Redakcyjne wrażenia – “Postanowienie noworoczne”

Pierwsze, ostatnie i jedyne redakcyjne wrażenia w tym roku. Jak naszej redakcji podobał się odcinek Postanowienie noworoczne (“Resolution”)?

Seweryn Dąbrowski: Stało się. Mamy rok 2019. Z jednej strony, nie tak dawno temu zakończyła się 11 seria, a z drugiej chyba każdy fan Doctor Who nerwowo ściskał kciuki, aby noworoczny odcinek specjalny był wyjątkowy. Pomimo początkowych obaw z ulgą mogę jednak stwierdzić, że Postanowienie noworoczne to naprawdę dobry kawałek (przysłowiowego) rzemiosła. W przyjętej konwencji grało tam niemal wszystko. Począwszy od fantastycznego otwarcia w postaci zwizualizowanej legendy płynnie przechodzącej do teraźniejszości, poprzez fajnie napisanych bohaterów, a na powrocie naszego dawnego znajomego kończąc. Jednakowoż na spokojnie i od początku…

Moja opinia na temat głównych protagonistów jest prawie taka sama jak w poprzednich tygodniach. Doktor była fantastyczna i nie mam jej nic do zarzucenia. W postępowaniu Władczyni Czasu został zachowany odpowiedni balans pomiędzy elementami humorystycznymi (sceny z początku epizodu) a powagą (konfrontacja z Dalekiem i przypomnienie sobie o wszystkim, przez co musiała przejść w ciągu ostatnich setek lat). Graham – mój ulubiony towarzysz od czasu wznowienia serialu w 2005 roku – może nie miał tutaj znaczącej roli, ale chociaż dla tych kilku scen z jego udziałem (rozmowa z Aaronem będąca prawdziwą bombą emocjonalną, scena z krzesłem, moment zamykania drzwi i lekkiego zakłopotania, wymiana zdań z Ryanem w przedpokoju!) warto było poświęcić te sześćdziesiąt minut. Jedyną uwagę mogę posłać tylko w kierunku Yaz, która znów wydawała się mocno zbędna. Wielka szkoda. Ciekawie natomiast wypadli bohaterowie drugoplanowi i nie miałem żadnych trudności z natychmiastowym polubieniem Lin oraz Mitcha.

Celowo nie wspomniałem o Ryanie, ponieważ nie sposób o nim mówić bez chociaż drobnego odniesienia się do kontrowersyjnego i różniącego fandom wątku jego ojca. Ja usytuowuje siebie gdzie pośrodku skali i widzę w tym pomyślę zarówno masę kreatywnych, jak i absolutnie okropnych dróg, w których całość może podążyć. W samym Resolution Aaron wypadł po prostu poprawnie. Tym, co jednak zdecydowanie się twórcom udało, była sama postać grana przez Tosina Cole’a. W działaniach/emocjach wnuka Grace wreszcie widziałem prawdziwego człowieka z krwi i kości, a nie kogoś robiącego sztuczny tłum. Jako że chcę mieć narzekanie już za sobą, to tylko pokrótce wspomnę o największym zgrzycie tego odcinka, czyli momencie przebaczenia przez Ryana jego rodzicowi w finale. Nie zrozumcie mnie źle. Wiem, co Chris Chibnall chciał w ten sposób osiągnąć, ale było to dosyć… zawodzące? O wiele lepszym wyjściem mogłoby być na przykład połowiczne pojednanie na płaszczyźnie ojciec-syn.

Jednak punktem budzącym najwięcej emocji był niewątpliwie zapowiadany powrót najstarszego wroga Doktor(a). „Powrót” z powodu, którego jestem bardzo zadowolony. Ostatnie osiem lat było bowiem dla Daleków dość niewdzięcznym okresem. W zasadzie poza dosyć niebanalną Podróżą do wnętrza Daleka (“Into the Dalek”) oraz kompletnie żenującym Zwycięstwem Daleków (“The Victory of the Daleks”), to żadna historia już stricte się na nich nie skupiała. Jasne, tu i ówdzie dzieci Davrosa się pojawiały, ale były one raczej dodatkami do danego odcinka lub elementami ładnie wkomponowanymi w tło, a nie pełnoprawnymi antagonistami. Chris Chibnall (niczym Robert Shearman w moim ukochanym odcinku Dalek) postanowił pokazać nam jednego przedstawiciela tej rasy. Zostało to zrobione na tyle kompetentnie, że praktycznie od razu kupujemy realność przedstawionego zagrożenia. Podświadomie zdajemy sobie również sprawę, że jeżeli w pobliżu znajduje się chociaż jedna z tych przerośniętych solniczek, to minuty życia osób widocznych na ekranie są policzone.

Przez cały czas seansu zastanawiałem się nad pochodzeniem tego konkretnego Daleka (czyt. czasów, z których przybył) oraz jego wyglądem i mocami. Same odpowiedzi na powyższe pytania były natomiast bardzo satysfakcjonującym prezentem noworocznym, ponieważ Doktor miała do czynienia z niejakim zwiadowcą. Kosmitą groźniejszym od zwykłych Daleków, który analogicznie posiada też o wiele większe umiejętności. Sceny kontrolowania Lin przez tego pochodzącego z okolic IX wieku ośmiornico-kalmara powodowały u mnie ciarki. Jego plan nie należał może zdecydowanie do najambitniejszych, ale raczej nigdy nie miał taki być. Zresztą już sama przyczyną pojawienia się go we współczesności (czyt. „Wystaw martwe i posiekane ciało mutanta z kosmosu pod działanie promieniowania UV, aby ten się odrodził”) dała jasno do zrozumienia, że to tylko punkt wyjścia do opowiedzenia czegoś zupełnie innego. Szczególnie podobała mi się scena składania przez kosmicznego nazistę swojej kultowej zbroi w okolicznościach podobnych do tworzenia przez Trzynastą Doktor śrubokrętu sonicznego w Kobiecie, która spadła na ziemię (“The Woman Who Fell to Earth”). Była ona nie tylko ładną klamrą zamykającą ostatni sezon, ale i w symboliczny sposób pokazywała, że wbrew pozorom Doktor i Dalekowie zbytnio się od siebie nie różnią. Dodatkowo sam koncept pancerza stworzonego z resztek był strzałem w dziesiątkę.

W tym miejscu przyszła pora na pierwsze, a zarazem ostatnie w tym roku kalendarzowym wypowiedzenie się na temat innych, mniejszych elementów. Szeroko pojęta strona techniczna stała na światowym poziomie. Brawa dla reżysera i operatora kamery. Kompozycje Seguna Akinoli zawsze trafiały zaś w punkt i budowały napięcie. Przyjemnie było znów usłyszeć kilka odniesień dla starszych fanów (UNIT! Kate Stewart! Skaro! Doktor mówiąca o trudnościach w relacjach z ojcami!).

Podsumowując. Niezależnie od wszystkiego, panujący showrunner napisał (wreszcie) naprawdę dobry odcinek. Może nie powalający na kolana, ale dostarczający ogrom frajdy. A chyba właśnie o to w tym chodzi. Prawda? Dodatkowo podczas seansu Postanowienia noworocznego miałem dziwne wrażenie, że wreszcie oglądam… Doctor Who. Moje ukochane, bezkompromisowe oraz bezkompleksowe dzieło science fiction, które nie boi się udawać czegoś, czym nie jest i garściami czerpie ze swojego dziedzictwa. Taka pozycja była mi zdecydowanie potrzebna po ostatnich (lekko mówiąc) średnich przygodach posiadaczki TARDIS. Życzę więc sobie i wam, by wszystkie historie w kolejnym sezonie stały co najmniej na poziomie odcinka noworocznego. Poza tym – podobnie jak Alternauta – z całego fanowskiego serca chciałbym, aby w przyszłości twórca Broadchurch wyciągnął wnioski ze swoich błędów i pokazał, że ostatnia pozycja była tylko rozgrzewką.

Ewelinkja: Bardzo mi się podobał ten odcinek. Był klimatyczny i trzymał w napięciu. Doktor wspięła się na takie wyżyny wspaniałości, że chyba w pewnym momencie miałam zawał (jak wy możecie żyć z jednym sercem?!), ale już mi lepiej ;) Graham był jak zawsze po prostu cudowny… Jego zamknięcie drzwi przed nosem to chyba jedna z najlepszych scen.

Ogromnie zachwycił mnie Dalek-samoróbka. Wyglądał niesamowicie… te spawy, szorstka, surowa forma… no majstersztyk. Podobało mi się, że Dalek to jednak Dalek – najstraszniejsza i najokrutniejsza istota we wszechświecie. Smutno było, jak w pewnym momencie serialu te pieprzniczki były po prostu kolejną niedogodnością… meh, flota Daleków… żadne wyzwanie. Dalekowie mają być straszni i okrutni nawet w pojedynkę i bez muszelki. Jego sztuczka z przyssaniem się do nosiciela była ciekawa i bardzo mi się podoba – zdecydowanie bardziej niż ludzie z dalekowym okiem w czole… Takie przyssanie wydaje mi się bardzo naturalne w przypadku istoty, która bez pancerza jest mało mobilna i w sumie łatwa do zniszczenia.

Na wspomnienie zasługuje też fakt, że pokazali nam wreszcie dużo TARDIS. Jak ona pięknie się rusza… jest taka… organiczna i kryształowa i jednocześnie jest cudem techniki. Podobają mi się wyświetlacze i te mikroskopy na konsoli.

Rzecz jasna można by się przyczepić, ale tak jakoś… Jeśli ktoś się mocno czepia nielogiczności drobnych szczegółów, to ja nie wiem, jak może wytrzymać z tym serialem. Podsumowując: bawiłam się wspaniale, kocham Trzynastą i Grahama i cały Team TARDIS i ją samą: cudowną, tajemniczą budkę większą w środku!

Blownie: Tak jak powiedział Seweryn, Resolution (czemu nie Resolution of the Daleks? Tak by to bardzo… klasycznie brzmiało) przywoływało na myśl samotnego Daleka Shearmana. W ogóle tak jakoś się stało, że chociaż w pierwotnym założeniu Dalekowie byli taką pozbawioną indywidualności masą, ogromną, jednomyślną armią, podobnie jak Cybermeni, to o ile ci drudzy takimi pozostali, strasząc asymilacją i uniformizacją, w przypadku Daleków pojawiło się zaskakująco wiele wyróżniających się postaci, począwszy od Davrosa, a skończywszy na tych wszystkich specjalnych Dalekach, zmodyfikowanych oraz w jakiś sposób posiadających większą autonomię – i to właśnie oni zazwyczaj wywołują większy strach czy napięcie niż cała armada wrzeszcząca chórem “Exterminate!”. Tutaj to napięcie było zbudowane świetnie, od sceny w kanałach, przez opętanie Lin, po zbudowanie sobie przez Daleka pancerza w warsztacie (echo sceny zbudowania przez Doktor śrubokrętu?) siedziałam na brzegu krzesła, jak to mówią, i czuć było atmosferę zagrożenia. Jedyne, czego mi zabrakło, to wyjaśnienia, co się stało z pozostałymi dwoma fragmentami – widzieliśmy, jak się obudziły razem z tym z Sheffield, ale co potem? Zakładam, że zostały zniszczone przez pilnujących ich strażników, ale chciałabym to zobaczyć, nawet jeśli tylko w krótkich migawkach.

No dobra, zabrakło mi jeszcze jednego, że znowu powtórzę za Sewerynem – udziału Yaz. Bardzo lubię Grahama i Ryana, ale za każdym razem, kiedy ich oglądam, odnoszę też wrażenie, że Yaz jest przy nich nieco niesprawiedliwie potraktowana i trochę mi żal. Dostała swój jeden odcinek, który był super, i jeden ze swoją mamą, który był taki średni, ale we wszystkich pozostałych, może jako osoba z największymi kompetencjami do radzenia sobie w niebezpiecznych sytuacjach, zawsze zostaje oddelegowana do tego, żeby coś sprawdzić albo z kimś porozmawiać, i trochę zepchnięta na drugi plan – wiemy, że gdzieś tam jest i robi coś pożytecznego, ale to pozostała dwójka towarzyszy dostaje więcej czasu antenowego, więcej interakcji ze sobą nawzajem oraz epizodycznymi postaciami, przeżywa konflikty i je rozwiązuje; Yaz po prostu… gdzieś tam jest. I chyba jej się podoba, bo od czasu do czasu wtrąca, że nie odstąpi Doktor na krok. Chciałabym jednak dowiedzieć się trochę więcej o tym, co myśli i czuje, i zobaczyć jej trochę więcej; na razie wydaje mi się, że jej postać nie jest aż tak bardzo rozwijana, jak pozostałe. Mam nadzieję, że to się zmieni w kolejnym sezonie.

Alternauta: Za dużo oglądania z napisami od Gallifrey i teraz są efekty. Męski TARDIS i męska odmiana imienia Doktor na BBC First po prostu kłują w oczy. Mam nadzieję, że napisy do 12 serii będzie robił ktoś bardziej ogarnięty albo przynajmniej korekta to wyłapie.

Odcinek noworoczny przypomina mi resztę twórczości Chibnalla, tzn. widać, że epickość RTD i Moffata to jednak coś innego niż epickość u obecnego showrunnera. Zacznijmy jednak od tego, co mi się podobało, bo wcale nie był to najgorszy odcinek z Trzynastą Doktor spod pióra Chibnalla. Ba – był to jeden z lepszych odcinków, o ile nie najlepszy.

Podobało mi się stopniowe pokazywanie Daleka i jego naturalny wygląd bez zbroi. Bardzo fajne było przejęcie Lin, choć i tu mam pewien zarzut, o którym mowa później. Nowa dalekowa zbroja jak najbardziej mi się podoba. Dobre odświeżenie klasyka. Trochę starego, ale jednak po nowemu. Baśniowe wprowadzenie i głos lektora opowiadającego tę historię były świetne! Tak jak wspomnieli moi przedmówcy, debiut Daleków w erze Chibnalla przypomina trochę odcinek, który mnie osobiście przekonał do oglądania tego serialu, czyli Dalek. Mamy tu samotnego Daleka, który ma widzowi pokazać możliwości solniczek ze Skaro. Wydaje mi się jednak, że taka formuła lepiej sprawdziła się w tamtym odcinku ze względu na jego większą kameralność. Wtedy w momencie, kiedy Dalek uniósł się w powietrze, przeszły mnie ciarki. W przypadku Resolution takiej ekscytacji niestety nie czułem.

Być może powtórzę się trochę za pozostałymi, ale muszę to powiedzieć – Graham jest jak zwykle cudowny, Ryan też wypadł lepiej niż zwykle. Yaz znowu okazała się zbędna – kolejny raz widać, że dwóch towarzyszy z okazjonalnym trzecim mogłoby lepiej zadziałać.

Doktor. Tym razem było naprawdę dobrze; jej radość z początku odcinka była bardzo doktorowa. Szalik cudowny, powinna go nosić częściej. Po cichu liczyłem, że pozwoli wypaść ojcu Ryana i odniosłem wrażenie, że Doktor byłaby do tego skłonna – było widać jej nienawiść do Daleków i myślę, że gotowa była go poświęcić (i użyć przy tym niekonwencjonalnej broni w postaci supernowej, wbrew zasadom dla towarzyszy, co wpisuje się chyba już w tę inkarnację). A w następnym sezonie jednym z wątków mogłaby wtedy być naprawa relacji Ryana i/lub reszty towarzyszy z nią. Myślę jednak, że jej mroczna strona jeszcze kiedyś się ujawni, w końcu jest sobą, czyli Doktor. Dalej jednak to wcielenie nie przekonało mnie do siebie całkowicie i na pewno nie jest to “moja” Doktor. Może w kolejnej serii będzie lepiej.

Bardzo fajne nawiązanie do Kate Stewart (po cichu liczyłem na gościnny występ, w końcu Doktor ma do niej prywatny kontakt, ale widać pierwsza seria Chrisa musiała się obyć bez żadnych tradycyjnych elementów). No i wnętrze TARDIS, które dzięki monitorom w ścianach jest teraz bardziej funkcjonalne, to było spoko. Mikrofalówko-piekarnik całkiem fajny, lecz przeczuwałem, że okaże się istotniejszy niż się zdaje. Wrzucenie go do TARDIS tylko mnie o tym upewniło. Kolejna istotna sprawa – Netflixa wyłączyli! Ta scena była śmieszna, aczkolwiek była to dla mnie trochę jazda po bandzie, na granicy łopatologiczności. Jak wspomniano na grupie Pod Kopułą – można było przy tej okazji pokazać plusy odejścia od komputerów/smartfonów/konsol (w postaci np. co można poza tym robić) i odcinek wcale by się od tego gorszy nie zrobił, a scena byłaby chyba mniej nacechowana umoralniająco.

W tym odcinku zgrzytnęło mi jednak trochę rzeczy. Po pierwsze tworzenie zbroi Daleka. Skojarzenie z pierwszym odcinkiem serii myślę, że było automatyczne dla większości z nas, zwłaszcza jak Lin machała młotem. W tej serii z naszej technologii mogą powstawać niesamowite rzeczy. O ile jeszcze Doktor mogę zrozumieć, bo korzystała z obcej technologii, to tego nie. Ziemska technologia u randomowego farmera i Dalek był w stanie odtworzyć, a nawet ulepszyć swój pancerz. Nie, tego nie kupuję, nawet jeśli Dalek wspomógł się nieco czarnorynkowymi cudeńkami. Znowu też Doktor umknęła prosta sprawa. Kiedy przyleciała na Ziemię, natychmiast sprawdziła, czy Mitch jest na pewno człowiekiem. Czemu nie zrobiła tego z Lin?

Myślę, że wątek ojca Ryana miałby większy potencjał, gdyby rozpisano go na więcej niż jeden odcinek (mogłaby za tym kryć się jakaś grubsza sprawa, żeby nie powtarzać wątku z Grahamem, potencjał na 12 sezon jak znalazł). Oczywiście w 12 serii jeszcze może wrócić, ale w tym odcinku był trochę wciśnięty na siłę – zwłaszcza że Ryan go uratował. Za szybka ta zmiana, chyba że miało to pokazać, jak bardzo Ryan zmienił się w czasie przygód z Doktor. Sama scena ratowania go przez Ryana nie była dla mnie emocjonująca, nie pod tym kątem – właśnie dlatego, że według mnie była w tym pewna sztuczność.

Tak samo dziwne, że Doktor nie zauważyła, że to na pewno Dalek, kiedy Mitch przyleciał do niej z książką – tam przecież był obrazek z Dalekiem, choć może akurat tej strony jej nie pokazał, tylko czytał. Mam też zastrzeżenia co do jakości efektów specjalnych. Latający Dalek był zbyt komputerowy w pewnym momencie i jeden z wybuchów ze sceny potyczki z wojskiem też wydawał mi się dziwnie sztuczny. Teleportacja pakunków z Dalekiem jak dla mnie była za szybka i nieco niezauważalna, przez co myślałem, że te pakunki dalej leżą tam, gdzie były.

Podsumowując, nie był to odcinek specjalny, na jaki czekałem (zwłaszcza po ogłoszeniu Daleków i to też biorąc pod uwagę, kto go pisze), ale też się nie wynudziłem. Było bardziej doktorowo niż w reszcie odcinków Chibnalla (poza 1 i 10, te też doktorowe były jak dla mnie). Było mniej kameralnie niż zwykle w tej serii i to też jest na plus. Zabrakło mi jeszcze czołówki, mimo że ona i tak jest krótka. Jakoś tak bez niej dziwnie. O ile rozumiem jej brak w pierwszym odcinku, to tutaj już nie bardzo.

Mam nadzieję że w przyszłym roku (chyba że jednak okaże się, że odcinek specjalny to świąteczny, a nie noworoczny) Chibnall pokaże, że to była tylko rozgrzewka i uczy się na błędach. Naprawdę trzymam kciuki za mojego imiennika. Poza tym witam też wszystkich w moim małym debiucie na Gallifrey :)

Ewa: Od otwierającej go legendy po finałowy uśmiech Doktor – właściwie wszystko, poza jednym momentem, było w Resolution dobre. Zacznę jednak od tej jednej niedobrej rzeczy: oto po raz kolejny w tej serii postać nieheteronormatywna pojawia się tylko po to, by po chwili umrzeć. Jeśli tak ma wyglądać szumnie obiecywana przez Chibnalla reprezentacja, to… lepiej niech jej już w ogóle nie będzie. Osoby LGBT+ i tak częściej niż ogół społeczeństwa mają niefajne życie i powtarzające się komunikaty, że ich ekranowych odpowiedników (lub ich partnerów czy partnerki) czeka co najwyżej szybka śmierć, serio nie robią im dobrze. Mam ogromną nadzieję, że ten wątek będzie się w recenzjach 11 serii powtarzać wystarczająco często, by nowy showrunner poszedł po rozum do głowy.

Co powiedziawszy, pozwolę sobie na chwilę zapomnieć o tych parunastu sekundach, które nie powinny się w ogóle wydarzyć, i skupić na tym, co mnie zachwyciło. Przede wszystkim Dalek. Jeżeli ktoś wątpił w umiejętności Chibnalla, to sposób poprowadzenia tej postaci chyba mu te wątpliwości wybił z głowy. To naprawdę ogromna sztuka wycisnąć coś nowego z najstarszego i najbardziej uwielbianego z doktorowych antagonistów i zrobić to zdecydowanie lepiej niż Moffat. Noworoczny Dalek w wersji bez pancerza był absolutnie przerażający. Nietrudno było uwierzyć, że to najgroźniejsze stworzenie we wszechświecie. Jego nowe ubranko zaś nie dość, że piękne – ta czerwona kopułka! – to jeszcze, dzięki dodatkowym działkom i rakietnicy, okazało się być superfunkcjonalne. Szkoda tylko, że było to wdzianko jednorazowe, zmontowane z dość przypadkowych materiałów. Naprawdę mam nadzieję, że mimo braku internetu ktoś strzelił mu fotkę i wrzucił w sieć, aby zainspirować modowo następców.

Skoro już przy braku internetu jesteśmy, to rozbrajające były humorystyczne elementy tego odcinka. Od pozbawienia społeczeństwa internetu i Netflixa, które, gdyby powiększone team TARDIS nie zrobiło swojego, z pewnością poskutkowałoby błyskawiczną rewolucją i zdeptaniem Daleczka przez oszalałe tłumy, przez likwidację UNIT-u jako efekt Brexitu, po kosmiczne fajerwerki i zamknięcie Aaronowi drzwi przed nosem przez Grahama. W ogóle bardzo się cieszę, że choć w wątku Aarona było trochę dramy – tak przy okazji, to uwielbiam moment, w którym Doktor na powitanie bez ogródek wygarnia mu, jak bardzo beznadziejnym był ojcem – to nie skończyło się na jego wypadnięciu z TARDIS, a na pojednaniu z synem. Rodzinne dramaty i śmierć najbliższych to coś, czego w New Who jest stanowczo zbyt wiele. Fajnie też, że, jakby na przekór opinii, którą zdążyliśmy już sobie na jego temat wyrobić, Aaron okazuje się być całkiem użyteczny, a jego miks mikrofali z piekarnikiem, jak pistolet w porządnym kryminale, pojawia się w pierwszym akcie, by wypalić w trzecim.

Udała się też dynamika odcinka. Właściwie poza pierwszym po odkryciu dziwnej istoty w kanałach przelotem TARDIS, który wydarza się dość znienacka, i montaż, i jego logika była niemal perfekcyjna. Oczywiście nic nie pobije sekwencji otwierającej – w ogóle bardzo mi się podobało, że pierwszy (?) najazd Daleka na Ziemię poskutkował narodzinami legendy – ale dobrych akcji było znacznie więcej, z narodzinami, rozbrojeniem i w końcu unicestwieniem Daleka włącznie. Może nie było tu jakiejś wielkiej epickości, była za to dobra i dobrze zrealizowana historia.

Na koniec, trochę wbrew zapowiedziom, pozwolę sobie jednak na malutkie ale. Mimo że należę do osób, które raczej lubią 11 serię i zdecydowanie lubią nową Doktor, to bardzo żałuję, że trzeba było aż odcinka specjalnego, żeby się przekonać, że Chibnall to właściwy człowiek na właściwym miejscu. Nie twierdzę, że Postanowienie noworoczne to najlepsze, co się zdarzyło w 11 serii, ale z pewnością była to najbardziej spójna i najlepiej z dotychczasowych poprowadzona historia. Mam nadzieję, że dłuższe niż zwykle oczekiwanie na kolejne odsłony poskutkuje kolejnymi odcinkami, które nie pozostawią wrażenia, że za wiele im ucięto lub coś przyszyto na siłę. Co napisawszy, odpalam po raz kolejny odcinek noworoczny, aby nacieszyć się magią muzyki Akinoli, na którą nigdy nie mam dość czasu i uwagi przy pierwszym oglądaniu.

Mandalkor: Nie wiem, czy to ze względu na dłuższą przerwę pomiędzy odcinkami dla mnie, czy dla ekipy, ale uważam, że odcinek noworoczny był w czołówce najlepszych odcinków sezonu. Z tego odcinka najbardziej polubiłem nowy sposób na przedstawienie Daleków. Były już może podobne odcinki w serialu (jak wspomniany samotny Dalek z pierwszego sezonu czy kontrola ludzkich umysłów przez Daleków), ale mam wrażenie, że zarówno osoba, dla której to było pierwsze spotkanie z Dalekami, jak dalekowy wyjadacz custard creams, spotkał coś nowego. Mam zresztą podobne do moich przedmówców wrażenie, że odcinek przywrócił pieprzniczkom dobre imię. Znów możemy poczuć strach na myśl o tym, że jest we wszechświecie coś, czego nawet Doktor w jakimś stopniu się boi, coś, z powodu czego panikuje (no bo skoro milczy). Tym bardziej, że została pozbawiona armii. Sam pancerz wyglądał fenomenalnie, choć geneza jego powstania, jak już współpiszący zauważyli, wypadła trochę mało prawdopodobnie pod względem technologicznym.

Czy był to dobry odcinek? Owszem i to bardzo! Czy był to dobry odcinek NOWOROCZNY? Hmm, trochę tak i trochę nie. Tak, bo jednak był motyw, że akcja dzieje się 1 stycznia tego roku (kiedy wszyscy mają kaca) i były kosmiczne fajerwerki i noworoczny czas na refleksje i postanowienia zmian. Nie, bo mam wrażenie, że poza tym tłem odcinek był po prostu kolejnym dobrym odcinkiem Doctor Who. Nie zrozumcie mnie źle, po prostu spodziewałem się, że skoro przenieśli odcinek na Nowy Rok, to temat Bożego Narodzenia się po prostu wyczerpał i że otrzymam odcinek tak bardzo noworoczny, jak świąteczna była choćby Opowieść wigilijna (“A Christmas Carol”). Choć nie powiem, baśniowość była dużym plusem. Również to, że przeżyli wszyscy główni i główni epizodyczni bohaterowie. Był moment, w którym byłem pewien, że Lin zginie i Dalek zostawi ją po prostu martwą po przejęciu kontroli albo że każe jej zabić Mitcha. Tak samo, że Ryan, dopiero co odzyskawszy ojca, znów go straci. Ale nie! To przecież nie Moffat. I całe szczęście. Niech jednak czasem w życiu Doktor ktoś przeżyje, niech znów nie straci nadziei jak Dwunasty pod koniec!

Tak poza tym, to odcinek ten był pełen naprawdę dobrych momentów i smaczków (szalik Doktor! Już wiem, co będę nosił zimą na zmianę z czterometrowcem). Jak choćby wspomniane kosmiczne fajerwerki, zachwyt Doktor nad mikrofalówko-piekarnikiem czy moment odcięcia internetu w Wielkiej Brytanii (padłem, jak zobaczyłem tę scenę), budowanie relacji Lin i Mitcha albo np. bardzo bliski mi wątek ojca, który odchodzi w dzieciństwie dziecka, powiązany z kontynuacją świetnego wątku Grahama i Ryana. Jaki tłum był w TARDIS na Nowy Rok! Era Piątego się kłania – rodzinnie, pełno ludzi, nikt nie mówi, że budka jest większa w środku niż na zewnątrz (albo mówi to nieco innymi słowami)… No i w końcu dostaliśmy naprawdę dużo scen z wnętrza wehikułu czasu, który jest na dodatek bardzo dobrze wyposażonym laboratorium! Nie bardzo rozumiem, dlaczego Chibnall zrezygnował z UNIT-u i postanowił wprowadzić wątek jego bankructwa/nierentowności? Że niby Doktor jest tak dobry(a) w obronie Ziemi, że nie są już potrzebni? Przecież to, że w tym roku w święta w Anglii nie było inwazji kosmitów, nie znaczy, że już nigdy nie będzie!

Szkoda, że na następny odcinek trzeba poczekać przynajmniej rok…


A jak wam się podobało Postanowienie noworoczne?

Daj na ciastko!

4 thoughts on “Redakcyjne wrażenia – “Postanowienie noworoczne”

  1. Do Blownie: Przecież powiedzieli, co z pozostałymi dwoma częściami. Że się obudziły i zrobiły przeskok w przestrzeni czy coś takiego, aby dołączyć do tej głównej

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *