Redakcyjne wrażenia – „Praxeus”

Gorące wrażenia z odcinka Praxeus.


Ewa: Jak mi się podobał ten odcinek! Nie wiem, czy nie najbardziej od początku 12 serii. Ważny problem – pięknie zarysowany w momencie, gdy bohaterki docierają do najpiękniejszej rzeki w Peru, która na skutek zanieczyszczenia plastikiem zmieniła się w obrzydliwe śmietnisko. Mnóstwo nawiązań – nie tylko do poprzednich serii (Autoni!), ale też do klasyki filmowej – wszak ptaki straszą nas już od czasów Hitchcocka – oraz poruszających współczesnych wydarzeń. Czy tylko mnie przyszło do głowy to straszne laboratorium w Hamburgu, w którym okrutnie eksperymentowano na zwierzętach – choć od lat wiemy, że jeżeli coś działa na zwierzęta, to niekoniecznie zadziała na ludzi?

Bardzo fajna Yaz – oglądając ją w tym odcinku, uświadomiłam sobie, jak bardzo brakowało mi takiej towarzyszki/przyjaciółki, brawurowej, zbyt łatwo narażającej się na niebezpieczeństwo, która swoimi działaniami popycha akcję do przodu. I urocza para bohaterów odcinka – ekspolicjant i astronauta, którzy na skutek kosmicznych eksperymentów przechodzą nietypową terapię małżeńską. Na dodatek wszystko dobrze się kończy – Doktor ratuje nie tylko świat, ale i ekspolicjanta, któremu zaczęliśmy już kibicować, robi to odpowiednio widowiskowo i oczywiście w ostatniej chwili.

Do tego jak zwykle świetna muzyka, zdjęcia, szczypta humoru (Graham patrzący na mapę odwróconą do góry nogami był bezbłędny), odrobina grozy, zachwyty nauką i wirus, którego ofiary wybuchają, jak w starych dobrych Scannersach. Dziękuję i proszę o więcej.

pocałunek dwóch mężczyzn w Praxeus

Seweryn Dąbrowski: Puzzle. Właśnie takim słowem opisałbym znaczącą większość odcinka napisanego przez Pete’a McTighe’a (scenarzystę Kerblam!) i Chrisa Chibnalla. Pierwsze trzydzieści pięć minut Praxeusa było bowiem dość interesującym zbiorem różnych – wyrwanych z kontekstu – scen, które dopiero z każdą kolejną minutą zaczynały się ze sobą łączyć, aby finalnie uformować większy obraz całości. Sam epizod był… OK. To taka solidna doktorowa historia dokładnie wymierzona od przysłowiowej „linijki”, z odpowiednio skalkulowaną mieszanką akcji, humoru, grozy oraz przesłania. Z jednej strony przyjemna do oglądania, ale z drugiej taka, o której za kilka miesięcy nawet nie będę pamiętać. Nie zmienia to jednak faktu, że po prostu dobrze się na niej bawiłem i doceniam starania twórców nad ciągłym doskonaleniem tworzonych odcinków, a także poprawą ich jakości.

Bardzo spodobało mi się niespieszne tempo całokształtu dobrze korespondujące z surowymi zdjęciami i, jak zawsze, wyborną muzyką Seguna Akinoli. Na pochwałę zasługuje również klamra kompozycyjna w postaci monologu Doktor i łączące się nim (nienachalne oraz pomysłowe) przesłanie dotyczące realnego problemu naszych czasów. Za to ciepło na moim fanowskim serduszku znów spowodował Graham – jego rozmowa z Jakiem podczas zachodu słońca była rozczulająca. Zdecydowanie nie zasługujemy na takiego towarzysza! Jedyne, do czego mógłbym się przyczepić to trochę zbytnia odwaga Yaz i irracjonalne w tym przypadku zachowanie Władczyni Czasu. Rozumiem, że ten wątek pchał fabułę do przodu, jednakowoż można go było rozwiązać w trochę inny sposób. Pisnąłem z zachwytu także nad wspomnieniem Autonów, znanych chociażby z pierwszej przygody Dziewiątego Doktora, czyli Rose oraz ponownym pojawieniem się masek przeciwgazowych przywołujących na myśl Dziecko bez wnętrza/Doktor tańczy („The Empty Child”/„The Doctor Dances”).

Podsumowując, Praxeus nie był ani wybitnie zły, ani niezwykle dobry. Ot, kolejny wykonany z „rzemieślniczą” dokładnością epizod Doctor Who, który może nie zapiszę się w historii serialu, ale stanowi bardzo dobry przykład tak zwanych „sezonowych zapychaczy” bez większych ambicji umilających wolne chwile.

Blownie: Praxeus to był dobry odcinek. Nie wybitny, ale tym razem obyło się bez zgrzytów, które przeszkadzały mi poprzednio. W skrócie powiedziałbym, że Praxeus udało się to, co nie wyszło Sierocie 55 („Orphan 55”). Bo znowu mamy Ziemię i aktualny problem, prawie ten sam – degradacja środowiska – ale podejście do tematu jest zupełnie inne. Po pierwsze, został on przedstawiony o wiele bardziej wprost. „Kryzys klimatyczny, prowadząc do napięć politycznych, spowoduje w końcu wojnę atomową, w wyniku której ludzkość zmutuje w potwory” nie całkiem zadziałało na mnie jako przestroga, bo finalne konsekwencje były zbyt odrealnione; dezintegracja i kosmiczne bakterie też nie wydają się realne, oczywiście, ale był to tylko mały krok w bok od wizji ciężkiego zatrucia plastikiem, czego chyba powinniśmy zacząć się bać. Z drugiej strony, wprowadzenie zewnętrznego wroga dało Doktor przyzwolenie na uratowanie świata i szansę na uchwycenie balansu pomiędzy realizmem a fantastyką. Miło było chyba dla odmiany usłyszeć, że nie jesteśmy całkowicie winni wszystkiemu, co nas spotyka, chociaż jednocześnie Doktor nie rozwiąże za nas tych problemów, które pozostaną, gdy odejdą kosmici; w całości tego odcinka pobrzmiewała ta mieszanka niepokoju i nadziei, która jest tak charakterystyczna dla Doctor Who, i to mi się podobało. Cieszę się też, że nie było pouczającej przemowy na koniec i że Doktor zdołała uratować osobę, która poświęca się i zostaje z tyłu – kolejne dwa aspekty, w których odnotowuję poprawę względem Orphan 55.

A jeśli mam się czegoś przyczepić, to dwie drobne rzeczy. Pierwsza uwaga do scenarzystów, i co zabawne, pamiętam, że napisałem to już w połowie poprzedniej serii: przestaliśmy słyszeć o niepełnosprawności Ryana. I z jednej strony fajnie jest mieć niepełnosprawną postać, której rola w fabule nie sprowadza się do wywoływania smutku i litości, ale z drugiej strony, taka reprezentacja, o której można zapomnieć albo mrugnąć i przeoczyć, to trochę pójście po linii najmniejszego oporu. Druga uwaga, już nie z meta perspektywy, do Yaz: teleportowanie się tam, skąd przyszli kosmici noszący na Ziemi maski gazowe, brzmi jak naprawdę zły pomysł; miałaś naprawdę ogromne szczęście, że tam, gdzie się znalazłaś, mogłaś oddychać.

wnętrze tardis w praxeus

Clever Boy: Odcinek mi się podobał. Cieszę się, że na chwilę odpoczywamy od motywu przewodniego i zagadki i mogliśmy wybrać się na kolejną przygodę. Podobały mi się bardzo ujęcia. Super, że nasz kochany serial uświadamia ludzi odnośnie ważnych problemów, tym razem było to zrobione o wiele lepiej niż w Sierocie 55. I bardzo mi się ten przekaz podobał, może w końcu ludzie choć na sekundkę się zastanowią. 

Bardzo podobały mi się postacie poboczne i moim zdaniem były o niebo lepiej przedstawione niż te z Sieroty 55. Graham ponownie skradł serial i będę powtarzał ciągle, że to mój ulubiony towarzysz z całej trójki i liczę, że zostanie jak najdłużej w serialu. A nawet jak odejdzie, to że czasem wróci gościnnie (brakuje mi takich powrotów wśród towarzyszy!). 

Każdy z nich doskonale sobie radzi i na swój sposób już nie potrzebują Doktor. Bardzo uderzyła mnie chęć działania u Yaz. To było bardzo nierozsądne, ryzykowne jak za czasów Clary w 9 serii. Sam nie wiem, co o tym myśleć. 

Są jednak pewne nieścisłości, przeoczenia, które kłują po oczach. Po pierwsze – w jaki sposób Adam wysłał smsa? Po drugie – chłopak na plaży został pozostawiony sam sobie i zginął, a nikt nawet o nim nie wspomniał… Po trzecie – nie wierzę, że ptaki nikogo nie drasnęły, gdy uciekali z laboratorium do TARDIS, to jest naprawdę niemożliwe!

Na tym odcinku bardzo dobrze się bawiłem. Była zagadka, ciekawe zagrożenie, trochę bałem się o postacie, no i się uśmiałem. Za tydzień być może będzie znowu strasznie! Trzymam za to kciuki. 

trzynasta uśmiecha się w praxeus

Lierre: Byłam bardzo ciekawa, co dostaniemy od autora niefortunnego Kerblam! i od kiedy dowiedziałam się, że ma być to odcinek o tematyce ekologicznej, czekałam na niego z niepokojem. Praxeus okazał się może trochę gorzej zrobiony niż Kerblam!, ale w odróżnieniu od niego całkiem dobrze poradził sobie z tematem. Chociaż tyle.

Czy Praxeus mi się podobał? Nie potrafię jeszcze stwierdzić. Pozostawił mnie z poczuciem chaosu, który być może był celowy, ale nie jestem pewna, czy potrzebny. W zadziwiający sposób zdołał w tym samym czasie pokazać mi zbyt wielu bohaterów i pusty świat – poza nimi i kosmitami nie było widać zbyt wielu osób, co dziwiło mnie szczególnie w Hong Kongu. Bardzo doceniam wątek astronauty i policjanta – zaspoilerowałam sobie przed oglądaniem, że przeżyją i to mnie bardzo dobrze nastroiło do tej historii, bo mam już serdecznie dość martwych partnerów i małżonków. Dorobiliśmy się też nie wiem czy nie pierwszego consensualnego gejowskiego pocałunku, co jest rewelacyjne, szkoda że tak późno… Inne postacie odcinka na tle tych dwóch panów wypadły trochę blado. Podobnie jak w często pojawiającej się w wypowiedziach przedmówców Sierocie 55 miałam i mam poczucie, że bohaterów było za dużo – główna czwórka, dwóch panów, dziewczyna z Brazylii i jeszcze dwójka na Madagaskarze. To jest za dużo na odcinek, w którym jeszcze skaczemy po świecie… Każdy miał swój moment, ale ginęły one trochę na tle całości. Wolałabym mniej postaci, lepsze rozwijanie postaci i jakiś powrót co jakiś czas – niekoniecznie byłej towarzyszki, ale… Doktor ma naprawdę dużo znajomych na Ziemi. Czemu tak rzadko ich widzimy?

Cieszę się jednak, że dostaliśmy kolejny proekologiczny odcinek. I ja rozumiem trochę, dlaczego część widzów kręci nosem na te bardzo konkretne przekazy (choć też zastanawiam się – państwo tu nowi? Pooglądajcie Trzeciego…), ja jednak jestem za nie wdzięczna – ten serial zawsze miał misję i teraz do niej wraca, mam nadzieję, że na epoce Chibnalla wychowują się właśnie dzieci, które kiedyś to wszystko będzie obchodzić. To w końcu dla nich jest pisane i uważam to za bardzo cenne.


A jak wam się podobał Praxeus?

Daj na ciastko!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *