Redakcyjne wrażenia – „Nikola Tesla’s Night of Terror”

Zapraszamy do lektury naszych wrażeń po premierze Nikola Tesla’s Night of Terror. Był to czwarty odcinek 12 serii Doctor Who.


Seweryn Dąbrowski: Parafrazując wypowiedź Trzynastej Doktor, zawsze chciałem poznać Nikolę Teslę – ona osobiście, a ja w ramach samego Doctor Who. Kiedy więc tylko kilka tygodni temu dowiedziałam się, że taka okazja się pojawi, byłem niezwykle zaskoczony, ale i lekko poddenerwowany. Dlatego z każdym kolejnym dniem coraz mocniej zaciskałem kciuki, aby twórcy stanęli na wysokości zadania i po prostu… stworzyli dobry odcinek poświęcony tak niezwykłej postaci. Po seansie jedyne, co mogę zaś zrobić to pogratulować Nidzie Manzoor oraz Nidzie Metivier za stworzenie tego odcinka. 

Od pierwszych, aż do ostatnich scen wszystko działało, jak w przysłowiowym „zegarku”. Świetna fabuła przeplatała się tutaj z niezwykle dobrymi zdjęciami (utrzymanymi przez większość czasu w złoto-pomarańczowych barwach) oraz odpowiednio skomponowaną muzyką. Jednocześnie na przestrzeni tych pięćdziesięciu minut nie odczułem kompletnie żadnych dłużyzn ani niepotrzebnych scen. Jednakowoż najjaśniejszym punktem tego epizodu było niewątpliwie doskonałe aktorstwo. Na szczególne wyróżnienie zasługuje oczywiście Goran Višnjić, który sportretował serbsko-amerykańskiego naukowca fenomenalnie. Jeśli macie obejrzeć Nikola Tesla’s Night of Terror tylko z jednego powodu, to niech będzie nim właśnie popis Chorwata, który dał z siebie chyba 101% swych możliwości.

Zanim przejdę dalej, wpierw chciałbym krótko napisać o rzeczach mniejszych. Po pierwsze, aspekt edukacyjny wypadł naturalnie i bez najmniejszego zarzutu. Po drugie, drobny konflikt na linii Graham-Thomas Edison był cudowny i powodował na mojej twarzy przeogromny uśmiech. Po trzecie, doceniam nawiązania dla starszych fanów – Silurianie, wspomnienie o zrobienie śrubokrętu sonicznego z łyżek, znów powracające okulary ochronne.

Tym, co poruszyło mnie najbardziej, była sama postać Nikoli Tesli. Dokładniej świadomość tego, jak potoczyło się jego życie po roku 1903. Momentalnie przyszło mi do głowy skojarzenie z odcinkiem Vincent i Doktor („Vincent and the Doctor”) i życiem holenderskiego malarza. Szykanowani przez całe życie geniusze, którzy zostali docenieni dopiero po śmierci. Przez chwilę zastanawiałem się nawet, czy dobrym pomysłem nie byłoby zabranie przez Doktor naukowca w przyszłość, ale wtedy zdałem sobie sprawę, że zniszczyłoby to tylko ten słodko-gorzki epilog. Niezwykle doceniam też fakt powstrzymania się przed zrobieniem z Thomasa Edisona przerysowanego villaina kręcącego – w tym przypadku metaforycznym – wąsem. Chociaż Amerykaninowi „dostało się po uszach”, to twórcy potraktowali jego postać w sposób dojrzały/bezstronny i tylko od widza zależy, co będzie o nim sądzić. Zresztą możliwość interpretacji przesłania jest jedną z największych zalet tej konkretnej przygody Władczyni Czasu. Z jednej strony, na najbardziej podstawowym poziomie, możemy rozmyślać o niesprawiedliwości naszego świata i sposobach zapisywania się na kartach historii. Z drugiej, trzeba przecież zdecydować, jaka droga tworzenia wynalazków jest lepsza – miłość, pasja do swojego zawodu oraz kompletne niepatrzenie na pieniądze, czy też chłodna logika, urbanizacja zawodu i nastawienie wyłącznie na zarobki? A może obie ścieżki są tak samo dobre, gdyż konsekwencją każdej z nich jest poprawienie ludzkiego życia? Choć każda z nich przypuszczalnie jest tak samo zła. Swoją drogą, czyż tworzenie na siłę takiego „konfliktu idei” w ogóle ma jakiś sens? To zaledwie dwie pierwsze przychodzące mi na myśl interpretacje dzieła Nidy Manzoor, których z omawianego odcinku da się jeszcze wyciągnąć całą masę.

Podsumowując, biegnijcie oglądać Nikola Tesla’s Night of Terror! To wprost wyborna historia, do której z nieopisaną przyjemnością będę od czasu do czasu wracał. Moim zdaniem, na dzień dzisiejszy, to nie tylko jedna z najlepszych pozycji z udziałem Trzynastej Doktor, ale i najlepszy epizod serii dwunastej.

Ewelinkja: Kocham odcinki historyczne i uwielbiam Nikolę Teslę. Na ten odcinek czekałam z ogromną niecierpliwością i nie zawiodłam się! Zaczynając od samej Doktor, którą (choć wydawało mi się to niemożliwe) ubóstwiam coraz bardziej z każdym kolejnym odcinkiem. Jej mimika, gadatliwość i cała ogólna… doktorowość jest obezwładniająca. jestem nią niezmiennie zachwycona i nawet kiedy odcinek nie jest najlepszy oglądam go z chęcią, bo wiem, że zobaczę jej mimikę i chaotyczną krzątaninę.

Sam Tesla był bardzo dobrze odegrany i napisany. No i ogromnie trafia do moich serduszek wizja tego, że kosmici szukający geniusza wybierają właśnie jego (A masz, panie Edison!). Gdybym była złowrogim, czy jakimkolwiek kosmitą szukającym geniusza wśród ludzi, mój wybór byłby taki sam. Choć mam wrażenie, że smutna skądinąd historia życia i geniuszu Nikoli Tesli trafia do mainstreamu to cieszę się, że serial postanowił tę właśnie postać uczynić bohaterem jednego z odcinków. 

Kosmici. Och jak oni mi się podobali! Uwielbiam tych obcych, którzy trochę nieudolnie kopiują wygląd ludzi no i jeszcze ta charakteryzacja! Królowa była przepiękna (Nie przypomina wam trochę kogoś? Ale pewnie te wszystkie kosmiczne pajęczaki są podobne do siebie…). Podoba mi się, że ich plan to po prostu znaleźć, porwać i wykorzystać genialnego inżyniera, żeby się nie nadwyrężać… ale potem się wkurzają i jest to zwyczajowe: hej, a może jednak zniszczymy tą planetę, bo to frustrujące, kiedy nie mamy tego, czego chcemy.

Kolejną rzeczą która mi się podobała był śliczny doktorowy plan. Wykorzystujemy to co mamy, wykorzystujemy umiejętności ludzi i planeta broni się praktycznie sama. No i wspaniałe przypomnienie tego, że przecież Doktor jest geniuszką, może okropnie chaotyczną, ale jednak geniuszką.

Z towarzyszy najbardziej utkwił mi w pamięci Graham – jego docinki w stronę Edisona przywoływały uśmiech na mojej twarzy. Bardzo lubię tą jego postawę “Dobra, co wy tam wiecie, ja niebezpieczeństwo zjadam na śniadanie, nie będzie mi tu byle kto pyskować!” 

No i wspomnę jeszcze na koniec o tym delikatnym zahaczeniu o temat Gallifrey. Oj nie daje to Doktor spokoju i coś czuję, że temat powróci. Mam nadzieję, że do tego dojdzie, bo niszczenie Gallifrey to taka tradycja w New Who, a jej ratowanie to tradycja jeszcze dłuższa, więc warto by było znowu ten motyw przywołać. (Tak, jestem niepoprawną fanką Gallifrey, chcę ją widzieć i MUSZĘ zobaczyć Trzynastą Doktor w oficjalnym stroju!)

Podsumowując, ogólne wrażenie jest bardzo dobre. Dobry odcinek, wart obejrzenia i na pewno do zapamiętania na dłużej. Minusy… pewnie były, ale to przyjdzie pewnie po ponownym obejrzeniu, bo połączenie Doktor i Tesli w jednym odcinku trochę mnie obezwładniło ;)

Blownie: Już tytuł odcinka mi się spodobał – brzmi jak coś z minionej epoki, prawda? Nastawił mnie na pewien specyficzny klimat, który częściowo został osiągnięty, zwłaszcza w początkowej części: sygnał z Marsa, laboratorium nocą, tajemniczy obiekt z kosmosu i wąsaty pan Palpatine, i ucieczka pędzącym pociągiem. I Tesla, który był znakomity. (Na marginesie, zanim pójdę dalej: serio, Yaz? Naprawdę nigdy nie słyszałaś o Tesli? Naprawdę? Skandaliczne. Nieprawdopodobne.) A potem… no właśnie. Znów, tak jak przy Spyfall i Orphan 55 (choć tu w nieco mniejszym stopniu) miałem wrażenie, że gdy tylko akcja nabiera tempa, odcinek robi się nieco… chaotyczny. Ciężko mi to ubrać w słowa, bo nie jest nawet tak, że nie jestem w stanie się połapać, co się dzieje – po prostu w sposobie prowadzenia narracji, poczynaniach bohaterów, przejściach między scenami jest coś, co sprawia, że nie mam poczucia płynności, tylko bycia wybitym z rytmu. Ale nie chcę za bardzo narzekać, bo ogólnie rzecz biorąc odcinek mi się podobał, chociaż nie rzucił na kolana. Skorpiony nie do końca mi zagrały, można je było bardziej wystylizować, ale wygląd Królowej, podobny do mojej ukochanej Racnoss, był super. Muzyka też znowu mi się podobała, chyba najbardziej od czasu Demonów Pendżabu. Zakończenie też było ładne, więc odcinek zostawił mnie z bardziej pozytywnym wrażeniem niż poprzedni.

P.S. Chyba już jesteśmy stuprocentowo pewni, jaki ma być motyw przewodni sezonu, prawda? To pytanie Królowej do Doktor, czy widziała kiedyś martwą planetę – takie trochę jakby znikąd, i przez to jeszcze bardziej zwracające uwagę… Ciekaw jestem, czy zmierzamy do ogólnie pojętego tematu końców światów, czy do końca jakiegoś konkretnego świata, a jeśli tak, to którego?

Clever Boy: Ode mnie tym razem będzie krótko. Bardzo podobał mi się ten odcinek. Nie było za dużo postaci i każdy miał tutaj jakąś rolę. Kreacje były dość sympatyczne i się wyróżniały. Podoba mi się to, że asystentka Tesli była jakby jego “towarzyszką”. Bardzo podobała mi się scena, w której Tesla i Doktor rozmawiali o byciu wynalazcami. Potwory nie były straszne, ale czułem większe napięcie grozy niż ostatnio (a chyba nawet miałem przez to koszmar w nocy). Super, że było tyle nawiązań, szczególnie do Sylurian.

Potwór odcinka zdecydowanie na plus, bardzo dobrze zagrana postać i fajnie jest widzieć Anjli Mohindrę ponownie we Whoniversum, a dzięki temu, że grała potwora, być może zobaczymy ją znów po raz kolejny. No i aktor, grający Teslę również pojawił się już w serialu, ale w klasykach. Super sprawa. Akcja odcinka bardzo sprawnie przebiegała, nie było pośpiechu i bardzo mi się to podobało. Zakończenie również były satysfakcjonujące. Zwróciłem w końcu uwagę na muzykę (przy Spyfall Część 2 również mi rzuciła w uszy ponownie) i bardzo mi się podobała. Super zagrano również scenę, w której Królowa pyta Doktor o to, czy widziała martwą planetę. Mina Doktor aż mnie zabolała. 

Troszkę mam wyrzuty o zmarnowany potencjał do rasy potworów. Bardzo podobne do Racnossów i nie rozumiem, czemu to ich nie sprowadzono ponownie. Odcinek dodatkowo by na tym zyskał. A poza tym świetnie się tutaj bawiłem i dowiedziałem się co nie co o Tesli.

Ewa: Jedną z rzeczy, do których Chibnall zdążył już nas chyba przyzwyczaić, są dobre odcinki historyczne. I po Nikola Tesla’s Night of Terror mogę zdecydowanie stwierdzić, że to reguła, nie wyjątek. Właściwie jedyne, do czego mogłabym się przyczepić, to nierówne tempo odcinka (z drugiej strony – wskażcie mi Doktor/a, który/a nie lubił/a sobie poperorować) oraz wręcz skandaliczna ignorancja historyczna Yaz. Poza tym zagrało wszystko, a na dodatek odcinek pozbawiony był jednej z głównych wad historycznych opowieści z jedenastej serii – miał porządnie zarysowaną antagonistkę z konkretną motywacją. 

Udali się bohaterowie odcinka – Tesla (cudowny Goran Višnjić) i jego asystentka oraz Edison: świetny był ten konflikt idei i biznesu, wcale niejednoznaczny, za to nadal aktualny. Udała się relacja Doktor i Tesli – niewymuszona bliskość dwójki geniuszy – ale też Yaz i asystentki Tesli – które mają zaskakująco podobne odczucia co do przyjaźni czy towarzyszenia geniuszom. 

Udało się przedstawienie genialnego wynalazcy – po obejrzeniu odcinka moglibyśmy dojść do wniosku, że większość wynalazków, bez których nie wyobrażamy sobie teraz życia (jak pilot do telewizora czy wi-fi), to jego dzieło i bardzo byśmy się nie pomylili. Do tego doszło jeszcze wysyłanie sygnałów w kosmos – bo jak w każdej dobrej historii o Tesli do jego geniuszu dodaje się coś ekstra (tu po prostu muszę polecić “Prestiż” Nolana).

I w końcu: udała się akcja. Paradoksalnie lepiej poprowadzona i bardziej trzymająca w napięciu niż w niby naszpikowanym nią Spyfall. Od jej zawiązania i fenomenalnej sceny w pociągu, przez obronę dziewiętnastowiecznego Nowego Jorku przed najazdem kosmicznych skorpionów po finałową scenę wygranej z obcymi dzięki połączeniu technologii Tesli i TARDIS. Super!


A wam jak się podobał odcinek? Dajcie nam znać w komentarzach.

Daj na ciastko!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *