Redakcyjne wrażenia – „Can You Hear Me?”

Oto nasze gorące wrażenia z kolejnego odcinka 12 serii – Czy mnie słyszysz? („Can You Hear Me?”).


Seweryn Dąbrowski: Absolutnie kocham odcinki Doctor Who, które w mniejszym lub większym stopniu „romansują” z gatunkiem, jakim jest horror. Ba, mogę nawet zaryzykować stwierdzenie, że znacząca część tych przygód należy do moich ulubionych epizodów z całego serialu*. Dlatego, kiedy w zeszłym tygodniu zobaczyłem trailer oraz parę zdjęć promujących Can You Hear Me?, to niemal podskoczyłem z ekscytacji i z każdym kolejnym dniem coraz bardziej nie mogłem się doczekać premiery. Jednak jak ostatecznie wypadło dzieło napisane przez Charlene James oraz Chrisa Chibnalla? A no… (jedynie) dobrze.

Do plusów mogę tak naprawdę zaliczyć całe pierwsze trzydzieści pięć minut, podczas których bawiłem się naprawdę świetnie. Ta mieszanka tajemnicy, akcji, humoru, momentów wolniejszych, a także świetnego aktorstwa, wybornej muzyki i znakomitych zdjęć naprawdę nie pozwalała oderwać mi oczu od ekranu. Nie zrozumcie mnie źle, może nie było to arcydzieło na miarę niektórych perełek z poprzednich serii, ale spełniało swoją funkcję pierwszorzędnie oraz po prostu było ciekawe. Ogromny niesmak spowodowały mi jednakże dwie rzeczy. Po pierwsze, uwolnienie się Doktor za pomocą… podrzucenia śrubokrętu sonicznego z kieszeni swojego płaszcza prosto do jej ręki. Było to tak bardzo wybijające z rytmu i wręcz komiczne, że ze zdumienia musiałam przetrzeć oczy. Po drugie, pokonanie PRZEPOTĘŻNYCH I NIEŚMIERTELNYCH BOGÓW w kilkadziesiąt sekund. Nie będę tutaj dalej się pastwił nad twórcami, bo o tym konkretnym elemencie mówią chyba wszyscy fani. Zamiast tego przejdę do pozytywnych punktów Can You Hear Me?.

Przede wszystkim muszę tu wspomnieć o kapitalnym występie Iana Geldera wcielającego się w postać Zellina. Od razu widać, że Brytyjczyk doskonale bawił się na planie i z raczej nieciekawej na papierze postaci uczynił naprawdę przerażającą i wielowymiarową. Uśmiech na mojej twarzy spowodowało także opowiedzenie historii przez Rakayę, przedstawioną na ekranie w formie prześlicznej animacji. Do olbrzymich zalet niewątpliwie zaliczyłbym wgląd w koszmary obecnych towarzyszy Władczyni Czasu, co pozwoliło nam ich jeszcze lepiej zrozumieć oraz poznać. Szczególne brawa należą się ekipie kreatywnej za – wreszcie! – lepsze rozwinięcie Yaz. A skoro już przy tym jestem, to absolutnie zachwyciłem się poruszeniem przez ten odcinek tematu zdrowia psychicznego. Wielkie WOW i z mojej skromnej strony duże ukłony dla scenarzystów. Och… miło było też zobaczyć kilka nawiązań dla fanów, takich jak wspomnienie Toymakera pojawiającego się za kadencji Pierwszego Doktora, powrót namierzenia danych miejsc za pomocą obwodów telepatycznych (jak to miało miejsce w na przykład w Posłuchaj („Listen”)), krótki występ dregów czy symboliczny powrót Grace.

Podsumowując, Can You Hear Me? to kolejny solidny doktorowy epizod. Może nie będziemy już o nim mówić za kilka miesięcy, ale za staranie się być czymś „świeżym” zdecydowanie warto się nim zainteresować.

*Korzystając z okazji, chciałbym w tym miejscu polecić wam moim zdaniem najlepszą historię z serialu Torchwood, czyli Morderczą wioskę („Countrycide”). To absolutny diament w całym Whoniversum, która zdecydowanie zasługuje na dużo większą popularność.

Mandalkor: Zobaczywszy scenę przed napisami: wielkie potwory atakujące szpital w Syrii podczas snu i tylko jedna osoba zdająca się o tym wiedzieć zawczasu, pomyślałem sobie, że to będzie mocny odcinek. Czy faktycznie taki był? Nie aż tak, jak się spodziewałem, nie o tym czego się spodziewałem, ale tak. Był dobry!

Zanosiło się, że będzie to odcinek, w którym dla odmiany Doktor miałaby osobną, samotną przygodę, ale jednak nie tym razem. A szkoda. Potwory tygodnia w moim mniemaniu były tym razem dwa i to nie dlatego, że mieliśmy dwóch nieśmiertelnych ,,bogów”. Oni byli jednym, drugim natomiast były nasze wewnętrzne potwory, nasz wbudowany ból. W jednym przypadku dostały nawet materialną formę – chagasków. Bardzo do mnie trafiła przemowa Doktor, a wcześniej Zellina odnośnie naszej wiecznej wewnętrznej walki ze strachem, zwątpieniem. Dało to mocny wydźwięk temu odcinkowi w zestawie ze scenami z ludzkich koszmarów. Żaden przeciwnik nie jest tak trudny jak ten wewnątrz nas. Przedstawienie tej części osobowości towarzyszy zbliża nas do nich, więc to był świetny pomysł. Szkoda tylko, że koszmar samej Doktor nie był jakoś bardziej wymowny i dłuższy. Oczekiwałem, że będzie bardziej ogólny, a nie konkretnie o tym co obecnie ją dręczy.

Co do samej postaci Zellina, bardzo ucieszyło mnie wykorzystanie tej postaci do przypomnienia nam innych nieśmiertelnych adwersarzy Doktor(a): Eternals, Guardians i Toymakera. Tak zwany fan service to coś, czym ostatnio jesteśmy raczeni dość często, co cieszy mnie niezmiernie (obwody telepatycznie się nieco zmieniły, czyż nie?). Jak już przy tym jesteśmy, to Zellin wprawdzie nie okazał się Dream Lordem, ale wiele miał wspólnego ze snami, więc był to obiecujący trop. Swoją drogą, to moim zdaniem bardzo skutecznie przechytrzył Doktor. Wam też wydaje się, że ma on(a) zwyczaj uwalniania wszelkich więźniów? Może nie za każdym razem, ale czekałem na moment, w którym choć raz okaże się, że niektórzy więźniowie zasłużyli sobie na odsiadkę. No i proszę! Rakaya okazuje się być takim przypadkiem. I ta historia obrazkowa jej uwięzienia, która została świetnie wykonana. Bardzo baśniowa. Pytanie tylko, czemu ich obojga nie uwięzili? Może Zellin po prostu nie dał się złapać?

Podsumowując, był to odcinek, który dostarczał rozrywki, miał mocne przesłanie i odpowiednią dawkę doktorowości (Doktor ma tyle planów, że ciężko wybrać ten, który zadziała czy choćby rozmowa z Grahamem na koniec), zatem zdecydowanie polecam go obejrzeć.

Ginny: To był całkiem porządny odcinek. Nie powiedzielibyśmy, że nasz ulubiony, ale seria nadal trzyma dość wysoki poziom, a ta historia mocno nas poruszyła. Może gdybyśmy nastawiali się pozytywnie na wątki bardzo straszące w sensie horrorowym, bylibyśmy jakoś rozczarowani, ale tak naprawdę nie jesteśmy wielkimi fanami horroru. Dlatego brak tego aspektu akurat nam nie przeszkadzał. Zresztą lepiej, że tematyka zdrowia psychicznego nie jest poruszana w odcinku horrorowym, który mógłby nazbyt łatwo popaść w pokazywanie zmagań postaci jako nieistotnych czy czyniących je potwornymi.

Owszem było tu sporo potencjału na coś dziwnego, pokroju kosmicznej żaby z Przyjdzie potwór i cię zje („It Takes You Away”) czy Zagreusa, ale to nie znaczy, że jego niewykorzystanie w pełni czyni ten odcinek bezwartościowym. Cieszy pokazanie kolejnego malutkiego wyrywka kosmosu, który w tej serii Chibnall i jego scenarzyści serwują nam bardzo oszczędnie i to, że za całą odkrytą przez Doktor i jej towarzyszy technologią kryje się większa niedopowiedziana historia całej cywilizacji. Dość ładnie też wychodzi dwójka głównych antagonistów żywiących się ludzkimi koszmarami, jakkolwiek konwencjonalnie by jej nie wykorzystano.

Żałujemy może trochę, że samo Aleppo z XIV wieku pojawiło się w dość niewielkim fragmencie. Tu był potencjał na ciekawy odcinek quasihistoryczny, skupiony wokół życia Tahiry, zamiast wysyłać w kosmos z Doktor. Tym bardziej, że samą Tahirę bardzo polubiliśmy i chętnie poznalibyśmy ją trochę lepiej.

Wracając jeszcze do tematyki odcinka, cieszy nas też to, że odcinek podnosi temat ludzkich koszmarów i mentalnych zmagań. Skupiamy się tu – zgodnie z zapowiedziami – bardziej na postaci Yaz i faktycznie jej sceny pozwalają lepiej zrozumieć dlaczego jest taka jaka jest. Zarazem widać tu wyraźnie, że nie wszystko zostało jeszcze dopowiedziane. Że (jakkolwiek podróże z Doktor nie pomagałyby jej wychodzić ze skorupy) to, co przyczyniło się do jej ucieczki z domu, wciąż w niej mocno siedzi i nie znikło razem ze skończeniem przez nią szkoły. Jest jednak w tym wątku jeszcze trochę niedopowiedzianego. Na pewno zobaczylibyśmy Yaz otwierającą się na jej cierpienie przed rodzicami i, tak jak Tibo dzięki Ryanowi, podjęcie przez nią terapii.

Na końcu mamy też rozmowę Grahama z Doktor. Można narzekać, że Doktor jest w niej niezręczna i zupełnie niepomocna. Ale dla nas ona jest szczera i w tym co mówi i jak mówi jest właśnie wsparcie. Pomiędzy słowami daje Grahamowi znać, że to, że nie wie, w jaki sposób powinna odpowiedzieć, nie znaczy, że nie jest wobec jego lęku empatyczna. Dla nas to była bardzo nieneurotypowa odpowiedź na trudne dla bliskiej osoby wyznanie.

Ładnie też wychodzi końcówka, gdy Ryan pyta, jak długo jeszcze będą podróżować z Doktor. To scena ze zwiastuna serii, gdzie wydawało się, że będzie jakoś zmęczony rolą jej towarzysza. Ale tu widać inny, głębszy kontekst. Podobnie jak Rory i Amy martwili się o życie, które za sobą zostawiali, wkraczając na pokład TARDIS*, i on myśli o tych, którzy zostają na Ziemi. Wybrzmiewa to tym mocniej po odcinku, który pokazuje, jak jego najlepszy przyjaciel cierpi, a Ryan jest zbyt daleko, by mógł być dla niego na miejscu. Wciąż uwielbia podróże z Doktor, ale w tym odcinku dociera do niego, co zostawia za sobą i jak bardzo nie jest w stanie wrócić do swojego dawnego życia w sposób, który byłby dobry dla jego bliskich. Jak mówi Yaz, Doktor ostrzegała, że te podróże ich zmienią. Jest jednak różnica w poszerzaniu horyzontów i dorastaniu, a niemożliwością zrównania się czasowego z najbliższymi.

* Zresztą ciekawe, że ten temat mocno poruszał odcinek 7 serii napisany przez Chrisa Chibnalla.

Fizzade: Oglądając Can You Hear Me cały czas myślałam o odcinku Człowiek z koszmaru (“The Nightmare Man”) z Przygód Sary Jane, w którym Luke’a i jego przyjaciół dopada kreatura z kosmosu i więzi ich w ich sennych koszmarach. Widzę wiele podobieństw między tymi odcinkami, od sposobu przedstawienia postaci Zellina (trochę podobnego do Nightmare Mana), aż po sposób, w jaki Doktor rozprawiła się z nim i Rakayą (więżąc ich w koszmarach, które stworzyli). Ekipa TARDIS ma jednak zdecydowanie bardziej ponure koszmary niż nastolatkowie z Bannerman Road. Podoba mi się też, że oba odcinki poruszają temat zdrowia psychicznego i ważności rozmawiania o tym z bliskimi i osobami zaufanymi.

Mimo że do odcinka The Nightmare Man mam dużo większy sentyment i nie ukrywam, że według mnie jest lepszy, Can You Hear Me? nie uważam za zły odcinek. Dzięki koszmarom mogliśmy się trochę więcej dowiedzieć o towarzyszach Doktor, co wyszło zdecydowanie na plus (choć wolałabym, żeby było tego więcej). Podobało mi się też, że wyjaśniono w nim pochodzenie Zellina i Rakayi, dzięki czemu nie byli tylko kolejnymi tajemniczymi istotami z kosmosu. 

Co do Doktor, zaskoczyło mnie to, że po wyznaniu Grahama zachowała się dość dziwnie. Zdaję sobie sprawę, że jej postać w poprzednich wcieleniach czasem zdawała się nie wiedzieć, jak zareagować w niektórych sytuacjach (Dwunastemu się to zdarzało wielokrotnie), ale Trzynasta Doktor już wiele razy bywała współczująca, motywująca, wspierająca. A tu nagle… jakby ktoś to u niej wyłączył. Ani jednej rady, pomocy, nawet nie przytuliła Grahama. Jakoś mi to nie pasowało do niej. Może to mieć związek z czymś, co zauważyłam w tym sezonie, a mianowicie że Doktor przechodzi powoli jakąś przemianę. Częściej bywa wycofana, zalękniona. W sumie nie dziwię się jej, bo obserwując dziwne wydarzenia w tym sezonie, często nawet dla niej niezrozumiałe, sama bałabym się, że coś strasznego mnie czeka. Jestem bardzo ciekawa co to będzie.

Blownie: Widzę pewien wzorzec w prowadzeniu narracji w tym sezonie – rozpoczynanie opowieści z punktu widzenia kilku osobnych postaci, często rozrzuconych w czasie i/lub przestrzeni, kilku wątków, które zbiegają się dopiero kawałek za połową odcinka. To nie jest zły mechanizm, ale już mnie trochę męczy, bo po raz kolejny spędziłem pierwsze 25-30 minut zastanawiając się, o co właściwie chodzi, i niestety, mam na myśli uczucie bardziej konsternacji niż zaintrygowania. Zdecydowanie podobało mi się jednak, że po początkowej scenie w Aleppo odcinek skręcił w nieco innym kierunku, bo potwór nie zrobił na mnie wrażenia; za to Zellin i Rakaya byli świetni. Trochę mi żal, że nie byli żadnymi z wymienionych przez Zellina istot (the Eternals, the Guardians, the Toymaker…), których pojawienia się w New Who wyczekuję od bardzo dawna, ale i tak doceniam nawiązanie. Bardzo podobała mi się też animacja opowiadająca ich historię i jeden z ciekawszych jak dotychczas sposobów wykorzystania wątku przewodniego z końcami światów. Chodzi oczywiście o to więzienie pomiędzy zmierzającymi ku kolizji planetami, które nieodparcie mi przypominało sytuację z Krop Tor i Szatanem (chyba mój ulubiony odcinek drugiej serii!); wprawdzie tak jak wspomniał kolega Seweryn, zbyt łatwo zostało ono otwarte i ponownie uruchomione, ale pomysł był dobry.

Na koniec, w kontekście finalnych scen, chciałbym jeszcze powiedzieć – czy przyjmujemy zakłady? Jeśli tak, to ja obstawiam, że z końcem tej serii Ryan i Yaz wrócą do domu, ale Graham zostanie na pokładzie TARDIS.


Jak myślicie, jak potoczy się dalej historia? Jak wam się podobał ten odcinek?

Daj na ciastko!

One thought on “Redakcyjne wrażenia – „Can You Hear Me?”

  1. Scena rozmowy Trzynastej z Grahamem to tragedia. Not my Doctor.
    Odcinek głównie rozwijający towarzyszy, czyli spóźniony o jakiś sezon, teraz to ja bardziej czekam na ich jak najszybsze odejście niż rozwijanie. Reszta miała jakieś tam fajne momenty, ale całokształt TO niestety porażka. Moja ekscytacja tą serią trzyma się JUŻ głównie na nadziejach na dobry finał, co do którego też mam wiele obaw.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *