Redakcyjne wrażenia – „Fugitive of the Judoon”

Najnowszy odcinek zrobił chyba na większości fanów ogromne wrażenie. Oto nasze gorące opinie o Fugitive of the Judoon.


Ewelinkja: O moje biedne serca! Podczas oglądania Fugitive of the Judoon miałam co najmniej dwa zawały… Tego mi było trzeba… te emocje! Nie wiedziałam, co się dzieje i chciałam więcej!

W tym odcinku jest tak wiele dobra i piękna i radości dla moich whoviańskich serduszek, że analiza zajęłaby zdecydowanie więcej niż krótkie wrażenia.

Po pierwsze: spełnili (prawie) moje marzenie! Kapitan Jack Harkness! O matko, jak mi go brakowało! Od początku marzyłam o tym, żeby spotkał się z Trzynastą Doktor… Nie doszło do tego, ale powrócił! Jest i czuję, że mamy dużą szansę na jego powrót w finale. Wspomniał o Cybermanie i myślę, że jak Cybermani już się pojawią, to Jack będzie u boku Doktor. Proszę!

Co do kolejnej rewelacji (o matko, serio daliście tak wiele bomb do jednego pudełka? Kocham to), to wiele mi się rozjaśnia… po ujawnieniu info o „wielkim powrocie” liczyłam na Valeyarda. Przyznam, że kiedy Ruth odzyskała pamięć i stanęła nad Doktor i TARDIS, byłam przekonana, że to właśnie to. Jednak nie, ale to nic strasznego. Jestem pewna, że ta Doktor to oryginalne wcielenie i wspomniane Timeless Child! Nie ma tu aż takiej wielkiej rewelacji, bo już w klasykach wspomniano, że Pierwszy Doktor wcale pierwszym nie był. Mam nadzieję, że właśnie tak się sprawy mają, bo wiele nowych furtek nam to otwiera.

Za to właśnie kocham ten serial… ponad pół wieku i nadal potrafi zaskoczyć. Słyszałam już nieco niezadowolenia, że to ogromnie zmienia wszystko, co wiemy o historii Doktora, bo przecież mówił… Ale serio, kto wierzy w każde słowo, które z tych ust pada? Cieszę się na nowe pomysły, bo w końcu to serial o podróżach w czasie i przestrzeni i robieniu wibbly wobbly z tym wszystkim.

Na moją uwagę zasłużył tym razem Graham. Jego uwielbienie dla smakołyków jest takie urocze! Bardzo go lubię, bo to jego mówienie prosto z mostu dużo wnosi do dynamiki w każdym kolejnym odcinku. No i oczywiście Trzynasta Doktor. Moja największa miłość. Wszystko, co robi, jaka jest… to jest po prostu perfekcja. Jodie Whittaker jest doskonałą aktorką i świetnie czuje tę rolę. Wrzuca do niej tyle doktorowości! To cudowne roztrzepanie, ADHD, życie w swojej własnej rzeczywistości, kosmiczność, a zarazem człowieczeństwo. To wszystko sprawia, że mogę patrzeć na Trzynastą Doktor bez końca.

Nie mogę też zapomnieć o końcówce Fugitive of the Judoon. Załamana Doktor i jej przyjaciele, jej rodzina u jej boku. Po tych zapewnieniach czuję, że przed nimi ciężka próba. Cóż, nieubłaganie zbliżamy się do końca serii i oczekuję jakiegoś wielkiego boom! Wystawienie towarzyszy na próbę wydaje się dość oczywiste. Od zawsze towarzysze kochają Doktor/a. Mimo częstych zawirowań i napięć zrobią dla kosmity w budce wszystko. A ja wcale się temu nie dziwię.

Podsumowując: było doskonale i czekam na więcej z nadzieją, że wizja Chibnalla nie zawiedzie nas w finale.

Przemek: O Rassilonie kochany… Jestem tak rozemocjonowany, że nie wiem, co mam nawet powiedzieć! No hit, to jest po prostu hit. Czegoś takiego to nawet Moffat nam nie zaserwował, a pokazał bardzo dużo. Podczas Fugitive of the Judoon był pierwszy raz w moim życiu, odkąd oglądam Doctor Who, że musiałem zapauzować odcinek. Serio. Nigdy wcześniej tego nie robiłem. Dwa razy płakałem, ale nigdy nie przerywałem oglądania z powodu tak dużych emocji.

Bardzo dobry odcinek to był. Tak jak Spyfall, a może nawet lepszy. Tempo było dobrze rozłożone. W ogóle się nie nudziłem i z przyjemnością oglądałem minutę po minucie, czekając, co za chwilę będzie i jakie karty zostaną odkryte. Prześwietna była ta scena, gdy Doktor weszła na latarnię. Nagranie z lotu ptaka, jak ona tam wchodzi – dla mnie majstersztyk. Uwielbiam ten moment!

No i największą zaletą tego odcinka były POWROTY. Oj tak. Judooni – bardzo ich lubię. Nie wiem czemu, ale urzekli mnie już za Dziesiątego Doctora. Ta kosmiczna policja. I mimo że było ich troszeczkę mało, to jednak jestem w pełni zadowolony. JACK. Mój kochany kapitan. Zaraz po River Song jest to moja druga ulubiona postać (oprócz Doktora, of course). Kochałem jego występy w Doctor Who i przygody z Dziewiątym i Dziesiątym. Mimo że chwilowy był to powrót (chociaż mam nadzieję, że wróci), to fajnie go zobaczyć po takiej dwuregeneracyjnej przerwie.

Kolejna Gallifreyanka! Jest ich tak mało, że każdy Gallifreyanin na wagę złota. Zainteresowała mnie jej tajemnica, o co jej chodzi, skąd się wzięła i czy jeszcze wróci, bo była o wiele za krótko na ekranie.

A na koniec – crème de la crème – DOKTOR. To był właśnie ten szok, gdzie musiałem przerwać. Tyle pytań, a tak mało odpowiedzi. Położyłem się aż na podłodze, by odetchnąć! Tak mną szarpnęło! Same plusy, bo Jo Martin jest tak niesamowita w byciu Doktor! Bardzo mi się aktorsko spodobała. Jak już się odkryła, to było to 1000% Doktor w Doktor. To spojrzenie, ruchy, mimika, gadka! Rozpływam się… Piękny też miała ubiór, według mnie nawet lepszy niż Trzynastej Doctor. TARDIS też świetnie wyglądała w środku, bardzo przypominała klasyki i taką „najczystszą” wersję siebie.
A skąd się wzięła w ogóle TA Doktor? Ja jestem za wersją, że jest z równoległego wszechświata. Dla mnie będzie to najlepsza wersja, najbardziej zrozumiała, tylko proszę o wyjaśnienie, jak do tego doszło. Ja osobiście myślałem, że może to właśnie przyszłe wcielenie Doktor, ale widzę, że mało kto tak myśli. Poproszę tylko bez kombinowania, że jest to regeneracja z jeszcze poprzedniego zestawu, bo nie lubię takich rzeczy. Za dużo wnikania w już ustanowione uniwersum serialu. I tak Moffat nam zafundował Doktora Wojny i wymyślił, że teraz Doktor otrzymał drugi zestaw regeneracji. Myślę, że wtedy będzie już przekombinowane.

Podsumowując:- jestem mega zadowolony z Fugitive of the Judoon, pojawiło się wiele ciekawych wątków i czekam na drugą połowę serii z ogromną niecierpliwością.

Seweryn Dąbrowski: Są takie odcinki Doctor Who, po których obejrzeniu jeszcze mocniej utwierdzam się w przekonaniu, że warto było „zmarnować” setki godzin na ten przecudowny serial i ustanowić go niezwykle ważną częścią mojego życia. Właśnie takim epizodem był Fugitive of the Judoon.

Oczywiście, w tym miejscu – jak, co tydzień – mógłbym pisać o cudownej stronie wizualnej i technicznej, fantastycznej muzyce, bardzo dobrym aktorstwie i tym, dlaczego moim zdaniem Graham jest najlepszym towarzyszem od roku 2005, ale nikt nie ukrywa, że w tej historii w ogóle o to nie chodziło. Były to tylko dodatki do… TEGO WSZYSTKIEGO.

Jednak po kolei. Chyba każdy przyzna, że napisana przez Chrisa Chibnalla i Vinaya Patela (scenarzystę moich ukochanych Demonów Pendżabu) przygoda była co najmniej zaskakująca. Niczym niewyróżniającą się początkowo fabuła z czasem zaczęła odkrywać przed nami kolejne karty i przygotowane przez twórców niespodzianki. No właśnie, skoro już przy nich jesteśmy, to w ciągu minionego tygodnia BBC mocno podsycało ciekawość fanów poprzez sugerowanie, że w odcinku piątym zobaczymy coś, przy czym nawet powrót Mistrza może nie wydawać się niczym specjalnym. Zgodnie z obietnicą, taka atrakcja się pojawiła. I to dwa razy. Pierwsza z nich, czyli powrót kapitana Jacka Harknessa, była… niezwykła. Zazwyczaj podczas oglądania różnych dzieł kultury nie okazuję zewnętrznie moich emocji, ale w tym przypadku jedyne, co mogłem zrobić, to donośnie wykrzyknąć: „Aaaaaaaaaaaaaa…!!!”. Ogromnie się cieszę z możliwości zobaczenia Johna Barrowmana w jego najbardziej kultowej roli po tak długim czasie nieobecności w samym serialu. Wszystko, co z nim związane wypadło super i wywoływało na mojej twarzy wielki uśmiech. Moje serce szczególnie skradła jego interakcja z Grahamem i szczęście po usłyszeniu, że teraz Doktor zregenerowała do ciała żeńskiego. Jedyne. co przez kilka chwil miałem twórcom za złe, był fakt niespotkania się Jacka z główną bohaterką. Jednakowoż chwilę później moje stanowisko w tej sprawie diametralnie się zmieniło – w końcu w międzyczasie nasza ukochana Władczyni Czasu spotkała… samą siebie.

Wszystko to, co wydarzyło się po dotarciu Trzynastej Doktor oraz Ruth do latarni morskiej, było czymś magicznym, a jednocześnie powodowało, że aż do napisów końcowych nie mogłem z wrażenia zamknąć ust. Zachwyciłem się już gościnnym występem Barrowmana i taki prezent w zupełności by mi wystarczył, ale to… Po prostu – WOW! Jednocześnie nie ukrywam, że jestem zafascynowany tym, kim dokładnie jest postać sportretowana przez Jo Martin. To znaczy, czy to Doktor z alternatywnej rzeczywistości? A może wszystko jest mistyfikacją lub czymś spowodowanym przez jakieś zakłócenia czasu (na takiej zasadzie, jak to podczas kadencji Jedenastego Doktora namieszała szczelina). Nie uważam, aby była to inkarnacja sprzed tej granej przez Williama Hartnella – w końcu TARDIS ma już wygląd niebieskiej budki policyjnej, a i Doktor wspomina o roku 1999. Mam głęboką nadzieję, że zarówno to, jak i wątek Cybermanów rozwiążą się w satysfakcjonujący sposób w dwuczęściowym finale.

Podsumowując, nawet nie próbujcie robić sobie żadnych wymówek i natychmiast biegnijcie oglądać Fugitive of the Judoon! Już dawno nie pamiętam, aby jakiś doktorowy odcinek (nieotwierający lub niezakończający serii) tak namieszał. Jestem jednocześnie zachwycony i podekscytowany bardziej niż całą 11 serią. Swoją drogą, współczuję widzom, którzy niezbyt orientują się w wydarzeniach sprzed 2018 roku. Podejrzewam, że nie do końca wszystko zrozumieli i nie cieszyli się tak, jakby mogli, znając trochę lepiej doktorowe uniwersum (oprócz powrotu Jacka i klasycznego wyglądu pomieszczenia z konsolą w TARDIS można by tu jeszcze wspomnieć o chociażby nanogenach z Doktor tańczy („The Doctor Dances”), papierze psychicznym, łuku kameleona użytym w Naturze ludzkiej/Rodzinie krwi („Human Nature”/„The Family of Blood”) oraz Utopii) czy wzmiance o księżycu nawiązującej do Smith i Jones.

Ginny: Zacznijmy od dwóch największych odkryć Fugitive of the Judoon. Powrót kapitana Jacka był czymś, na co czekaliśmy, więc jak moglibyśmy się z niego nie cieszyć? Wykonany został świetnie – to jest Jack i chyba nic dziwnego, skoro Chris Chibnall był głównym współscenarzystą Torchwood. Pięknie wychodzi jego nieogarnięcie, że Graham to nie Doktor i potem pozytywne zaskoczenie, gdy Graham mówi, że Doktor to kobieta. Jest też w jego pojawieniu się wiele celowego niedopowiedzenia, które prawdopodobnie zostanie wyjaśnione w przyszłych odcinkach. Możemy na przykład założyć, że statek, w którym ucieka, to TARDIS, ale nie możemy mieć tej pewności. Nie wiemy też, czego dokładnie chciałby od Doktor poza przekazaniem jej wiadomości o samotnym Cybermanie i dlaczego tak bardzo zależy mu na wyciągnięciu jej z miejsca, w którym powinna zostać. I dobrze, że zostaje, bo pomyślcie, jak by to się skończyło z tylko jedną Doktor, do tego niepamiętającą, że jest sobą? Ciekawi nas też, czy Jack wie o Timeless Child i tym, czego dowiedział się Mistrz.

Mamy za to mieszane odczucia odnośnie nowej-starej Doktor. Jakiś czas temu przeczytaliśmy teorię, że będzie trzynaście żeńskich inkarnacji Doktor przed jej pierwszą – tą graną przez Williama Hartnella. Ta teoria nam się nie spodobała. Tak, wiemy, że w kanonie Pierwszy wcale nie był najpierwszą inkarnacją tej postaci, ale aż trzynaście? A nawet jedna, której Doktor nie pamięta i która nie pamięta jej? Jednak musimy powiedzieć, że samo wprowadzenie nowej-starej Doktor zostało zrobione po mistrzowsku, a Jo Martin w jej roli jest po prostu świetna. Genialnie wychodzi też jej interakcja z Trzynastą, gdy już otworzy swój zegarek*. Cieszą nas też nawiązania do Dziesiątego Doktora i jego odcinków z łukiem kameleona w czwartej serii (tak samo jak Trzynasta mówiąca „Judooni w plutonie na księżycu, o nie!”). Zwłaszcza scena w katedrze, gdy Ruth nie chce wrócić do tego, kim naprawdę jest. Mamy tu też odwrócenie sytuacji z pierwszego odcinka 11 serii. Tam umarła Grace – czarnoskóra kobieta, która miała w sobie wiele doktorowych cech, a przeżył jej biały mąż. Tu ginie biały towarzysz i mąż Doktor, która jest czarnoskórą kobietą. I to do pewnego stopnia satysfakcjonuje, nawet jeśli żal nam trochę Lee.

Strasznie cieszy nas też powrót Gallifrey i Władców Czasu w większym stopniu. Intryguje, kim konkretnie jest Gat na Gallifrey i co takiego przeskrobała Doktor. Czy zobaczymy też znajomych Władców Czasu? Mamy nadzieję, że tak. Co nas jednak gryzie, to fakt, że o ile do wątku nowej-starej Doktor pewnie jeszcze wrócimy, czy to w tej serii, czy w paru następnych, o tyle nie będzie ona raczej Doktor z prawdziwego zdarzenia. Nie będziemy śledzić jej przygód w TARDIS, tak jak śledziliśmy pozostałych trzynaście inkarnacji. Nie mieliśmy również wielkiego odkrycia aktorki, tak jak przy poprzednich Doktor(ach) z New Who i tego nam bardzo brakuje do pełnego cieszenia się jej rolą. Z fabularnego punktu widzenia to wszystko jest konsekwentnie poprowadzone, jeśli o utrzymywanie tajemnicy chodzi, i na poziomie scenariusza doceniamy, jak ciekawie zostało rozwiązane. Ale nie zmienia to faktu, że czujemy się, jakby odebrano nam część frajdy z serialu, którą jest wyczekiwanie na wielkie ogłoszenie.

W pełni ten wątek ocenimy dopiero, gdy się domknie, ale jak widzicie, nie przyjmujemy go bez żadnych ale. Jeśli chodzi o różne teorie, sami chcielibyśmy, żeby nowa-stara Doktor okazała się Doktor z alternatywnego wszechświata. Zapewne tak się nie stanie (chyba że to Doktor i jej towarzysze trafili tam po odcinku z żabą?), bo jakkolwiek sami bardzo lubimy alternatywne uniwersa, to wydaje się nam nie dość wielkie jak na zapowiedzi odnośnie tej serii.

Wróćmy jednak do niekwestionowanych pozytywów Fugitive of the Judoon. A takim jest gra Jodie. Od pierwszych scen jej smutek, irytacja, gniew wyrażane w minimalistyczny sposób oddają ogrom cierpienia Doktor. Tak jak jej radość wyraża się ogromem energii, szerokimi uśmiechami, gnaniem przed siebie w przygodę, tak jej smutek to coś, co Doktor bardzo chciałaby utrzymać w sobie. Ale gdy ten smutek jest zbyt wielki, nie umie go całkowicie ukryć. Nie potrafi udawać, że wszystko jest w porządku, że jest tylko i wyłącznie tą radosną, dziwaczną kobietą, którą wszystko zachwyca. Tak jak w 11 serii zdawała się być nieźle zbalansowaną, nawet jeśli dziwaczną kosmitką, która kocha życie (i przez to trudno było nam ją też opisać), tak tutaj… Tutaj wychodzi to, jak bardzo trudny jednak do ujarzmienia jest jej charakter. Jak bardzo jest właśnie Doktor, która przeżyła tysiące lat i widziała zbyt wiele, a jednak wciąż są rzeczy, które potrafią ją naprawdę zranić. Na szczęście jej towarzysze nie pozwalają jej ukrywać cierpienia. Nie udają, że nie widzą i że nie obchodzi ich, dlaczego Doktor – ich przyjaciółka i członkini ich przybranej rodziny – cierpi. Końcowa rozmowa, gdy jasno mówią jej, że to nieważne, że nie wiedzą, kim była wcześniej, bo kochają ją taką, jaką poznali tu i teraz, podnosi na duchu. Tak jak towarzysze potrzebują Doktor, tak Doktor potrzebuje swoich towarzyszy.

Jeśli chodzi o kwestie techniczne, warto zauważyć, że tak jak w poprzednim odcinku mieliśmy reżyserkę i scenarzystkę na odpowiednich stołkach (nie po raz pierwszy za czasów Chibnalla w ogóle i nie ostatni w tej serii), tak w Fugitive of the Judoon mamy ciemnoskórych reżyserkę i scenarzystę. I o ile zdarzało nam się wskazywać na to, że Chibnallowi nie zawsze dobrze wychodzi reprezentacja pewnych grup, tutaj należy tylko cieszyć się, że zatrudnia różnorodne, utalentowane osoby twórcze do pracy nad serialem.

* Nie widzimy go na ekranie, ale można spokojnie założyć, że był on ukryty pod szybką fałszywego alarmu pożarowego.

Blownie: Wow. Wow. I pomyśleć, że przez pierwsze pół Fugitive of the Judoon walczyłem, żeby nie zasnąć: wątek Judoonów i poszukiwanego przez nich uciekiniera zapowiadał się na banalną powtórkę ze Smith & Jones, a pojawienie się Jacka, dla wielu z pewnością będące ogromnym zaskoczeniem (brawa dla BBC, swoją drogą, że chociaż to utrzymali w tajemnicy, zamiast robić z tego reklamę i tym samym psuć niespodziankę), niestety mi zaspoilerowano; ale i tak nigdy nie byłem jego wielkim fanem. A potem Jack przekazał swoją wiadomość o Cybermenach i od razu się obudziłem; wprawdzie ten powrót akurat był zapowiedziany, to i tak scena wywołała we mnie ciarki. Ledwo się z tego otrząsnąłem, a tu następna bomba – tajemnicza druga Doktor. Tutaj powiem, że też mi mignął w internecie gif z Ruth przedstawiającą się jako Doktor, ale nie wierzyłem, że okaże się nią naprawdę; z początku obstawiałem sytuację analogiczną do Jacksona Lake’a, potem, gdy nic na to nie wskazywało, że będzie się po prostu z jakiegoś powodu pod Doktor podszywać. Było zatem dla mnie ogromnym szokiem, kiedy zobaczyłem tę zakopaną TARDIS! (Nawiasem mówiąc, piękne wnętrze, bardzo klasyczne; strój Ruth jako Doktor też bardzo mi się podobał). To odważny krok, wprowadzić dodatkowe wcielenie Doktor w ten sposób – bez względu na to, czy pochodzi z jej przeszłości, mimo że to już było, czy z przyszłości, co jest już zupełnie bezprecedensowe. Chociaż osobiście obstawiam, że to Doktor z jakiejś alternatywnej linii czasowej…. jest o czym snuć teorie, i to jest super!

Co na minus? Straszny ziemiocentryzm w tym sezonie – czy ja dobrze zrozumiałem tam pod koniec, że następny odcinek też będzie się rozgrywał na naszej planecie? To będzie już szósty pod rząd, a przecież Trzynasta takiej wymówki z punktu widzenia fabuły jak Trzeci nie potrzebuje. Domagam się więcej obcych światów, no!

Ewa: Jack Harkness! Więcej, Jack Harkness całujący Grahama w usta i bardzo ucieszony faktem, że Doktor jest kobietą i ma aż troje towarzyszy (o czym sam swojego czasu marzył). Ciary przy wykopywaniu drugiej TARDIS i bam! Druga Doktor! I to czarnoskóra! Do tego Judooni, zapowiedź powrotu Cybermenów, Gat z Gallifrey (nic nie wiedząca o jej zniszczeniu) i brak tego, co dotąd wydawało się patentem Chibnalla na odcinek z efektem wow: akcji opartej na ciągłym skakaniu w czasie i przestrzeni oraz przemieszczaniu się pomiędzy bohaterami. Spójnie, w dobrym tempie, z daniem każdej postaci odpowiedniej ilości czasu i z dwoma suspensami, które zostały porządnie ograne. Myślałam, że po ponownym zniszczeniu Gallifrey i powrocie Mistrza nic mnie już nie zaskoczy, tymczasem tak zachowawczy w całej poprzedniej serii Chibnall przebił sam siebie i na dobre pogrywa sobie z doktorową mitologią. I nie mogę w tym momencie nie dodać: i bardzo dobrze!

Jak połączy Timeless Child z poprzedniej serii, zniszczoną-nie-zniszczoną Gallifrey, Mistrza, który wydaje się nie pamiętać nic z czasu, gdy był Missy, i nową Doktor, która nie pamięta “starej” – i to z wzajemnością – i dziwną zapowiedź Jacka dotyczącą Cybermenów? Internet, jak za czasów Moffata, pęka od teorii pełnych równoległych rzeczywistości, klonów i wcześniejszych, sprzed Pierwszego, wcieleń Doktor(a), a mnie dla odmiany przypomniał się przepowiedziany Jedenastemu przez Wielką Inteligencję na Trenzalore powrót Valeyarda. Bo ta Doktor – jeszcze bez numeru – nie wydała mi się dobra. Bicie Judoonów i wyrywanie im rogów? Przerobienie broni tak, by zabiła osobę, która jej użyje? Niby Doktor nie zawsze był(a) pacyfist(k)ą, ale to zagranie było naprawdę paskudne! Oczywiście – to też tylko teoria, choć Zła Doktor jest akurat dla mnie bardzo kuszącym pomysłem. Dużo bardziej niż rozwiązanie tego na przykład równoległymi rzeczywistościami.

Jedyne, co mi się nie podobało w Fugitive of the Judoon, to – znowu! – rozegranie cierpienia Doktor poza kadrem. Oczywiście widzimy, że coś się zmieniło, ale głównie jednak się o tym dowiadujemy z rozmów: że Trzynasta opuszcza przyjaciół, że gdzieś znika. Ta zmiana jest ważna i powinniśmy ją zobaczyć – a nie tylko o niej słyszeć. Poza tym, choć może nie jest to mój ulubiony odcinek z Trzynastą, to z pewnością jest najodważniejszy z dotychczasowych. Czekam na dalsze komplikacje i epicki finał.

Mandalkor: Ten moment, kiedy wydaje ci się, że największy możliwy spoiler odcinka już ci został zdradzony (powrót Jacka Harknessa), a potem przez pół odcinka powtarzasz tylko coraz głośniej „CO?!”, niczym Dziesiąty pod koniec odcinka Dzień zagłady („Doomsday”). Dziękuję wam, Vinayu Patelu i Chrisie Chibnallu.

Ogólnie nie nastawiałem się zbytnio na szałowy odcinek, gdyż spodziewałem się, że wiem już wszystko. I faktycznie przez około pół odcinka tak było. Judooni, spoko. Zawsze to coś znanego w nowej odsłonie. Jakaś tam intryga z, wydawałoby się, przewidywalnym końcem, też nieźle. Bardzo podobała mi się scena rozmowy Doktor z towarzyszami, podczas której chcą się wreszcie dowiedzieć, co ją trapi. Uparcie jednak broni się przed tym, widać, że to bardzo przeżywa, nie wiem, czy nie bardziej niż Wojnę Czasu. Było jeszcze oczywiste do przewidzenia, ale nadal mile słyszane Judoon platoon near the Moon / lagoon. Był i kapitan Jack, który oczywiście musiał uznać Grahama za Doktora, a potem ucieszyć się jeszcze bardziej, gdy się dowiedział, że Doktor to teraz kobieta. Musiał też, oczywiście, podrywać towarzyszy (bo przecież już powiedzenie “cześć” to u niego podryw!). I wtedy odcinek zaczął mnie powoli coraz bardziej zaskakiwać. I tak podczas wzmianki o samotnym Cybermanie było zwykłe ciche „co?”, bo poczułem, że kapitan został wepchnięty na siłę tylko po to, żeby o tym poinformować (i choć może się okazać, że tak właśnie było, to mam wielką nadzieję, że jednak nie!), tak stawało się ono coraz głośniejsze podczas „zbicia szkła”, ujrzenia charakterystycznego napisu Police Box i wreszcie „I’m the Doctor” wypowiadanego przez osobę zupełnie mi nieznaną. A to przecież nie był koniec zaskoczeń. I tak ze zwykłego odcinka Fugitive of the Judoon stał się w moim mniemaniu odcinkiem epickim!

Mam jednak wrażenie, że mimo wszystko będzie taki tylko do czasu wyjaśnienia wszystkich tajemnic wokół Bezczasowego Dziecka, bo przecież o nie musi tu chodzić, prawda? Chyba że jakieś alternatywne linie czasu albo przepisanie znanego nam ciągu wydarzeń od nowa? Początki Valeyarda? Gdy to wszystko przestanie być już wielką niewiadomą, a będzie puzzlem w układance, zostaniemy przy odcinku najwyżej dobrym. Sądząc po tym, że samo pojawienie się Harknessa nie sprawiło mi aż takiej radości, gdyż się go spodziewałem, to tak może być. Niemniej jednak warto obejrzeć ten odcinek póki świeży, choćby dla tej wspaniałej końcówki.

Najlepsze, co było w Fugitive of the Judoon i co takie pozostanie, to dialog Doktor z jej rodziną. Miałem łzy w oczach, gdy to towarzysze podnosili Doktor na duchu, przypominając jej, kim jest. Najlepszą osobą, jaką znają!

Co do nowej Doktor, nie mam za dużo do powiedzenia, bo za krótko ją widziałem. Mam za sobą już wszystkie możliwe regeneracje (a może tylko tak mi się wydaje?) i chyba pierwszy raz mam syndrom regeneracyjny whovianina, bo nie bardzo przepadam za nowym wcieleniem. Przeważnie bardzo szybko się przekonuje, ale tym razem coś mi nie pasuje. Jak dla mnie była za mało doktorowa, a przynajmniej na razie. Coś mi nie grało w tej relacji Doktor-Doktor. Fakt, nie zawsze była to sympatia, a wręcz bardzo często poprzednie wcielenia były zdegustowane czy to wystrojem TARDIS, czy ubiorem następnych i vice versa. Przekomarzania i wyścig intelektów również był. Mimo tego ciężko mi uwierzyć, że to ta sama osoba. Doktor by nie użyła tak zmodyfikowanej broni, nie wyrwałaby rogu Judoonowi i przede wszystkim próbowałaby się dowiedzieć, kim jest Trzynasta. Chyba że dokładnie o to chodziło? Zmylić nas tym wszystkim jeszcze bardziej? Mieć choć odrobinę podobne odczucia do Doktor?

Archie: W Fugitive of the Judoon na pewno działo się dużo i nie jestem pewna, czy odrobinę nie za dużo dla mnie. Mamy Judoonów, powrót Jacka, wspomnianych Cybermanów i oczywiście gigantyczny plot twist z Jo Martin jako nową (starą?) Doktor. Sama nie wiem, czy Jacka (i rewelacji, jakie nam przekazuje) nie wrzuciłabym do któregoś z następnych odcinków, choć jestem w stanie zrozumieć, że trzeba było gdzieś przerzucić drużynę, żeby dać Doktor trochę czasu z samą sobą.

No i tak: to było fenomenalne. Jo Martin jako Doktor sprawiła się świetnie, jest w pewien sposób bardzo klasyczna – i taką ma TARDIS! – a z drugiej strony czai się w niej jakiś ostry rys, takiej “wojenności”, który został tutaj dość wyraźnie podkreślony. Nie wiem, w jakim kierunku ten cały bałagan pójdzie dalej i mam szereg obaw związanych z owym kierunkiem, ale na pewno na kolejne odcinki będę czekała z niecierpliwością.

Wspomnę jeszcze, że na drugim planie moim zdaniem świetnie poradziła sobie Ritu Arya jako komandorka Gat i żal ściska mi serce, gdy pomyślę, że potencjał na tak ciekawą postać może zostać zmarnowany. Z kolei towarzysze… no cóż, na pewno mają więcej charakteru niż w poprzedniej serii, jednak coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że taki tłum w TARDIS sprawdziłby się przy troszkę innej formule odcinków, bo teraz to daje radę raczej średnio i chyba najbardziej cierpi na tym Yaz.

Alternauta: Co tu się zadziało? Bardzo dużo, takiego napakowania akcjami i twistami na poziomie być może przepisywania całej historii serialu nikt się nie spodziewał. Nie w środku sezonu i już na pewno nie u Chibnalla. Niestety nie miałem czasu obejrzeć odcinka na tyle wcześnie, by uniknąć spoilerów – mignęło mi w dyskusji Pod kopułą, że Jo zagrała nową czarnoskórą Doktor.

Jednak zanim o niej, chciałbym napisać parę słów o tym, czym udało się mnie naprawdę zaskoczyć. Powrót Jacka! Gdy go zobaczyłem, to po prostu musiałem – tak jak Przemek – pierwszy raz w życiu w czasie pierwszego oglądania odcinka jakiegokolwiek serialu zapauzować i po prostu wykrzyczeć tę radość. Chyba tylko Nardole lub Dwunasty pojawiający się niespodziewanie mogliby tym emocjom dorównać. Nigdy w życiu nie cieszyłem się tak z niespodziewanego gościnnego występu, czapki z głów przed Johnem Borrowmanem, bo był to bardzo dobry powrót.

W tym miejscu warto zauważyć, że wprawdzie nie wprost, ale znowu mamy motyw zagłady. Niekoniecznie planety, ale całej “rasy”, bo z tego co mówi kapitan wynika, że Cybermeni znajdują się właśnie na krawędzi zniszczenia. Bardzo mnie ciekawi, czego będzie chciał od Doktor samotny Cyberman – a może to właśnie towarzysze zostaną wtedy wystawieni na próbę. W tym miejscu chylę ponownie czoła przed BBC, które znowu NICZEGO nie zaspoilerowało, choć na pewno taka okazja do reklamy musiała być bardzo kusząca (zwłaszcza w kontekście ciągle spadającej oglądalności). Wreszcie mamy osobę decyzyjną na poziomie, która rozumie że wystarczyć powinno ogólnikowe Thought the Master returning was big? You won’t believe what happens this week! zamiast hucznego potwierdzania plotek jak w serii 10.

Wróćmy do Jo Martin. Na szczęście w nieszczęściu kompletnie nie znam tej aktorki, więc nie miałem pewności, że chodzi o Ruth, ale w miarę oglądania odcinka zacząłem się upewniać, że najpewniej tak jest (choć do samego pokazania TARDIS byłem przekonany, że to może być ktoś inny. I w sumie dalej do tego w pewnym sensie skłaniam). Teorii zdążyłem zobaczyć mnóstwo, sam mam swoje, ale o nich za moment. Jo bardzo dobrze odnalazła się w swojej roli. Podoba mi się jej strój i wnętrze jej TARDIS, tak bardzo klasyczne i czyste. Można rzec, że tak trochę przeciwieństwo obecnej TARDIS (i paru wcześniejszych). Być może część z was natknęła się (choćby na naszej stronie) na informację, że następna Doktor może być czarnoskórą kobietą. Wygląda, że właśnie się to potwierdziło, choć Ruth niekoniecznie musi być Czternastą. Nie jest to całkowicie niewykluczone – w końcu Doktor kłamie. Jednak w tym przypadku Trzynasta musiałaby zapomnieć o tym spotkaniu. Być może to właśnie Doktor Jo znajdzie się w filmie, którym plotkuje się już od jakiegoś czasu. Ponoć powstaje film, w którym Doktora miałby grać ktoś inny niż w serialu – i teraz byłoby to możliwe nawet do powiązania w Whoniversum. Oby nie była to prawdziwa Pierwsza, gdyż moim zdaniem zmieniłoby to niepotrzebnie wydźwięk niektórych bardzo dobrych odcinków. No i byłby to pomysł, który już widzieliśmy, a ja chcę nowych rzeczy! Niezależnie, którym wcieleniem Doktor okaże się ta nieznana inkarnacja.

Podoba mi się także sposób, w jaki ujawniono pierwszą czarnoskórą inkarnację. To jest dokładnie to samo, co zrobił Moffat z Missy. Najpierw zapoznaliśmy się z aktorką, zainteresowaliśmy się, może nawet polubiliśmy. Doceniliśmy, że jest w spoko i nagle – bam – rzucono w nas niesamowitymi informacjami, że to jest nowa inkarnacja. I teraz wszystkie marudy, że czarnoskóra lub czarnoskóry Doktor nie zadziała z powodu koloru skóry mają w zasadzie wszystkie argumenty zbite.

W tym odcinku widzieliśmy sporo rzeczy, które w jakiejś formie się pojawiły, mamy skojarzenia z różnymi odcinkami. Myślę, że celowo nie widzieliśmy zegarka Ruth. Co miała zrobić ta inkarnacja Doktor i co widzieliśmy? Rozbić szybkę. Czy komuś jeszcze skojarzyło się to z filmikiem, w którym Trzynasta przebijała szklany sufit? Mam wrażenie, że chodziło o to samo, choć już mniej dosłownie.

Skoro była mowa o teoriach, to ja osobiście najbardziej skłaniam się do tego, że jest to Doktor z alternatywnego uniwersum (w końcu mój nick zobowiązuje ;) ). Jak to się stało? Kto u kogo się znalazł? Może to Trzynastą i towarzyszy przeniosło. Tłumaczyłoby to inny los Ziemi, być może uporządkowałoby to też Mistrza (który mógłby być równoległym odpowiednikiem Mistrza Simma). Pasowałoby do Kasaavinów – zwłaszcza do Ziem z ich planów, które wcale nie nie skojarzyły mi się z różnymi czasami tylko właśnie z równoległymi Ziemiami. Wreszcie tłumaczyć by to też mogło inne podejście nowej Doktor do przemocy i broni (choć gdy Trzynasta stwierdziła, że Doktor nie używa broni, to Ruth ją skarciła za psucie momentu, może i nawet blefu?), wnętrze tak bardzo pierwotne czy to, że Doktor nie słyszała o śrubokręcie. A dlaczego w ogóle nastąpiło takie zderzenie wszechświatów równoległych? Może zniszczenie Gallifrey w jakiś sposób w tym pomogło (i może dlatego Kasaavinowie mogli się pojawić w naszym(?) wszechświecie). Jeśli to Doktor z alternatywnego uniwersum, to może tłumaczyłoby to też wizję/wspomnienia Trzynastej – jestem pewien, że widziała w niej młodszą Doktor Jo. W tym kontekście być może sensowna byłaby też teoria, że jednak meta-kryzysowy Doktor w jakiś sposób zregenerował i to jest właśnie Ruth. Jednak jestem zdania, że jeśli już, to raczej jest to inne uniwersum niż to, w którym została Rose. Teoria o Valeyardzie wydaje mi się także niegłupia – w końcu widzieliśmy, że Doktor nie mówiła Trzynastej całej prawdy. Zastanawiam się także, czy ta nowa Doktor może mieć też coś wspólnego z tym okruchem energii regeneracyjnej, który uleciał przez okno w pierwszym odcinku 11 serii. Tylko skąd wytrzasnęłaby TARDIS? Wtedy Gallifrey mogła jeszcze istnieć, więc może jakoś się tam dostała i ponownie ukradła. Swoją drogą statek pilotowany przez kapitana Jacka wnętrzem jakoś TARDIS-owato mi wygląda.

W Fugitive of the Judoon spełniło się kilka moich marzeń. Powrót kogoś sprzed ery Moffata innego niż Mistrz. Doktor będący swoim nieświadomym towarzyszem (i to podwójnie ). No i prawdopodobnie wreszcie nowy Władca Czasu. Mam nadzieję, że Gat to ktoś nam nieznany i że jeszcze ją zobaczymy. Swoją drogą spodziewałem się, że Gat zregeneruje, czemu tak się nie stało? Chyba że to była broń, która uwzględniała zdolność Władców Czasu do regeneracji. Albo była to po prostu Gallifreyanka, która nie jest Władczynią Czasu i nie mogła tego zrobić. Albo przy takiej dezintegracji regeneracja jednak nie działa. No i ostatnie ze spełnionych marzeń – nowa inkarnacja Doktor przedstawiona nam w trakcie sezonu, a nie w finale czy odcinku specjalnym!
W każdym razie jest to ewidentnie najlepszy odcinek Chibnalla i cieszę się, że pisał go z Vinayem Patelem (zwróciłem uwagę, że odcinek ten zaczyna się od ujęcia na zegarek. Ciekawe, czy to takie drobne nawiązanie do poprzedniego odcinka Vinaya). Następny odcinek również współtworzył Chibnall, więc można się spodziewać kolejnych rewelacji. Oby tylko wszystkie te wątki zostały sensownie zakończone. Widzę tu ogromny potencjał, który może być bardzo łatwo zmarnowany. Chris, dasz radę!


A jak wam się podobał Fugitive of the Judoon? Macie ulubione teorie, co będzie dalej?

Daj na ciastko!

One thought on “Redakcyjne wrażenia – „Fugitive of the Judoon”

  1. Chibnall stwierdził, ze ta nowa Doktor nie jest zadna falszywka i nie jest Doktor z innej rzeczywistosci, wiec o ile swiadomie nie wprowadza nas w blad (a to by bylo slabym chwytem, bo jesli to jednak bylaby Doktor z alternatywnej rzeczywostosci, to bylby zawod), to mozna te opcje wykreslic. Zobaczymy jak to sie potoczy i wyjasni, ale bez wzgledu na to i tak jestem zachwycony tym, ze tworcy w koncu przestali robic bezpieczne jednoodcinkowe historie ze sprawami tygodnia, ktore nic do serialu nie wnoszą i zaczeli odwaznie i ryzykownie krecic w serialu, i nawet jesli te ryzyko sie nie oplaci i widzowie beda niezadowoleni, to przynajmniej poczuja jakies emocji i nie bedzie to nuda, jak w poprzednim sezonie. Kocham timey wibley w tym serialu, a w tym odcinku, jak i sezonie ogolnie, jest już tyle podjetych watkow i pytan bez odpowiedzi, ze wreszczie, pierwszy raz od przejęcia serialu przez nowego showrunnera, nie moge sie doczekac, zeby zobaczyc jak to sie potoczy. Plus wyglada na to, jakby Chibnall planował już wątki na 13 serię, bo mamy płonącą Gallifrey, Timeless Child, Lone Cyberman, powrót Jacka i nieznaną Doctor, więc któryś z tych wątków być może będzie wyjaśniony w później? Tak czy inaczej, na te chwile jestem szczerze zachwycony i zaintrygowany.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *