Redakcyjne wrażenia – “Ascension of the Cybermen”

Za nami pierwsza część finału. Jak nas nastroił na zakończenie tej serii? Oto nasze wrażenia po Ascension of the Cybermen.


Seweryn Dąbrowski: Jak to najczęściej bywa z historiami rozłożonymi na dwa lub trzy odcinki, tak i w przypadku Ascension of the Cybermen nie mogę jednoznacznie wyrazić opinii na jego temat. Podczas oglądania czuć było bowiem, że pełny obraz dostaniemy dopiero w następnym tygodniu, kiedy to wszystkie skrzętnie budowane wątki zostaną ze sobą połączone w jedną całość.

Nie zmienia to jednak faktu, że ta niepełna godzina naprawdę mi się podobała. Może odcinek nie był jakoś specjalnie wyjątkowy, ale trudno go też za to winić – w końcu rozstawiał on ostanie pionki na szachownicy przed kulminacją serii. Na plus zasługuje przede wszystkim fakt, że przez większość trwania tej przygody wszystko gnało na złamanie karku i z każdą kolejną sceną ciągle pojawiało się coś nowego, a także ciekawego. Szczególnie przypadł mi do gustu początek, kiedy to bohaterowie zostali zaatakowani przez drony zwiadowcze, które zniszczyły pierwotny plan Doktor w kilka sekund. W pewien sposób zaczepiało to podświadomie poczucie nieuchronności klęski, a sposób nakręcenia tego tego konkretnego fragmentu jedynie potęgował grozę.

Swoją drogą, taką mroczniejszą oraz zdenerwowaną i zestresowaną całą sytuacją Trzynastą Doktor oglądało mi się z czystą przyjemnością. Super wypadła też akcją dziejąca się na (cudownie wyglądającym quasi industrialno-modernistyczno-technologicznym) statku Cybermenów. A skoro już przy nich jesteśmy, to chciałbym wyrazić mój drobny zachwyt nad nowym designem tych klasycznych przeciwników nawiązującym do… klasyki właśnie.

Na koniec krótko o rzeczach mniejszych w kolejności przypadkowej. Po pierwsze, pojawienie się sceny przed napisami jak zawsze wywołało na mojej twarzy uśmiech. Ponadto dodatkowe punktu za pomysłowe i trafiające w mój estetyczny gust płynne przejście z oka hełmu dobrze nam znanego przeciwnika do samego intra.

Po drugie, Graham był cudowny. Na tym etapie nie powinno mnie to już chyba dziwić, ale to, jaką ta postać przeszła zmianę na przestrzeni ostatnich dwóch sezonów, zasługuje na brawa.

Po trzecie, jestem niezwykle ciekaw, o co chodzi z wątkiem pobocznym dotyczącym irlandzkiego policjanta. Te sceny były lekko mówiąc dziwne, więc z niecierpliwością czekam na uzyskanie jakiegoś większego kontekstu.

Po czwarte, ogromnie się cieszę z powodu powrotu Mistrza. Niby każdy mógł się spodziewać, że Sacha Dhawan wystąpi w finale, ale i tak miałem na twarzy przysłowiowego „banana”.

Po piąte, super było znów zobaczyć starsze modelu Cybermenów oraz usłyszeć w dialogach drobne nawiązania do Widmowego pomnika („The Ghost Monument”) i Srebrnego koszmaru („Nightmare in Silver”).

Ascension of the Cybermen był naprawdę dobrą doktorową historią, która zgrabnie położyła fundamenty pod przyszłotygodniowe The Timeless Children. Jestem ogromnie podekscytowany tym, co zobaczymy 1 marca i trzymam kciuki, aby twórcy, z Chrisem Chibnallem na czele, sprostali oczekiwaniom widzów.

Blownie: Ja dzisiaj krótko, bo niewiele mogę powiedzieć o tym odcinku, wyraźnie będącym prologiem do właściwego finału. Otwierająca narracja bardzo mi się podobała i nagły przeskok do kompletnie innego miejsca, czasu i nastroju był super. Latające głowy były najśmieszniejszą nieumyślnie śmieszną rzeczą, jaką widziałem w tym serialu od dawna. Już w poprzednim odcinku niesamowicie mi się spodobał wygląd niedokończonego Cybermana, trąca mi trochę dieselpunkiem, trochę startrekowymi Borgami; nieco mniej przekonuje mnie jego zły plan, na tyle, na ile go zrozumiałem z jego przemowy poprzez hologram do Doktor – nigdy nie rozumiałem złoli, którzy chcą zniszczyć lub zabić WSZYSTKO. Ale czuję, że nie wiemy jeszcze o planach Cybermenów wszystkiego, więc może zostanę mile zaskoczony.

Na razie, przyznam szczerze, jestem najbardziej zaintrygowany wątkiem nieśmiertelnego policjanta, który na 100% jest kosmitą i dosłownie spadł swoim adopcyjnym rodzicom z nieba. No, jest też oczywiście Gallifrey i Mistrz po raz kolejny zapowiadający, że zobaczymy najbardziej wywrotowy zwrot akcji w dziejach Doctor Who, ale jestem ostrożny z entuzjazmem; w końcu obiecano mi też w tym sezonie niezwykle przerażającego potwora i wciąż nie jestem pewien, o którego chodziło, bo żaden nie zrobił na mnie aż takiego wrażenia.

Tak czy inaczej, jestem pewien, że za tydzień dużo będzie się działo i ciekaw jestem, dokąd to wszystko zmierza.

A tak w ogóle, to trochę mi smutno, że po ucieczce z zaatakowanej planety Yaz i Graham tak jakby zapomnieli o Ryanie.

Mandalkor: Ok, ja się pytam: co tu sie odcybermaniło?! Jest sobie wątek z poprzedniego odcinka, że Doktor chce odkręcić to, co nabroiła. Nieładnie tak nie słuchać swojego przyjaciela, oj nieładnie! Z tego wynika wątek cyberwojny i ścigania niedobitków ludzi przez niedobitki Cybermenów. Wkracza Doktor, robi, co może, żeby pomóc. Spoko, klasycznie, bardzo sci-fajowo, czego ostatnio tak bardzo nie czułem. Kosmos, obce światy, technologie przyszłości. Ostatnio za często była Ziemia, więc się moje wewnętrzne whovianiątko cieszy niezmiernie. I ten banan na twarzy, gdy zobaczyłem sprzęty Doktor, specjalnie zaprojektowane do walki z Cybermenami (było już w New Who, że mają słabość do złota czy to przypomnienie z klasyków?). Albo ten statek ze złomu, który tak bardzo niezrozumiale się porusza w kosmosie. Fizyka nie tak działa, ale miło, że próbują. Wspomnę tylko fakt, że zgodnie z prawami fizyki wystarczyłby im jeden impuls, żeby dolecieć do hangaru. Nie o tym jednak jest ten tekst…

Nowy design Cybermenów klasy wojownik jest według mnie genialny, bo łączy elementy wyglądu tych z Classic Who z tymi z New Who. Podział team TARDIS, choć zorganizowany w dość dziwny sposób, dał szansę zabłysnąć Yaz i Grahamowi, którzy nauczeni przez Doktor niepoddawania się, pomogli niedobitkom jak mogli. Szklanka w połowie pełna, tak? I czy mi się wydaje, czy Ryan podczas ucieczki zdawał się wybrać rozdzielenie się z nimi? 

Jest sobie też wątek przygarniętego przez wspaniałych, dobrych ludzi dziecka porzuconego przez biologicznych rodziców (mam nadzieję, że nie dlatego, że było rude!). Bardzo mi się pomysł na ten wątek spodobał, ale zaczęły się już schody, bo gość okazał się być nieśmiertelny, a jego przybrani rodzice się jakby nie bardzo starzeli (choć co ciekawe, pan policjant już tak). Na dodatek nie widać kompletnie żadnego powiązania z resztą wątków, co nie bardzo mi w smak, ale najwidoczniej o to chodziło. Zmylić i zaciekawić. I ta końcówka, w której on jest stary, a jego przybrany ojciec i zaprzyjaźniony policjant podłączają go do krzesła elektrycznego, choć wiedzą, że najprawdopodobniej nie umrze? Co jest?

I wreszcie pojawia się wątek Ko Sharmusa, strażnika bramy, która podobno otwiera się zawsze na inne miejsce we wszechświecie i akurat dla Doktor otwiera się na Gallifrey, po czym wyskakuje Mistrz, a Cybermeni ostrzeliwują zamknięte w centrum kontrolnym niedobitki ludzkości i przyjaciół Doktor!! WHAT?!

Ciężko mi powiedzieć, podobnie jak w przypadku Fugitive of the Judoon, czy to był bardzo dobry odcinek, czy po prostu jest namieszaniem nam w głowach, by zachęcić do obejrzenia jeszcze jednego odcinka. Naprawdę nie wiem. Wiem za to, że oglądając go, bawiłem się wyśmienicie i jeśli miałbym możliwość od razu obejrzeć The Timeless Children, to choć nie mam tego w zwyczaju (w sensie nie jestem z tych, co pochłaniają cały sezon naraz), obejrzałbym!

Alternauta: Po raz kolejny w tej serii można tylko zapytać “what the TARDIS?!”. Mamy do czynienia z kolejnym bardzo doktorowym odcinkiem w tym sezonie. I to od Chibnalla. Oczywiście w tym przypadku pełna ocena nadejdzie dopiero za tydzień, po ostatnim odcinku…

Zacznijmy od jasnych stron. A jest ich niemało. Po pierwsze, tak jak w poprzednim odcinku mieliśmy niejednoznaczny dylemat moralny Doktor odnośnie do tego, co zrobić z cyberium, tak w Ascension of the Cybermen od samego początku mieliśmy poczucie prawdziwego niebezpieczeństwa. W zasadzie w każdym z poprzednich odcinków, jak już Doktor wpadła na jakiś plan, to on jednak działał. Tu plan Doktor został po prostu zmiażdżony. I bardzo dobrze, dzięki temu poczuliśmy, że tym razem nie będzie tak prosto i zagrożenie istnieje. Dzięki temu wprawdzie było (i jak na ten moment w zawieszeniu jest) bardzo stresująco, ale dodało większego niż zwykle zainteresowania losami postaci. Tego mi brakowało w erze Trzynastej.

Podobało mi się, że Doktor działa zdecydowanie. “I don’t need your life story” było takie, wydaje mi się, dosyć brutalne jak na Trzynastą, ale było to bardzo doktorowe. Trzynasta jest zdecydowanie pod większą presją niż zwykle. I jeśli ktokolwiek miał wątpliwości, to myślę, że teraz Jodie Whittaker miała możliwość pokazać się aktorsko z bardzo dobrej strony. Tak jak zostało wspomniane wyżej – nie trzeba dodawać, że z trójki towarzyszy jak zwykle pozytywnie wyróżniał się Graham. Obyśmy mogli go zobaczyć w następnym sezonie.

Cieszę się także z powrotu Mistrza. Spodziewałem się go ujrzeć raczej w następnym odcinku. Zawsze to więcej wspaniałego Sachy. BTW, zauważyliście, że teraz on zachęca do subskrypcji kanału serialu? Przypadek? Cybermeni, zwłaszcza obecny lider, również bardzo mi się projektowo podobają. Latające głowy Cybermenów jako drony zwiadowcze? Ciekawy pomysł. Dodatkowo można też zauważyć, że ten odcinek nienachalnie porusza problem uchodźców, którym w razie wojny może być każdy człowiek… 

Nie podobało mi się, że znowu Ryan zapomniał o swojej niepełnosprawności, oferując się do pomocy przy raczej precyzyjnej i wymagającej szybkości czynności. Ale to może tylko takie wrażenie. Ponadto cały czas znowu nie słyszałem muzyki, to chyba chyba jakaś cecha twórczości Akinoli w tym serialu. Wprawdzie zdarzyło się też trochę nierówne tempo odcinka (momenty wątku z Brendanem trochę się dłużyły, zwłaszcza w kontekście braku wiedzy, kim on jest), jednak myślę, że jest to do wybaczenia. Tak samo jak kwestia fizyki poruszania się statku w kosmosie, o czym wspomina Mandalkor. Jeśli Yaz i Graham chwalą się, że to dla nich nie pierwsza taka sytuacja, to jednak powinni mieć sensowniejszy pomysł zamiast niebezpiecznego odcinania systemów podtrzymywania życia. Jednakże rozumiem potrzebę pewnej dramaturgii, no i jednak w czasie oglądania o tym nie pomyślałem,  więc do pewnego stopnia też wybaczalne.

Mamy przed sobą bardzo dużo wątków do wyjaśnienia. Wiemy, że dostaniemy jakieś wskazówki co do następnego sezonu, więc pewnie nie wszystko się wyjaśni. Mam nadzieję, że Chibnall da radę to udźwignąć. Że nie okaże się, że w zasadzie wszystkie problemy rozwiążą się za pstryknięciem palca. Dotychczasowe odcinki napisane lub współtworzone przez Chibnalla (poza Praxeus) trzymały poziom wyższy niż w poprzednim sezonie. Oby kolejny dwuodcinkowy finał nie podzielił losu części dwuodcinkowych finałów z poprzednich lat – zakończenie słabsze od pierwszej części. Łatwiej bowiem namieszać w głowach widzom niczym Mistrz, niż robić tak, by ostatecznie się to wszystko jakoś razem trzymało, jak to robi Doktor. To jest to – Chibnalla pokochamy albo znienawidzimy po 1 marca. 

Lierre: Króciutko, bo panowie wyżej wypunktowali większość rzeczy wartych wymienienia: dawno żaden odcinek nie zestresował mnie tak jak Ascension of the Cybermen. Twórcom świetnie udało się trafić w atmosferę zagrożenia. To chyba łatwiej osiąga się w książkach niż na ekranie – takie poczucie, że teraz to naprawdę się nie uda; wszystkie wyjścia są obstawione, okna zakratowane, a nasze szanse na przetrwanie z każdą chwilą mniejsze. Przerywniki z Brendanem, takie spokojne i zupełnie inne, dodatkowo tę atmosferę zagrożenia pogłębiały – wrzucony w taki kontekst, wątek irlandzki był nie mniej złowieszczy. Jak chyba wszyscy widzowie, jestem ogromnie ciekawa, dokąd to prowadzi – dostaliśmy kilka wizualnych podpowiedzi, że stoją za tym Władcy Czasu. To pasuje. Tylko jak to zostanie sklejone?

Bardzo też doceniam wątek uchodźczy – pokazanie resztek ludzkości, które nie mają już dokąd uciekać i w ostatnim desperackim geście wchodzą do morza, choć nie wiedzą, na jaki brzeg ich wyrzuci. To nawet nie jest metafora. Jako że ostatnio trochę siedzę w temacie (kryptoreklama), to zrobiło to na mnie spore wrażenie. I tak, ja kocham te mało subtelne aluzje do rzeczywistych problemów! Niestety, takie mamy czasy, że nie ma miejsca na subtelności. To raczej nie będzie kontynuowane, bo wchodzi Mistrz, Gallifrey i związane z tym dramy, ale ten krótki obraz zapisał mi się mocno w pamięci.

Mam poczucie, że za parę dni dostaniemy otwarte zakończenie – może nie całkiem cliffhanger, ale sporo wiszących wątków do podjęcia w kolejnej serii. Oby jednak było w tym też trochę satysfakcji z historii.


A jak wam się podobało Ascension of the Cybermen?

Daj na ciastko!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *