Redakcyjne wrażenia – „Puk, puk”

Gingerstorm: Dobry odcinek. BBC odwaliło bardzo dobrą robotę z podwójną wersją dźwiękową – 3D jest nienachalne, kiedy go nie potrzeba, a jednocześnie w kluczowych momentach daje naprawdę, naprawdę świetny efekt (moment z wszechobecnym pukaniem albo robaczki chodzące po strychu – za to dźwiękowiec powinien dostać solidną premię!). Bill, jak zawsze od początku, zachwyca bystrością, pytaniami, urodą. Doktor, tak nieporadny wśród ludzi, nadopiekuńczy na ten swój przyjemny i uroczy sposób (wiemy, że jest Doktorem, dlatego nie jest creepy. W innym przypadku pewnie byłby creepy), w tym odcinku wyjątkowo zachwycił mnie mimiką. Współlokatorzy Bill – bardzo barwne (hehe) postaci, chcę więcej, byli fajni. Właściciel domu – bardziej wprawny psycholog mógłby się pewnie doszukać tego dziecka odciętego od reszty świata. Podczas drugiego seansu było to pięknie widać. Szalenie dobrze zagrana postać. Podsumowując – solidny odcinek. Idealny do oglądania na wielkim telewizorze i ośmioma głośnikami dookoła. Z rodziną czy dziećmi. Tak.

Sherlockistka: Jestem jedną z tych osób, które niespecjalnie były w stanie skupić się na tym odcinku, ponieważ POIROT – ŁIIII!!! I nie czułam się rozczarowana, David Suchet jest znakomitym (i wbrew pozorom uniwersalnym) aktorem, a w roli – dlaczego nie mamy po polsku słowa “creepy”?! – nieco przerażającego, troszkę oślizgłego i bardzo dziwacznego właściciela domu sprawdził się znakomicie, chociaż i tak nie zdołał ukraść odcinka Doktorowi. Peter Capaldi jest na fali, w moim odbiorze nigdy jeszcze nie był tak charyzmatyczny i nie oglądało się go z taką przyjemnością. Relacje między nim a Bill były, można już chyba zaryzykować, “jak zwykle” cudownie poprowadzone, a i udało się twórcom pokazać nam je od jeszcze innej strony. Bill była rozbrajająca w roli młodej dziewczyny nieco zawstydzonej niestandardowym “dziadkiem”, który może nastrzelać jej obciachu w nowym towarzystwie. Bardzo udane było też pierwsze, subtelne, ale jednak wyraźne nakłucie dotyczące przyszłej regeneracji Doktora. Bójmy się. Zaprawdę, bójmy się, bo będziemy lać takie łzy, że nam się w nich potwory zalęgną, jak w wodzie na Marsie.

Sama intryga odcinka wydała mi się i oryginalna (na ile tylko jeszcze możliwa jest jakakolwiek oryginalność w Doktorze) i pomysłowa. Bardzo podobał mi się szczególnie pomysł z “zarastającymi” drzwiami i okiennicami, to budzi bardzo naturalne przerażenie i poczucie, że naprawdę jesteśmy w pułapce. Znów miałam jednak wątpliwości co do zakończenia, nie byłam jakoś bardzo przekonana, dlaczego właściwie wystarczyło odkryć tajemnicę zamiany ról (swoją drogą: brawo, Bill!, i brawo, scenarzyści, że potrafili znaleźć dla niej naprawdę ważną funkcję w odcinku), żeby nagle szuru-buru-to był błąd-musimy z tym skończyć-happy-end-robale-oddajcie dzieciaki (czy tylko z ostatniego zjedzonego pokolenia? Drodzy studenci z rocznika ’97, nie mamy dobrych wiadomości…). A już właśnie happy end nie podobał mi się, prawdę mówiąc, wybitnie, oczywiście rozumiem, że oglądam Doktora i że kosmici działają troszkę magicznie, niemniej już dość magii było w robalach z kosmosu wchodzących w interakcje z drewnem “na poziomie komórkowym”, a już proces bycia pożartym przez owe robale jednak powinien był chyba być potraktowany jako nieodwracalny. Szczególnie że nikt z nowych towarzyszy Bill nie wydawał się szczególnie interesujący (no dobra, chłopaka z ładnym akcentem zawsze miło posłuchać, ale też bez przesady, mamy już Doktora) i nawet byśmy specjalnie pewnie nie rozpaczali. To zresztą jest kolejny odcinek, w którym do śmierci (czy też do czegoś, co śmiercią nam się w pierwszej chwili wydaje) podchodzi się może zbyt lekko, może za bardzo brakuje w tym jednak jakiegoś choćby minimalnego poziomu dramatyzmu czy odrobiny emocjonalnej reakcji otoczenia. Bohaterowie drugo-trzecio-planowi wkrótce zaczną chodzić oficjalnie w czerwonych koszulach…

Podsumowując, nadal bardzo podoba mi się ten sezon, powoli zaczynam wierzyć, że utrzyma ten poziom i chociaż nie jestem szczególnie usatysfakcjonowana samymi intrygami w poszczególnych odcinkach (brakuje mi trochę jednak więcej sensu w rozwiązaniach i zwłaszcza poważniejszych emocji, no w erze RTD to się jednak dużo bardziej przejmowaliśmy postaciami drugoplanowymi, zwłaszcza, gdy ginęły), to trwa mój miesiąc miodowy z Dwunastym Doktorem i Bill. W minionym tygodniu po raz pierwszy od dawna pomyślałam z niecierpliwością “kiedy wreszcie będzie kolejny odcinek”. W nadchodzącym pewnie pomyślę tak codziennie.

Pegaz: To był taki typowy odcinek. Typowa doktorowa przygoda. Tak, postaci znikały z fabuły w dramatycznych okolicznościach. Jasne, przeciwnicy jak przeciwnicy. Ale odcinek mi się podobał, bo i czemu nie?

Zacznę od tego, że Doktor i Bill się w pewnym momencie rozdzielili. To było fajne, bo każde z nich miało swoją część „przygody” dla siebie, a Doktor dostał szansę integracji z innymi bohaterami. Dobrze się oglądało tego Doktora, który w pierwszych scenach uparcie poluje na niebezpieczeństwo, chociaż Bill bardzo chce się go pozbyć. Dobrze się oglądało Bill, która tłumaczy mu, że chce mieć część swojego życia dla siebie: czekam na takie słowa od towarzyszy. Bohater Davida Sucheta jakoś mnie kupił, chociaż, jak już zasygnalizowałam, nic nowego pod słońcem. Mam słabość do tego typu przeciwników.

Fajne sceny… Niech się śmieje, kto chce, ale pierwsza scena z dużą ilością „robali” solidnie mnie obrzydziła, a to dobrze. Wzruszyła mnie Bill mówiąca do zdjęcia swojej mamy. I wielkie brawa dla coming outu Bill przed Paulem, bo wyszło bardzo naturalnie.

Na koniec parę słów o zakończeniach. Poruszył mnie finał postaci Sucheta (swoją drogą, czułam, że on nie mógł być przemyślany jako Władca Czasu, pal licho, jak go nazwali) i mocno zaintrygowała końcówka całego odcinka. Jestem prawie pewna, że za TYMI drzwiami znajduje się Mistrz (stawiam na inkarnację Johna Simma). Jeśli tak, jak znaczącym byłby fakt, że Doktor wyraźnie dąży do integracji z problematycznym „znajomym”!

Rademede: Typowa przygoda, ale bardzo fajnie się oglądało. W poprzednim sezonie nieco mi takich brakowało. Wspomnienie o regeneracji na samym początku nieco zabolało, mimo że była to bardzo subtelna wzmianka. Odniosłam wrażenie, że Doktor już przeczuwa nadchodzącą przemianę. Bardzo mi się podobało rozdzielenie Bill i Doktora, każde dostało szansę się wykazać wśród innych bohaterów. W ogóle cudowna była reakcja Bill, kiedy odkryła, że Doktor wciąż pałęta się po domu. Dała mu jasno do zrozumienia, że nie chce go wszędzie w swoim życiu i nie powinno go tu być. Miła odmiana po Clarze, którą trzeba było wręcz wyganiać z TARDIS, żeby zajęła się sobą. Wątek głównego „złego” został ciekawie poprowadzony. Końcówka trochę rozczarowała, ot, klasyczny happy end, chociaż z pominięciem poprzednich lokatorów. Było do przewidzenia, że znajomi Bill wrócą do życia, ale myślę, że można to było rozwiązać w ciekawszy sposób.

PaulaEija: Tyle tu wartościowych refleksji, że nie wiem, co mogłabym dodać. Wartościowego pewnie nic, więc dodam swoją skromną i niepopartą rzeczowymi informacjami opinię. Na przykład o tym, że rzeczą, która przyciągnęła moją uwagę w tym odcinku zdecydowanie najbardziej, był kontrast między bardzo czarnymi brwiami pana Suchet (ja wiem, Sucheta, ale nie umiem się z tym pogodzić, więc pojęczę, a korekta wytnie ten nawias, który nadaje długości tej wypowiedzi i podnosi mi samoocenę xD), a jego bardzo białymi włosami. To znaczy, może włosy nie były aż tak białe, ale przy tych brwiach zdecydowanie robiły takie wrażenie. W kontekście kontrastów i relacji matka-syn, to silnie mi się to kojarzy z odcinkiem Doktor tańczy (“The Doctor Dances”), w którym to właśnie odwrotnie (i bardziej tradycyjnie) się okazuje, że to syn nie wiedział, że to jego matka. I w obu przypadkach to ten, który nie wiedział, kto jest kim, był tym bardziej, hmmm, spotworzałym. Za to ten świadomy podejmował złe decyzje. Pytanie, czy to celowa polemika, bo nawiązań w Doktorze do Doktora, jak wiemy, dużo, czy tylko ja nadinterpretuję. I może na tej jednej nadinterpretacji skończę, bo wszystkie zachwyty nad grą aktorską i relacją Bill z Doktorem były (nie wiem, czy wspominałam już, jak bardzo lubię Bill jako postać? Jeśli nie, to wiedzcie, że bardzo), powtarzać ich nie muszę, chociaż może i warto – sam moment, jak Bill bez zawahania praktycznie mówi o Doktorze, że to jej dziadek – czyżby kolejne nawiązanie do Susan? Już o podobieństwie do tych drewnianych ludzi z Doktora, wdowy i starej szafy (“The Doctor, The Widow and the Wardrobe”) nie wspominając. Chyba że ja coś przeoczyłam i to jest w jakiś sposób ta sama rasa. Ale, podsumowując, żeby już zamknąć swoje oderwane od nawet doktorowej rzeczywistości wynurzenia, odcinek był bardzo dobry, klimatyczny i ładnie zrobiony.

Clever Boy: Ja dziś krótko. Kolejny dobry odcinek. Było trochę creepy, trochę niepokoju – świetnie. David Suchet genialny w swojej roli. Bill i jej znajomi byli super, pewnie już ich nie zobaczymy, a szkoda. Kocham Capaldiego, będą bardzo tęsknił. Przy wzmiance o regeneracji od razu naszła mnie myśl – czy Bill jej doczeka? Podoba mi się także to, że towarzyszka poznaje stopniowo Doktora, a (oby) nowi widzowie razem z nią. Szkoda, że wycięli wzmiankę o Harrym Sullivanie – widać, że Harry odnosi się do Doktora, jakby coś już o nim wiedział. Nie podobało mi się to, że wszyscy współlokatorzy przeżyli, to chyba jedyny zarzut, jaki mam do tego odcinka. Kto jest w skrytce? Chciałbym, żeby mnie zaskoczyli, ale obstawiam, że Missy.  

Ewelinkja: Bardzo dobry odcinek. Klasyczna historia, w której Doktor trafia gdzieś przez przypadek i akurat tam coś dziwnego się dzieje. Mimo że sam motyw z młodymi ludźmi zamkniętymi w strasznym domu jest, delikatnie mówiąc, oklepany, to całość jest mimo wszystko świeża i trzyma w napięciu. Nie bałam się na tym odcinku jakoś bardzo, ale to prawdopodobnie przez ogromne podniecenie i ciągłe myślenie, że ten odcinek jest taki dobry. Piękne wnętrza podkreślały klimat i oglądało mi się go po prostu cudownie.

David Suchet był genialny. Jego postać od początku budziła niepokój i ciekawość, ale finał odcinka, w którym widać było, że on nadal jest tym małym, przestraszonym chłopcem w ciele starszego mężczyzny, po prostu mnie zachwycił. Cały jego występ był jak dla mnie doskonały, ale to nic w porównaniu do Capaldiego. Dwunasty Doktor osiągnął absolutny szczyt. Mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że jest moim Doktorem. Kiedy padła ta wzmianka o regeneracji, to ścisnęło mi się serce i łezka zakręciła mi się w oku. Czeka mnie rozpacz jak po Dziesiątym, a Trzynasty będzie mieć na początku przechlapane. ;) Bill jest nadal świetna. Cudowna, niezależna i o wspaniałym sercu.

Też żałuję wycięcia wzmianki o Sullivanie i też odniosłam wrażenie, jakby młody Harry wiedział już coś o Doktorze. To by było świetne nawiązanie, a jak wiemy już doskonale, w uniwersum Doktora wszechświat jest bardzo mały i Doktor ciągle natyka się na kogoś znajomego. Szkoda, że tego nie wykorzystali, bo moim zdaniem to świetny pomysł. Takie powroty do starych towarzyszy czy ich rodzin zawsze są fajne i ciepło się robi na serduchu.

Na koniec: skrytka. Coś mi jednak mówi, że w środku siedzi Missy. Jest pewne, że siedzi tam ktoś, do kogo Doktor się garnie. Ktoś, z kim pragnie kontaktu i do kogo ma słabość. Może to by było zbyt proste, ale ja nie miałabym większych zastrzeżeń do takiego rozwiązania.

Ogólnie odcinek oceniam bardzo dobrze. Był świetny wizualnie, historia była klimatyczna i bardzo w stylu Doktora. Z niecierpliwością czekam na następny.

Ettariely: Muszę niestety przeprosić Capaldiego i Mackie, ale ten odcinek należał do Davida Sucheta, który kolejny raz udowodnił, jak dobrym jest aktorem. Jego postać przerażała w swojej prostocie. Do tego stworzyła cały nastrój odcinka. Zresztą to po prostu Suchet, nazwisko mówi samo za siebie.

Oglądając poprzednie trzy odcinki, nie mogłam się przekonać do Bill. Trochę przypominała mi z charakteru Rose, a nie była to moja ulubiona towarzyszka. Jednak w tym odcinku udowodniła, że nie jest tylko ładną dziewczyną u boku Doktora. Nie będzie w nim zadurzona, nie jest on też jej rycerzem na białym koniu. Są kompanami, którzy razem rozwiązują problemy i potrafią też działać bez siebie. Myślę, że brakowało tego w ostatnich sezonach. Moja wewnętrzna feministka cieszy się, że padło zdanie: “…to jest ta część mojego życia, w której cię nie ma”. Bill wyraźnie postawiła granicę, która już dawno powinna się pojawić.  

Co do samej fabuły odcinka to podoba mi się jej styl. Typowa “doktorowa” zagadka, w której na pomoc w rozwiązaniu przychodzi spostrzegawczość i odwołanie się do człowieczeństwa postaci. Nie ma wymyślnych efektów specjalnych, za to jest stary dom, grupa młodych ludzi, Doktor i tajemniczy właściciel. Po długiej przerwie serial wrócił w dobrym stylu.

Lierre: Ja się tu miałam wcale nie dopisywać, ale chciałabym się oburzyć.

Po pierwsze: oburzam się na stwierdzenie, że Bill wyróżnia się tym, że stawia granicę i jest pierwszą towarzyszką, która mówi Doktorowi, że są sfery jej życia, do których on nie ma dostępu. Pierwsza była Clara i bardzo proszę tego nie pomijać! :) To prawda, że nie dało jej się wygonić z TARDIS, ale jednak była pierwszą towarzyszką, która powiedziała jasno: mam przygody z Doktorem i życie bez Doktora. A że się przeliczyła? To już inna historia. Bill też się na tym przejedzie. W tym miejscu akurat Bill jest do Clary bardzo podobna. Nie sądzę jednak, by po tym, jak pisano Clarę, jakikolwiek przyszły towarzysz tak całkowicie oderwał się od swojego życia. To tak nie może działać i widzowie doskonale to wiedzą.

Po drugie: nikt o tym nie wspomniał, ale mnie straszliwie uwiera kulminacyjna scena tego odcinka. Ja jestem za wszystkimi tymi eutanazjami i świadomym wybieraniem wszelkich aspektów własnego życia, ale mamy tam scenę, w której matka zabija własne dziecko i popełnia samobójstwo – i jest to przedstawione jako happy end, yay, everybody lives, hihi, to co, skoczymy do agenta nieruchomości? Serio? Jakąś dwuznaczność może, jakieś emocje, jakieś ubolewanie, że to musiało się tak skończyć, że życie za życie? Jak mi to zgrzyta! Jedenasty w takiej sytuacji byłby już na skraju angstu. Nie podobało mi się to.

Z innych uwag to mam trzy. Raz: nie wiem, czy mi się w ogóle ta seria aż tak podoba? Za proste są trochę te fabuły. Mówicie: jak za ery Daviesa. Ale to dla mnie nie jest komplement. Super się ogląda, ale nie zapada w pamięć i niewiele mam refleksji. Dwa: doceniam nawiązania do Scooby-Doo, zwłaszcza że TO jest jeden z moich ulubionych obrazków ilustrujących, na czym polega Doctor Who. I trzy: intryguje mnie skrytka. Jest wyraźnie gallifreyańska. W środku siedzi ktoś niebezpieczny/problematyczny (a może… CENNY?), do kogo Doktor żywi ciepłe uczucia. Mówicie: Mistrz. Możliwe, choć rozczaruje mnie to. A może złapali Clarę…? :D

Daj na ciastko!

7 thoughts on “Redakcyjne wrażenia – „Puk, puk”

  1. Lierre… NIE STRASZ :D (Gdyby tam była Clara, to chyba bym sobie zrobiła przerwę od Doktora na jakieś trzy lata :D no dobra, może od tego bieżącego telewizyjnego ;) )

  2. Nie wkleiliście mojej części, to powiem w komentarzach xD

    Studenci w nawiedzonym domu, klasyk… No, ale w Doktorze motyw nie taki znowu ograny, nie mieliśmy porządnego nawiedzonego domu od kiedy, Ghost Light? A nie, przepraszam, było jeszcze Hide, ale nawet i to już jakiś czas temu.
    Wykorzystanie TARDIS do przenoszenia rzeczy – genialne. Mojej współlokatorce by się to przydało, ma tyle gratów, że nie wiem, jak je kiedykolwiek zmieściła do samochodu, który nie był większy w środku… W ogóle, jak co tydzień, będę się ekscytować interakcjami pomiędzy Bill a Doktorem, tym, jak próbowała go zdrowo trzymać od swojego “normalnego” życia (biedna nie wiedząc, że jak się zostaje główną bohaterką, to już się nie będzie miało czasu wolnego od przygód-jak już Lierre zauważyła, Clara też próbowała mieć życie poza Doktorem, i katastrofalnie nie wyszło), tym, jak on nalegał, że nie wygląda wystarczająco staro na dziadka (The Caretaker, anyone?), i tak dalej, i tak dalej (chociaż podobało mi się też to, jak w pewnym momencie się rozdzielili, każde z nich lądując z własnym tymczasowym “towarzyszem”).
    Następnie będę się ekscytować Davidem Suchetem, bo bardzo na niego czekałam (wiecie, całe dzieciństwo spędziłam oglądając jego Poirota), i grał świetnie, z początku dyskretnie acz wyraźnie dziwny i straszny, potem z tą teatralną, wystudiowaną przesadnością złego gościa ze starego filmu (albo małego dziecka – od razu było widać, że nie tylko Eliza się trochę mentalnie zatrzymała w czasie lata temu). I obiecuję, już nie będę narzekać na swojego landlorda, przynajmniej nie nakarmił mną ściany…
    Trochę mniej się będę ekscytować scenariuszem, bo chociaż odcinek mi się podobał (i nawet dostałam wybłagany plot twist, jako taki), to pod koniec troszkę się sypnął, jakoś to wszystko zaczęło brzmieć i wyglądać trochę niezdarnie; no i od początku podbijamy stawkę, lokatorzy padają jak muchy (dzięki Sherlockistce za komentarz o czerwonych koszulkach), a potem nagle, i to jeszcze w przypadku chłopaków tak mimochodem poza kadrem, wszyscy wracają, nieważne – nie lubię takich zabiegów.
    No i znowu zakończyliśmy Tajemniczą Piwnicą Mroku, ech. Jak ktoś nie wierzy, że w środku jest Master/Missy, przyjmuję zakłady.
    P.S.Chcę całą garderobę Bill. Koszulka z frytkami!
    P.P.S.Ktoś poza mną też był w ciężkim szoku, że centralnym punktem fabuły (albo co najmniej kulminacyjnej sceny) nie było “soniczny śrubokręt nie działa na drewno”? (;

    1. Ja! Ja byłam! W ciężkim szoku znaczy się w kwestii braku kwestii śrubokrętu niedziałającego na drewno. MIałam o tym napisać, ale mi się zapomiało :D Byłam strasznie zdziwiona, że odmówili sobie tak narzucającego się nawiązania :D

    2. Omg, tak, pamiętam, że jak zaczęło wszystko skrzypieć, pomyślałam “no tak, śrubokręt…”. A potem nic! Zrobiło to na mnie właśnie ogromne wrażenie. :D

  3. Również jestem przekonany, że za drzwiami jest Mistrz. Mam nadzieję, że mnie zaskoczą i będzie tam ktoś inny ale po reakcji na pianinie trudno mi sobie to wyobrazić.
    Kiedy Danny myślał, że Doktor jest ojcem Clary ten się spierał, że wygląda na ten sam wiek co Clara, pewnie teraz mu się zatęskniło za Dannym jak Bill z niego dziadka zrobiła :P

  4. Artykuł akurat w sam raz, bo obejrzałam przed chwilą odcinek :)

    Dzisiaj miałam ciekawy dzień, bo w tv oglądałam odcinki : z 11-stym grającym w piłkę nożną i jak zamykali 11-stego w Pandorice no i… na komputerze “Knock, knock”

    Co do odcinka : nie mam się do czego przyczepić (do Doktora też nie), dla mnie był przepiękny, nawet wreszcie płakałam i przypomniała mi się era RTD. Oby tak dalej, a rozkręcają się z odcinka na odcinek (i mam wrażenie, że Dwunasty Doktor również, tylko czemu jest taki rozkręcony dopiero w ostatnim swoim sezonie ? ;P
    A teraz na co zwróciłam w odcinku uwagę :
    – Uwielbiam motyw starego, tajemniczego domu :P
    – Wreszcie dostałam odpowiedź jak to jest ze spaniem u Władców Czasu :P : śpią tylko po regeneracji (skąd to znamy ? ;P ) lub po zbyt obfitym obiedzie.
    – Reakcja Doktora na hasło “regeneracja” – zamyślił się. Spotkałam się z teorią, że zaczął przygotowywać towarzyszkę na swoją regenerację, ale ja się z tym nie zgadzam. Z tym uświadamianiem to przesada, bo Doktor tylko odpowiedział na pytanie Bill o spanie. Choć z drugiej strony… ta zamyślona mina na hasło “regeneracja”… Może Doktor już ją przeczuwał ? Może będzie wcześniej niż zwykle ? Może to po prostu sugestia do oglądających odcinek, którzy nie wiedzą o odejściu Petera z serialu ? Ja z jednej strony ekscytuję się tym, bo niemal na żywo się dowiem, po raz pierwszy w życiu, kto następny będzie grał Doktora i dotarło do mnie, że dowiem się tego albo z odcinka, w którym pojawi się 13-sty Doktor, albo przeczytam wcześniej, bo nie będę się mogła doczekać. Z drugiej strony obawiam się, bo regeneracja wiąże się z tym, że twórcy serialu będą męczyli Doktora na punkcie czego miewam z początku traumę, ale to pamiętne momenty serialu. I pierwszy raz w życiu będę przechodzić jak wielu żałobę po Dwunastym i przyzwyczajanie się do Trzynastego.
    – Mariah Gale jako Eliza. Ciekawe, że zagrała już gdzie indziej i z aktorem grającym wtedy Doktora – z Davidem Tennantem w “Hamlecie” BBC – ona Ofelię, on Hamleta :P
    – Utwierdzam się w przekonaniu, że w skrytce jest Missy :P Dlaczego ?
    Ta osoba nie grała “Dla Elizy” przypadkiem. Ten ktoś wiedział o tym, jaką przygodę miał Doktor, zanim on tej osobie o tym powiedział, czyli ta osoba miała psychiczne połączenie z Doktorem, a kto tego nie ma tak silnego jak Władcy Czasu między sobą ? :P
    No i ta zmiana melodii z “Dla Elizy” na pewną znaną melodyjkę, której tytułu nie znam, będąca reakcją na słowa Doktora. To mi przypomina styl Missy :P

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *