Recenzja: Voyage of the Damned

Po raz kolejny Londyn okazał się jednym z najbardziej niebezpiecznych miejsc na Ziemi. Po raz kolejny Święta Bożego Narodzenia stały się wspaniałym pretekstem do stworzenia miłej historii… Chwila, czy na pewno takiej miłej? Zastanowimy się nad tym. 

„Voyage of the Damned” to jeden z pierwszych obejrzanych przeze mnie odcinków świątecznych, o ile nie pierwszy. Nie jestem wybitną znawczynią uniwersum Doktora, ale może w tej recenzji będzie to zaletą – oceniam całą historię, nie rozwodząc się na przykład nad niesamowitym Davidem Tennantem… Ale po kolei.

Początek odcinka natychmiast wprowadził mnie w świąteczny nastrój (może też po części dlatego, że to już za kilka dni). Muzyka, stroje, atmosfera panująca na przyjęciu, coś pięknego! To nic, że wszędzie kręciły się podejrzanie wyglądające anioły, to nic, że od razu poczułam, że coś będzie z nimi nie tak. Może przez porównanie ich do Płaczących Aniołów? Nie zepsuło to jednak radości z celebrowania Świąt.

Od pierwszych scen rzuca się w oczy Astrid Perth grana przez genialną Kylie Minogue – chyba pierwszą tak wielką gwiazdę w uniwersum Doktora. Bardzo podobała mi się jej gra aktorska – mimo że do tej pory niespecjalnie miałam kontakt z jej twórczością, czy to muzyczną, czy aktorską, nie musiała mnie długo do siebie przekonywać. Była wręcz przeurocza! Żałuję tylko, że pojawiła się na tak krótko – myślę, że mogłaby być całkiem dobrą towarzyszką.

Dużym plusem odcinka jest humor. Drobne żarciki są równomiernie i ze smakiem wplecione w wypowiedzi postaci – ale pod tym względem chyba nigdy nie mieliśmy scenarzystom nic do zarzucenia? – jak przecież nie śmiać się z Brytyjczyków-kanibali („They eat Turkey people!”), uciekającej TARDIS czy „niewielkiej kolizji”, która przecież absolutnie nie zagrażała niczyjemu życiu… Och, nie patrzcie tym dziwnym wzrokiem, mnie to śmieszyło! Albo scena nad przepaścią, znaczy, w kotłowni – przecież droga na drugą stronę jest

Tradycyjnie (jak wspominają sami bohaterowie) pojawia się wątek romantyczny. Dla miłośniczek (miłośników?) shippowania Dziesiątego ze wszystkimi towarzyszkami po kolei jest to spory plus. W moim odczuciu dwa pocałunki, nawet w pełni zgodne z tradycją, w ciągu zaledwie siedemdziesięciu minut… to trochę za dużo (zwłaszcza w przypadku kogoś tak niezależnego jak Doktor!) Mimo tego, że lovestory kończy się równie szybko, jak zaczyna (czym jest jeden odcinek w porównaniu do historii Rose…) – równie dobrze mogłoby jej dla mnie nie być. I historia chyba wcale by na tym nie straciła.

Jest, naturalnie, parę rzeczy, do których można by się przyczepić. Dla mnie na przykład działanie śrubokrętu na korek było odrobinę naciągane (chyba że ta sztuczka działała w jakiś inny sposób), a postrzelony Alonso całkiem nieźle się trzymał przez cały czas ratowania statku… ale nie są to bardzo rażące niedociągnięcia i właściwie nie psują odbioru. Jednej rzeczy natomiast dziwię się ciągle i niezmiennie przy każdej nadarzającej się okazji – dlaczego Doktor zawsze dobiera sobie towarzyszy podróży tak szastających własnym życiem… Przecież niektóre śmierci były co najmniej niepotrzebne.

Cytat, który chyba przeszedł do historii.

Podsumowując – uważam odcinek za całkiem udany. Mimo że jest to odcinek świąteczny, święta nie zdominowały tej historii – były raczej pretekstem. To zgrabna, prosta w odbiorze, zamknięta historia, dobra na świąteczny wieczór. Mogę ją spokojnie polecić nawet osobom dopiero zaczynającym przygodę z serialem – raczej zachęci niż zniechęci, a osoby bardziej wgryzione w serial uśmiechną się na wspomnienie co najmniej kilku scen.

A Wy? Co sądzicie o tym odcinku?

thx, doc, goodbye

Thank you, Doctor, thank you! Merry Christmas!

3 thoughts on “Recenzja: Voyage of the Damned

  1. Lubię ten odcinek :) Tennant w muszce to dobry Tennant, Astrid miejscami naprawdę mnie irytowała, a jej śmierć (wózek widłowy, serio?) potrafi tylko mnie bawić – nie wzruszać. Ale mimo to go lubię: za humor, dość ciekawą fabułę, przesłanie (nigdy nie można mówić, że ktoś zasłużył na śmierć). Daję 8/10.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *