Pyrkon 2019 whoviańskim okiem

Po raz kolejny tłumnie pojawiliśmy się na Pyrkonie – niesamowitym festiwalu, na który czekamy cały rok. To świetna okazja do zagubienia się w tłumie, spotkania znajomych, poznania nowych osób, wydania zbyt dużych kwot i… czego jeszcze? Kilka osób z naszej redakcji dzieli się wrażeniami. Zapraszamy do lektury i dyskusji o tegorocznym Pyrkonie w komentarzach!

Lierre: Bywam na konwentach, organizuję je i jedno wiem na pewno: nie chciałabym organizować Pyrkonu. Odpowiedzialność by mnie zabiła. Rozmach przytłacza nawet wtedy, gdy siedzę sobie w kąciku i zajmuję własnymi sprawami. Podziwiam Pyrkon co roku – to chyba był mój szósty? – bo to dla mnie niepojęte, jak tak ogromna impreza może tak sprawnie działać i dawać takie poczucie bezpieczeństwa.

Na Pyrkon trzeba mieć pomysł – nawet jeśli jest się tylko uczestnikiem czy dziennikarzem, którego zadaniem jest obserwowanie i dokumentowanie. W tym roku moim pomysłem był brak planu (nie licząc godzin, które obiecałam spędzić na stoisku Nagrody im. Janusza A. Zajdla) i potraktowanie konwentu jak wakacji. Postanowiłam się nie spieszyć, nie stać w kolejkach, omijać tłum w godzinach szczytu (to jedno się nie udało), spokojnie wypatrywać znajomych twarzy i niczym się nie przejmować. Bardzo polecam tę metodę – spotkań zaliczyłam zaskakująco dużo, wydałam rozsądną ilość pieniędzy (…powiedzmy) i wyjeżdżałam z Poznania z poczuciem, że udało mi się odpocząć (to BARDZO cenne). Serdecznie pozdrawiam uczestników naszego nieformalnego whoviańskiego spotkania i wszystkich, którzy załapali się na nasze spontaniczne transmisje (znajdziecie je TUTAJ, TUTAJ i TU) i dziękuję organizatorom za akredytację medialną. Co roku czujemy się u was naprawdę mile widziani.

Z atrakcji muszę pochwalić kino plenerowe – gdy w sobotni wieczór straciłam wenę na dalsze konwentowanie, a bardzo nie chciało mi się jeszcze wychodzić z Targów, wybawieniem okazały się nocne pokazy filmowe: najpierw Mad Max: The Fury Road, a potem Wywiad z wampirem. Było chłodno, ale i tak super było rozsiąść się na leżaku i w tłumie pooglądać kultowe filmy. Stoiska sprzedażowe odrobinę mnie rozczarowały (były jakby mniej fantastyczne? czułam pewien niedobór rzeczy związanych z popkulturą), za to Strefa Fantastycznych Inicjatyw była sympatycznym, tętniącym życiem miejscem. Najważniejsza zaś jak zwykle była atmosfera – było kolorowo, spokojnie, a obok atrakcji zapewnionych przez organizatorów wyrastały wszędzie oddolne inicjatywy, od pochodów po kółeczka śpiewające piosenki z musicali. Nie sposób się nudzić! A do domu wraca z nami miłe poczucie bycia częścią tak pozytywnego, tęczowego grona. Polecam każdemu wzięcie udziału w Pyrkonie choć raz, to impreza, która zaraża dobrą energią.

Seweryn Dąbrowski: Ach… Pyrkon. Chyba nie ma w Polsce fana szeroko pojętej popkultury, który chociaż raz nie słyszał o tym ogromnym konwencie. Na właśnie, „ogromny” jest w tym przypadku słowem kluczowym. Pod względem wielkości poznański event zjada bowiem inne imprezy tego pokroju na przysłowiowe śniadanie. Kilkanaście potężnych budynków i setki kilometrów kwadratowych zawsze dają się moim nogom we znaki. Ponadto, gdy dodamy do tego dziesiątki wystawców, masę prelekcji/paneli/spotkań oraz potworne ilości ludzi (tym razem Międzynarodowe Targi Poznańskie odwiedziło ponad pięćdziesiąt tysięcy osób!), to wyjdzie nam coś naprawdę niesamowitego. Z perspektywy osoby odwiedzającej Poznań już po raz czwarty z rzędu mogę bardzo pochwalić organizatorów za wykonanie kawału dobrej roboty. Już na pierwszy rzut oka widać duży progres. Mam wrażenie, że właśnie podczas tej edycji udało się uporać z niemal wszystkim tym, co uczestnikom przeszkadzało w latach poprzednich. Odebranie identyfikatora oraz przejście przez bramki zajęło mi niecałe dziesięć minut, a i kolejki na same atrakcje były wreszcie jasno wydzielone – do tej pory w snach nawiedza mnie pytanie: „Przepraszam, a dokąd ty stoisz, ponieważ w tym miejscu krzyżują się chyba z cztery kolejki?”. Dodatkowo, ogromne wrażenie wywarły na mnie punktualność rozpoczęcia i całokształt wszystkich punktów programu, dostęp do informacji na ich temat był dziecinnie prosty. Oddzielne podziękowania należą się tak zwanym gżdaczom. Chociaż sam nie miałem raczej większych problemów, to niejednokrotnie widziałem, jak ci niemal stawali na głowie, aby pomóc innym uczestnikom. Zdaniem podsumowania: Na dzień dzisiejszy inne zloty (łącznie z tymi zagranicznymi) mogłyby się sporo od Pyrkonu nauczyć.

Odrębną sprawą pozostają między innymi prelekcje, czyli coś, co w dużej ilości przypadków sprawia mi na omawianym wydarzeniu największą frajdę. I szczerze… pod tym względem edycja XIX wypadła słabiutko. Oczywiście, to w 100% moja subiektywna opinia i strasznie zazdroszczę osobom, które we wspomnianym programie wypatrzyły dla siebie ogrom interesujących pozycji. Skłamałbym jednak, nie pisząc, że przez chwilę po raz pierwszy złapała mnie nuda. Na szczęście te atrakcje, w których miałem okazję uczestniczyć, wypadły naprawdę zacnie. Szczególnie podobała mi się prelka Juliana Jelińskiego pod tytułem „Najlepsza wersja Mrocznego Rycerza – Batman TAS”. Na Festiwalu Fantastyki byłem tylko w sobotę i niedzielę, więc siłą rzeczy ominęła mnie większość z i tak już niezbyt pokaźnej ilości atrakcji związanej z naszym ukochanym serialem. Jedynymi wyjątkami były spotkanie whovian (o nim w dalszej części relacji) oraz wykład „Wehikuł czasu w popkulturze” poprowadzony przez mojego dobrego przyjaciela Michała Skrzypczaka i Piotra Knapika, reprezentujących polski fandom „Powrotu do przyszłości”.

W tym miejscu wypadałoby wspomnieć coś o kilku rzeczach mniejszych. Kolejność losowa. Po pierwsze, chociaż wystawców była cała masa, to niestety nie przekładało się to na ilość doktorowych gadżetów. Sam zainwestowałem jedynie w trzy przypinki i koszulkę z TARDIS. Wielka szkoda i mam nadzieje, że w niedalekiej przyszłości uda mi się dostrzec więcej dóbr związanych z „Doctor Who”. Po drugie, atmosfera panująca podczas Pyrkonu jest absolutnie cudowna i każdy, kto odwiedził Poznań w okolicach marca, kwietnia bądź maja wie o czym mówię. Po trzecie, coś związanego z podpunktem pierwszym. Nie wiem, czy to tylko ja tak czułem, ale w Krainie Wystawców było niebotycznie gorąco i duszno! Zdaje sobie sprawę, że kilka tysięcy osób zgromadzonych w jednym pomieszczeniu zawsze będzie powodować taki efekt, jednak organizatorzy mogliby, na przykład zarządzić uchylenie mniejszych okien albo pojedynczych drzwi. Każde działanie jest w takim przypadku na wagę złota. Po czwarte i ostatnie, małe żale dotyczące kwestii technicznych. Jestem w pełni świadomy tego, jak trudno dopiąć na ostatni guzik tak wielkie przedsięwzięcie. Wiem również, iż w ramach marginesu błędu zawsze należy mieć na uwadze złośliwość rzeczy martwych. Jednak dopuszczenie do tego, by dany prelegent nie mógł podczas swojej prezentacji skorzystać z dźwięku, jest strasznym foux pas. Tym bardziej, jeśli należy jedynie podpiąć odpowiedni kabel (ok. dziesięć sekund pracy), a wyznaczona do tego osoba (która musiała przecież przejść drobne szkolenie) robi to dopiero po trzydziestu minutach. Proszę, nie zrozumcie mnie źle. Chyba jak mało kto wiem, że każdemu może się to zdarzyć, a rosnący z każdą chwilą stres zapewne utrudniał temu Gżdaczowi logiczne myślenie. Postawcie się jednak na miejscu wyżej wymienionej osoby, której prelekcja oparta jest w sześćdziesięciu procentach właśnie na pokazywaniu fragmentów z jakichś filmów, seriali lub gier, w których głos jest kluczowy.

Na zakończenie muszę wspomnieć o spotkaniu polskich whovian. Było niesamowicie! Niestety przez większość czasu poziom hałasu – siedzieliśmy na korytarzu pomiędzy dwoma pawilonami – był tak duży, że autentycznie nie słyszałem innych rozmówców (w pewnym momencie padło pytanie o to, kto ze zgromadzonych należy do redakcji „Gallifrey.pl” i jakie było moje zdziwienie, kiedy większość osób podniosła rękę, a ja nawet nie wiedziałem, o co chodzi). Co prawda, w związku z moją malutką fobią społeczną i introwertyzmem, przez lwią część rozmów siedziałem jak sparaliżowany ze złożonymi rękami (niczym Spongebob w barze z kubkiem kawy w tym słynnym memie), ale i tak bawiłem się świetnie. Swoją drogą, Loe prowadziła z naszego fanowskiego zebrania live’a, którego zapis możecie obejrzeć tutaj. Ponadto, nie byłbym sobą, gdybym nie wspomniał o cosplayerach. Każdy z nich wypadł(a) bezbłędne. Choć osobiście moje serce skradł Dwunasty Doktor – czyste złoto.

Podsumowując. Czy zatem polecam wybrać się niezdecydowanym na następny Pyrkon? Jeszcze pytacie?! W tej chwili zakreślcie sobie dni 8-10 maja roku następnego w kalendarzu! Każdy, kto interesuje się jakąkolwiek dziedziną popkultury, znajdzie tam coś dla siebie. Okrągłe dwudziestolecie przypadające na dwa tysiące dwudziesty będzie doskonałą okazją do tego, aby po raz pierwszy odwiedzić to wyjątkowe święto fanów fantastyki. Jeśli zaś chodzi o to, co chciałbym zobaczyć na przyszłych edycjach, to moja odpowiedź będzie krótka i zwięzła. Moim skromnym zdaniem, super byłoby spotkać na żywo kogoś związanego z „Doctor Who” – może nie od razu osobę związaną (stricte) z samym serialem, ale na przykład autora/kę jakiegoś komiksu lub książki? Zostawiam Was z tymi przemyśleniami i dziękuje za przeczytanie moich wrażeń.

Ewa: Mimo że jestem konwentową weteranką, to był mój pierwszy Pyrkon. Wrażenia? To ogromna, absolutnie szalona impreza, na której wszystkich i wszystkiego jest za dużo. I pewnie daje się to jakoś ogarnąć, ale wymaga to niezłego planowania, czyli umiejętności, z której, poza życiem zawodowym, zwykle nie korzystam. I tak też było tym razem.

W efekcie festiwal był dla mnie przede wszystkim imprezą towarzyską, która skutecznie pozwoliła mi oderwać się od szarawej codzienności. Pół piątku i sobota minęły mi na masie sympatycznych spotkań, rozmowach z wystawcami, poszukiwaniu fanowskich łupów oraz łapaniu doktorowych cosplayerów i namawianiu ich do pozowania z Dalekiem. Punktem kulminacyjnym tego wszystkiego było oczywiście nieformalne spotkanie osób tworzących i czytających Gallifrey.pl. Zapowiadało się na może godzinę, potrwało dwie z okładem i utwierdziło mnie w przekonaniu, że to po prostu najlepszy, najbardziej oryginalny i pełen inwencji fandom na świecie.

I już to wystarczyłoby, by uznać pobyt w Poznaniu za udany, jednak Pyrkon to oczywiście dużo, dużo więcej, a atrakcje dla wielbicielek i wielbicieli Doctor Who stanowiły może promil jego oferty. Co ma, rzecz jasna, swoje plusy i minusy. Plusy – bo nie samym Doktorem człowiek żyje (herezja, wiem!), minusy – bo większość tego, co z okołodoktorowych rzeczy było dobre, działo się nieoficjalnie i nie każdy miał okazję w tym uczestniczyć. Mimo wspomnianej niechęci do planowania chętnie wzięłabym udział w trochę ambitniejszym i lepiej poprowadzonym spotkaniu niż Lot w niebieskiej budce (jedyne w tym roku wydarzenie poświęcone wyłącznie Doctor Who!) czy zrobiłabym sobie zdjęcie nie tylko w knajpie z Gwiezdnych Wojen, ale i w TARDIS. Oczywiście wiem, że na program mieli wpływ nie tylko organizatorzy, ale też potencjalni chętni, by go współtworzyć, jednakowoż jeden z najstarszych seriali wszech czasów zasłużył na coś więcej niż panel dla początkujących.

Na koniec kilka słów o organizacji. Muszę przyznać, że nawet w porównaniu ze znacznie skromniejszymi wydarzeniami (czyli, oprócz Comic Conów, właściwie z każdym) Pyrkon wypada naprawdę dobrze. Mnóstwo wolontariuszy sprawnie ogarniających przebogaty program, dbałość o szeroko rozumianą przepustowość, nie tylko na bramkach, ale też, na przykład w punktach gastronomicznych czy przy wejściach na prelekcje i panele, bezpłatne noclegi na terenie wydarzenia i atrakcje niemal non-stop – to wszystko sprawia, że spokojnie można określić poznański festiwal wydarzeniem klasy światowej. Oczywiście to i owo można – i trzeba – poprawić, jednak przy wydarzeniach na tę skalę niedociągnięcia są nieuniknione. Czy będę za rok? Trochę to zależy od programu, ale pewnie trudno mi już teraz będzie nie być. A jakby jeszcze była szansa spotkania jakiegoś Daleczka…

A skoro już jesteśmy przy Daleczku, załączamy jeszcze fotorelację z nim w głównej roli! (autorkami zdjęć są Ewa / Paternoster Gang i Loë Fjorsigviss)

 

Daj na ciastko!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *