bardzo mnie cieszy to, że znów otrzymaliśmy sceny przed czołówką, bardzo mi tego brakowało. Uważam, że początek był całkiem niezły i fajnie było znowu zobaczyć rodzinę Yaz i to, z czym zmagają się nasi bohaterowie w codziennym życiu. Ten odcinek bardzo szybko mi zleciał i wciągnąłem się w jego fabułę. Bardzo intrygują mnie te potwory. Kojarzy mi się to oczywiście z duchami z finału 2 serii, gdy Cybermeni przenikali do naszego wszechświata. To na pewno nie oni, ale możliwe, że to podobna akcja. Trochę wyglądali jak Sylurianie, fajnie byłoby ich znowu zobaczyć. Tylko czemu mieliby chcieć zniszczyć wszechświat?

Sceny na przyjęciu i zmiana strojów była super. W 11 serii towarzysze prawie nigdy się nie przebierali, nawet podróżując w przeszłość, co jest bardzo dziwne. Dobrze, że poruszono tu wątek tego, że Doktor nie opowiada o sobie i tak naprawdę towarzysze wpakowali się w podróż z kimś zupełnie obcym. Dziwne, że wcześniej nie dopytywali o cokolwiek.

Bardzo ciekawi mnie to, co będzie się działo dalej w tej serii. W zwiastunach mieliśmy praktycznie sceny tylko z tego odcinka, więc dużo zostaje tutaj tajemnic. Przy okazji fajnie, że też wymazywali dialogi lub postacie (O!).

Dochodząc do jego postaci – to był wspaniały ruch. Bardzo go polubiłem, więc byłem zaskoczony zdradą, choć gdyby pomyśleć, jest to dość oczywiste. Ale ujawnienia jego tożsamości się nie spodziewałem. Dawno nie krzyczałem tak przed monitorem! To było ekstra! Super, że Mistrz powrócił, chociaż mam wiele pytań i obaw co do tej postaci. Po pierwsze jego dom – czy to była TARDIS? Nie sądziłem, że w TARDIS można zaparkować TARDIS? Czemu statki się nie rozpoznały? O co tutaj biega? Po drugie – czy jest to inkarnacja po Missy? Jeśli tak, to dlaczego chce zrobić krzywdę Doktor, towarzyszom i światu? Szkoda, bo fajnie byłoby zobaczyć znów Mistrza, który staje ramię w ramię z Doktor, a o tym był cały wątek Missy w 10 serii. Czy Missy została wskrzeszona? A może jednak mogła zregenerować? Po trzecie – czy jest to na pewno Mistrz? Nie należy ufać nikomu. Co jeśli to inna postać ze świata Doctor Who? Chciałbym w końcu kogoś zobaczyć, przecież są inni Władcy Czasu, szczególnie, że Gallifrey powróciła. Po czwarte – o co chodziło z ostatnimi słowami do Doktor? Czy chodzi o Władców Czasu? Czy to będzie wątek Timeless Child? Bardzo mnie to zaintrygowało. No i ostatecznie – czy Mistrzowi podoba się Yaz?

Przed drugą częścią Spyfall poprzeczka zawieszona jest dość wysoko. Mam nadzieję, że Chibnallowi udało się stworzyć równie rewelacyjny odcinek. Na takie Doctor Who czekałem.


A jak wam się podobał pierwszy odcinek 12 serii?

Daj na ciastko!

2 thoughts on “Redakcyjne wrażenia – „Spyfall” (część 1)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *