Redakcyjne wrażenia – „Orphan 55”

Zapraszamy do lektury naszych wrażeń po premierze Orphan 55 – trzeciego odcinka 12 serii.


Blownie: Leisure Hive, Północ, Apalapucia, a teraz Spa Spokoju… Nauczeni doświadczeniem, raczej nie spodziewamy się, że Doktor i towarzyszom uda się spędzić wakacje w spokoju. Orphan 55 zaczęło się zatem bardzo typowo: lądujemy na pięknej, z pozoru rajskiej planecie, pełnej kosmitów pod postacią ludzi z dziwną fryzurą, drużyna się rozdziela, licząc na chwilę oddechu od przygód. Szybko jednak widzimy, że coś jest nie tak i już za chwilę pojawiają się potwory. W przeciwieństwie do totalnej pomyłki, jaką były peruki drugoplanowych bohaterów, wygląd potworów spodobał mi się bardzo – bardzo klasyczny, przywołujący na myśl po trochu Predatora, po trochu jakieś zombie-mutanty, do których masowo strzela się w każdej grze komputerowej z gatunku survival horror. Podobała mi się też ścieżka dźwiękowa – w wielu poprzednich odcinkach nie zwracałem na nią zbytnio uwagi, nie przebijała się; tutaj ten szybki, rytmiczny motyw w tle scen akcji przypominał mi jeden utwór z bodajże trzeciej lub czwartej serii, i fajnie podbijał tempo ucieczek mrocznymi tunelami i walącymi się korytarzami.

A teraz minusy. A właściwie jeden minus, ale za to duży: finałowy morał. Sama niespodzianka (chociaż nie aż taka niespodziewana, domyśliłem się chwilę wcześniej), że Orphan 55 to Ziemia, niekoniecznie była zła; kiedyś już sięgnięto po ten motyw, za Szóstego, chociaż wówczas nie spotkał naszej planety aż tak straszny los – ale tak czy inaczej, ta część sama w sobie nawet mi się podobała. Zastanawiam się wprawdzie, jak to się ma do wszelkich innych przyszłości, które widzieliśmy dotychczas w serialu, bo gdyby tak się nad tym zastanowić, to akurat Doctor Who nie pokazuje zazwyczaj alternatywnych wersji historii; ale mniejsza z tym. Jedyne, czego chcę się przyczepić, to ten końcowy monolog. Może pisząc go, scenarzysta miał na uwadze młodszą część widowni i pierwotną, edukacyjną misję serialu, ale mimo wszystko uważam za pewną obrazę inteligencji widza (oraz niedostatek w sztuce pisarskiej) każdą scenę, w której jedna z postaci praktycznie odwraca się do kamery i tłumaczy mi, co właśnie zobaczyłem i jak miałem to zrozumieć. Wyjątek robię tylko dla Twilight Zone, a z całym szacunkiem, ani Chris Chibnall, ani Ed Hime nie jest Rodem Serlingiem.

P.S. Czy tylko mnie przyszedł na myśl taki koncept: jakoś te potwory oswoić i przetransportować do naszych czasów, żeby nam wyżarły trochę dwutlenku węgla z atmosfery? Ryzykujemy wtedy wprawdzie klasycznym paradoksem dziadka, jeśli użyjemy ich do powstrzymania katastrofy, która doprowadziła do ich powstania, ale myślę, że wszechświat by to przełknął…

team TARDIS w Orphan 55

Seweryn Dąbrowski: Czy zastanawialiście się kiedyś, jaka doktorowa historia powstałaby z połączenia fabuł serii gier Fallout oraz filmów takich jak Planeta małp i Jestem legendą? No cóż… Orphan 55 właśnie. Kiedy do tego dodamy także garść większych lub mniejszych odniesień do dwóch innych odcinków Doctor WhoPółnocy („Midnight”) i Uśmiechnij się! („Smile”) – to pewnym wydaje się, że w rękach sprawnego scenarzysty z takiej mieszanki mogło wyjść coś niezwykle interesującego. Nie będę dłużej trzymał w niepewności, Ed Hime napisał małą perełkę, która nie posiadała żadnych wad. Prawie żadnych… Jednak o tym w części dalszej.

Przed premierą Orphan 55 raczej nie wiedzieliśmy na jego temat dużo. Z krótkiego trailera i kilku zdjęć mogliśmy jedynie wywnioskować, że będzie on opowiadał o pobycie czwórki głównych bohaterów w spa, gdzie to z czasem coś zacznie polować na klientów uzdrowiska. Jakie było więc moje zdziwienie, gdy z każdą kolejną minutą fabuła drobnymi krokami skręcała w zupełnie niespodziewaną stronę. Na początku łagodnie wprowadzając nas we wręcz przerysowanie bezpieczne miejsce, by z czasem coraz bardziej mylić tropy, a na końcu walnąć przysłowiową bombę, dzięki której wszystko nabrało nowego kontekstu. Podczas seansu zupełnie nie czułem także mijających minut. Z jednej strony przez pierwszy kwadrans z twarzy praktycznie w ogóle nie schodził mi uśmiech. Po raz kolejny czułem bowiem tę trudną do opisania atmosferę, tak charakterystyczną dla mojego ukochanego serialu – dziwną kombinację bezkompromisowej zabawy formą i treścią, wręcz dziecięcej naiwności, odrobiny teatralności oraz uczucia możliwości oglądania czegoś niemożliwego. Z drugiej zaś, po opuszczeniu resortu przez grupkę postaci za pomocą opancerzonego pojazdu, radość zastępowało nasilające się poczucie… zadumy/melancholii?

Taki efekt nie mógłby jednak powstać bez świetnej reżyserii, wyważonych zdjęć, idealnie skomponowanej muzyki, a w końcu cudownej gry aktorskiej. Wszystkie ono odpowiednio uwydatniały narastające napięcie i składały się na atmosferę zaszczucia, osamotnienia oraz beznadziei. Jednakowoż, kiedy już miałem zbierać szczękę z podłogi, przyszedł quasi-epilog, który, chociaż trwał kilka sekund, to spowodował u mnie zgrzytanie zębami i grymas zawiedzenia. Po tak subtelnie i powolnie budowanej opowieści o coraz głębszym zatracaniu się w dosłowną i metaforyczną pustkę (momentalnie przywodzącą mi na myśl jeden z niestety bardziej niedocenianych odcinków serialu Czarne lustroLudzie przeciwko ogniowi) przyszła scena w TARDIS. O ile informacja o tym, jakoby ta wersja przyszłości była tą jedyną prawdziwą mi zupełnie nie przeszkodziła, a wręcz przeciwnie, jeszcze bardziej spotęgowała efekt zupełnej ponurości, to uważam, że już właśnie wtedy Orphan 55 powinien się zakończyć. Taka sugestia Władczyni Czasu była bowiem idealnie pośrodku „postawienia kropki nad i” i absolutnej eskalacji goryczy, a skłonieniem bardziej opornych widzów do rozmyślania nad tym, co właśnie obejrzeli. Poza tym w tym miejscu kompletnie zignorowano możliwość przepisywania czasu i jego płynności, co w seriach wcześniejszych cały czas powracało. Jednak jestem w stanie zrozumieć taki zabieg scenariuszowy – przecież nie wiemy, w jakich czasach dokładnie znaleźli się nasi bohaterowie. Być może ta konkretna przyszłość w tym konkretnym roku była stałym punktem w czasie, po której ludzkość w jakiś sposób się odrodziła i nastąpiły wydarzenia znane chociażby z Utopii i Końca świata („The End of the World”). W każdym razie mogę przymknąć na to oko. Później zaś nastąpił monolog Doktor, podczas którego wręcz namacalnie czułem, jak twórcy w najbardziej płytki i niezgrabny sposób wpychali mi na siłę przekaz odcinka. Zamiast zostawić widzów w poczuciu odrętwienia i refleksji nad otaczającą nas rzeczywistością, to potraktowano ich jak kompletnych idiotów niezdolnych do wyciągania samodzielnego myślenia. Ta wypowiedź o „najlepszej wersji ludzkości” wyszła tak źle i sztucznie, że w niespełna minutę kompletnie zniszczyła i zaorała całe to skrzętnie budowane widowisko.

Na koniec drobna garść opinii o innych – mniejszych – rzeczach. Niezwykle podobał się fakt, że wydarzenia z poprzedniego odcinka zostały tutaj lekko poruszane w postaci wspomnienia o poważniejszym niż zazwyczaj zachowaniu Doktor. Jestem absolutnym zakochany także w scenie wprowadzającej, kiedy to ekipa próbowała sprzątać mackę gigantycznej ośmiornicy. To było tak surrealistyczne, a zarazem śmieszne, że czapki z głów. Zawsze powtarzam, że Doctor Who pozwala twórcom na zrealizowanie dosłownie najdziwniejszych nawet pomysłów, dlatego z otwartymi rękami przyjąłem coś takiego. Super było zobaczyć także troskę Grahama o Ryana oraz wpleciony stosunek Doktor do broni/przemocy. Ucieszyłem się też na nawiązania w postaci papieru psychicznego, umiejętności patrzenia Władców Czasu we wspomnienia oraz Doktor trzymającą… mopa (niepojawiającego się już chyba w samym serialu od Wielkiego wybuchu („The Big Bang”)).

Podsumowując, Orphan 55 to dzieło niemal kompletne, które mnie w pewien sposób poruszyło i zafascynowało. Jego jedyną wadą jest jednak niekwestionowalnie zakończenie niepotrzebnie wydłużone o parę sekund i kilka zbędnych słów. Nie zmienia to faktu, że historia ta, obok Demonów Pendżabu („Demons of the Punjab”) oraz Łowców czarownic („The Witchfinders”), jest moją ulubioną z dotychczasowych przygód najnowszej inkarnacji posiadaczki niebieskiej budki.

Ginny: Po zeszłorocznym odcinku Eda Hime’a spodziewaliśmy się, że i teraz otrzymamy coś dziwacznego i w dziwaczny sposób pięknego. Zresztą sam opis odcinka zdawał się to sugerować. Tym razem jednak dziwaczność stanowi zewnętrzną warstwę. Celofanową pozłotkę kiczu i lekkiej zabawy (jak to na wakacjach), pod którą kryje się przesłanie odcinka, odkrywane stopniowo. Niewmuszone na siłę, ale uderzające goryczą i smutkiem tego jak bliskie jest rzeczywistości i lęków tych z nas, którzy realistycznie patrzą na obecny świat.

Moglibyśmy powiedzieć, że mamy mieszane odczucia co do tego odcinka, ale nie. Są one dość jasne. Najkrócej: podobał nam się. Nie bez żadnych uwag, nie w stu procentach, ale podobał nam się. Trochę dłużej: Zacznijmy od tego, że jeśli mamy odcinek o „kosmicznym spa” w Doctor Who, to nie może to oznaczać nic dobrego. Tutaj widać i pewne reminescencje Wyboru Amy („Amy’s Choice”) i Północy („Midnight”), a zarazem umieszczenie akcji na Ziemi przyszłości przenosi ciężar odcinka z tego, co już znamy, w inne rejony. Bliżej mu do cyklu Metro Dimitrija Głuchowskiego niż podobnym odcinkom Doctor Who o bardziej eskapistycznej naturze. Nie mamy tu jednostkowych zmagań ani trillera psychologicznego. Mamy za to refleksję o globalnym cierpieniu, do którego sami doprowadzamy i o tym, na co mamy wpływ. Doktor na końcu odcinka ma rację: to wszystko jeszcze się nie wydarzyło. Ziemia wciąż jeszcze istnieje i wciąż mamy szansę odbudować swoje istnienie na niej w sposób, który nie będzie krzywdził, w ostateczności, wszystkich nas. Jej towarzysze wyglądają na mocno zranionych tym, że nie uratowała ich domu i może to będzie w trakcie tej serii wracać, ale choć ich emocjonalna reakcja jest naturalna i zrozumiała, to równie prawdziwe są właśnie słowa Doktor. Zabrakło tu może jedynie trochę odważniejszego wskazania na to, że to nie szare jednostki muszą działać, a całe społeczności wymuszając konkretne zmiany na bilionerach.

Nie bez powodu wspomnieliśmy też o Metrze. To, że akcja odbywa się na terenie dzisiejszej Rosji i odkrywamy to dzięki tablicy w podziemnym przejściu to jedno, ale potwór odcinka to drugie. Sam w sobie nas nie przeraził, jakkolwiek podoba nam się pomysł, by oddychał dwutlenkiem węgla, a wydychał tlen. Lubimy, gdy pokazuje nam się, że warunki, które dla nas byłyby niemożliwe do przetrwania, dla innych istot mogą być idealnymi warunkami życiowymi. Co jest tu jednak przerażające (i bardzo smutne) to to, czym faktycznie jest ten potwór. Jego powiązane z plot twistem odnośnie miejsca akcji i samym faktem istnienia osieroconych planet. I to się chyba liczy bardziej niż gumowy (jakkolwiek porządny) dizajn, nam osobiście przypominający do pewnego stopnia Weevile z Torchwood.

Chris Chibnall mówił, żeby wypatrywać wątku przewodniego tej serii. I tutaj mamy mocnego kandydata. Tak jak Doktor musi zmierzyć się ze swoim cierpieniem i (ponowną) śmiercią Gallifrey wprowadzoną w poprzednim odcinku, tak Yaz, Ryan i Graham mierzą się ze śmiercią Ziemi. Stawiamy więc hipotezę, że to będzie seria o śmierci światów, żałobie i o tym, czy w ogóle da się te umierające światy uratować. Myślimy też, że mogą jeszcze powrócić potwory z dwóch poprzednich odcinków, bo o ile obecność Mistrza została dość zgrabnie domknięta, o tyle o nich samych wiemy tylko, że szpiegowały ludzkość (i cały wszechświat). Ale nie wiemy ani czym właściwie jest ich świat, ani dlaczego chcą przeniknąć do naszego świata i jakie informacje (i po co) chcieli przechowywać w ludzkim DNA. A mamy poczucie po Orphan 55, że to może być wątek splatający tę serię i jej motyw przewodni. O ile tylko nie pokładamy w Chrisie Chibnallu nadmiernej wiary. Ale pozostajemy w nadziei, że tym razem pozwolił sobie na odwagę w pisaniu i koordynowaniu Doctor Who i sięga po takie rozwiązania fabularne, które są po prostu dobre.

Nie chcielibyśmy tylko rozpadu team TARDIS. Jakkolwiek podoba nam się to, że pojawiają się pewne tarcia między Doktor i jej towarzyszami, mamy nadzieję, że ostatecznie umocnią one tylko ich więź.

Clever Boy: Poprzednie dwa odcinki zawiesiły poprzeczkę bardzo wysoko. Wobec tego odcinka nie miałem żadnych oczekiwań, jednak liczyłem, że będę się tutaj równie dobrze bawił, jak na dwuczęściowym odcinku otwierającym serię. Niestety nie do końca się to udało. Orphan 55 mi się jednak podobało. Bardzo fajnie, że zaczęliśmy odcinek – znów skończyła się jedna z kolejnych przygód, która zostawiła po sobie widoczny ślad w TARDIS. Ile czasu minęło od poprzedniego odcinka? Nie wiemy, jednak widać, że pomiędzy Doktor a towarzyszami chyba nie do końca wszystko gra. Gdy trafiamy na rajski kurort wakacyjny, każdy rozdziela się i pozostawia Doktor samą. Bardzo cieszy mnie to, że w tym sezonie towarzysze są niezależni i właściwie nie potrzebują Doktor. Dzięki temu możemy zobaczyć Jodie w akcji i skupić się na niej, a także jej przyjaciele mogą się wykazać.

Spodobał mi się motyw odcinka – wiadomo, że wakacje Doktor(a) i towarzyszy nigdy nie trwają za długo. Potwory były straszne, choć ewidentnie widać było, kiedy mamy do czynienia z aktorem w kostiumie, a kiedy z potworem stworzonym komputerowo. Niektóre sceny były przerażające, czyli takie, jak na Doctor Who przystało. Mieliśmy ciekawą przygodę, tajemnice oraz ciekawe potwory. Postacie poboczne również mi się podobały, a szczególnie koleżanka Ryana. Jej wątek był dość interesujący, a była dość charakterna. Nie do końca rozumiem, dlaczego Doktor pozwoliła ludziom umierać, dlaczego wpakowała się prosto w pułapkę. To było trochę mało logiczne.

Najbardziej boli mnie jednak koniec odcinka. Po pierwsze nie znoszę, gdy ktoś wprost rzuca nam wnioskami w twarz. To trochę boli. A tutaj otrzymaliśmy praktycznie monolog do kamery. Chyba każdy zrozumiał przesłanie. Po drugie, dlaczego Doktor zostawiła dwie postacie na pewną śmierć?

Co widzę tutaj na plus? Wygląda na to, że towarzysze mieli do Doktor pretensje. Pytanie Yaz o to, kiedy zorientowała się, że znajdują się na Ziemi w przyszłości, jest pełne pretensji. Dlaczego wygląda tak ich świat? Czemu nic z tym nie zrobiła? I jedną pretensję z nimi dzielę – Doktor zostawiła na śmierć te dwie postacie. Nie wróciła, by im pomóc, nie została z nimi, nie puściła ich jako pierwszych, zostawiła je na pastwę potworów. To było okrutne, a nie widziałem, żeby Trzynasta żałowała tej decyzji. Podoba mi się ta dynamika. Towarzysze coraz bardziej oddalają się od Doktor. Kto wie, do czego to może doprowadzić?

Podsumowując, nie był to idealny odcinek i nie był aż tak dobry jak dwa poprzednie. Jednak bawiłem się na nim dobrze. Gdyby nie uderzenie groźbą zmian klimatycznych prosto w twarz, to byłoby jeszcze lepiej. Podobało mi się też zakończenie, nie dostaliśmy happy endu, a gorzką przemowę i pokazanie możliwych konsekwencji, jakie nas czekają.


Chcecie podzielić się swoimi opiniami? Zapraszamy Pod kopułę!

Daj na ciastko!

4 thoughts on “Redakcyjne wrażenia – „Orphan 55”

  1. Ojejojejojej, ale to był zły odcinek. Ogólny jego zarys – Doctor i towarzysze lądują w spa, spa zostaje zaatakowane przez jakieś stwory, okazuje się że spa jest zbudowane na opuszczonej planecie, a te stwory to mieszkańcy tej planety, plot twist w postaci “ta planeta to Ziemia” – super, ale cala reszta wyszła źle, niezręcznie, bez SENSU, bez EMOCJI i tanio, a morał tak beszczelnie rzucony w twarz, że to aż niesmaczne. Przegadany, przebiegany, pełen dziwnych decyzji i Okropnie napisany odcinek.
    oczywiście Moim ZDANIEM, bo jak widać innym sie Podobał.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *