Mark Gatiss o „Podróży w czasie i przestrzeni”

Został już tylko niespełna tydzień do emisji na antenie BBC2 fabularyzowanego dokumentu An Adventure in Space and Time opowiadającego o początkach „Doctora Who”. W rozmowie dla „The Telegraph” twórca, Mark Gatiss, opowiada o trudnych pierwszych latach produkcji serialu i niezwykłych osobach, które położyły fundamenty pod pięćdziesiąt lat fenomenu.

William Hartnell powiedział kiedyś, że nawet gdyby dożył dziewięćdziesięciu lat, jakaś część magii „Doctora Who” ciągle byłaby z nim.

Jest w tym serialu coś niezwykle magicznego. Geny łączą go z Sherlockiem Holmesem, u źródeł ma H.G. Wellsa, ale najlepsze w nim jest to, że jest oryginalną historią, a nie adaptacją. To jeden z najlepszych pomysłów, jaki kiedykolwiek pojawił się w telewizji.

Jest w „Doctorze Who” coś unikalnie wspaniałego. Kojarzy się z mgłą i listopadem, ludźmi w płaszczach przeciwdeszczowych, autobusami – Wielką Brytanią. Przez ten obraz niczym tajfun przemknęło dwoje młodych ludzi z genialnymi pomysłami: Verity Lambert i Waris Hussein oraz jeden starszy człowiek, William Hartnell, który za ich sprawą przeżył drugą młodość.

Nie tylko Brytania jednak, ale i duch Nowego Świata.

Sydney Newman, ówczesny szef działu dramatycznego BBC, pochodził z Kanady. Przeszedł do BBC z konkurencyjnej stacji ITV, dla której stworzył kryminalny serial The Avengers („Rewolwer i melonik”). Miał wiele pomysłów, a jednym z nich był „Doctor Who” – idealna do popołudniowej herbaty opowieść w klimacie science-fiction, którego był wielkim miłośnikiem. Sydney Newman często to robił: wymyślał coś genialnego, nadawał programowi kształt, dobierał odpowiednią ekipę, a potem odchodził, pozwalając pomysłowi się rozwijać.

Choć bardzo zależało mu na wprowadzeniu projektu w życie, nie jestem pewien, czy zdecydowałby się powierzyć go Verity Lambert, niedoświadczonej, 27-letniej producentce, gdyby widział go jako przyszłą wizytówkę stacji. Wielu miało również zaskoczyć to, że Waris Hussein, pierwszy reżyser, był 25-letnim Indusem. Powiedział kiedyś, że zdobył tę pracę cudem – udało mu się podkreślić swoją angielskość.

W scenariuszu umieściłem scenę, w której operator kamery mruczy pod nosem „świry”. Wydaje mi się, że ludzie w BBC tak właśnie ich postrzegali.

Miałem szczęście poznać Verity Lambert, żałuję, że nie lepiej; była żywiołem. Legendą. Do końca życia była lekko zdziwiona, że ze wszystkich ważnych dzieł, które wyprodukowała (m.in. serial Jonathan Creek, film Nagi urzędnik z Johnem Hurtem w głównej roli i wiele innych), to ten „mały serialik” był tym, z czym przede wszystkim kojarzono jej nazwisko.

William Hartnell był akurat bez pracy, gdy zadzwoniła do niego ekipa „Doctora Who”. Nie był początkowo przekonany, czy chce przyjąć rolę w produkcji dla dzieci. Ale gdy już się zdecydował, trzymał się jej kurczowo. Całkowicie odmieniła jego życie. Stał się dziecięcym bohaterem, był uwielbiany. Coś takiego zmienia człowieka – jeśli nie zachowa się ostrożności, można dorobić się kompleksu zbawcy. Ale jeśli się będzie uważać, to nie ma nic lepszego…

Hartnell był cenionym aktorem filmowym. Szczyt kariery przypadł na lata 40. – zyskał sławę filmami Droga przed nami („The Way Ahead”) i Skała w Brighton („Brighton Rock”). Gdy został Doktorem, miał 55 lat, ale wyglądał na 70 i jego sposób gry temu nie przeczył. Miał trudny charakter, ale nie był potworem. Krążą mrożące krew w żyłach opowieści o jego uprzedzeniach, ale nie wyróżniał się zbytnio na tle swojego pokolenia. Mój dziadek był takim samym rasistą i homofobem jak Hartnell… Ale nie wystąpił w „Doctorze Who”. Zawsze mi się wydawało, że sława sprawiła, że był oceniany niesprawiedliwie surowo.

A był niezwykle czarującym, sympatycznym człowiekiem – i świetnym aktorem. Tragedią było to, jak był przemęczony – produkcja telewizyjna nie wahała się przed wykorzystywaniem aktorów, pracował od rana do nocy, codziennie, i pewnie nawet nie zdawał sobie sprawy, jak to niszczyło jego zdrowie. Zwłaszcza, że nigdy się o nie specjalnie nie troszczył – zawsze pił i palił za dużo.

W „Przygodzie w czasie i przestrzeni” starałem się pokazać, że rola Doktora zmieniła go na lepsze – od tego w końcu są doktorzy, od leczenia.

Podczas kręcenia pierwszego odcinka wszystko szło nie tak – konieczna była powtórka. Wzmocniłem trochę dramatyzm tego momentu, ale wtedy rzeczywiście włączyła się instalacja przeciwpożarowa, bo w studio było za gorąco, drzwi TARDIS ciągle się otwierały, kamery się psuły… Ale najgorsze było to, że Sydney Newman uznał Doktora Hartnella za zbyt nieprzyjemnego. Miał być tylko trochę zrzędliwy, a nie odpychający. Miał jednak na tyle wiary w sukces serialu, że polecił nakręcić odcinek jeszcze raz.

Pierwszy odcinek poradził sobie nieźle, ale emisja zbiegła się w czasie z zabójstwem Kennedy’ego – świat był sparaliżowany tą wiadomością. Pojawiła się konieczność powtórnej emisji pierwszego odcinka przed drugim.

Ale gdy w piątym tygodniu pojawili się Dalekowie…

Ta historia zasługuje na osobny film – to fascynujące, że Terry Nation, scenarzysta, został milionerem, a Ray Cusick, który projektował scenografię, został odznaczony przez dziecięcy program Blue Peter i dostał sto funtów. Najtrudniejsze było dla mnie wybranie, co z tego wszystkiego było najważniejsze, co należy uczynić osią fabuły.

„Doctor Who” był nadawany do 1989 roku – to niesamowite. W ciągu tych 26 lat widać było momenty, kiedy twórcy byli pełni pasji i chwile zwątpienia. Ale wszystko w końcu wychodzi z mody. A potem wraca: potrzebny był ktoś, kto ten serial kochał i był gotów kochać go dalej. Tym kimś był Russell T. Davies.

Pisząc scenariusz, musiałem niektóre postacie połączyć w jedną. To niełatwe dla fana. Ale nie mogłem zignorować zasad opowiadania takich historii, by stworzyć to, do czego zmierzałem: opowieść o ludziach. Mam nadzieję, że nawet osoby, które nie znają „Doctora Who”, znajdą coś interesującego w Przygodzie.

To po prostu film o tym, jak coś się narodziło – i o tym, jak człowiek, który zyskał wszystko, czego kiedykolwiek pragnął, musiał z tego zrezygnować.

Źródło: The Telegraph

BBC pokaże nam An Adventure in Sapace and Time już w czwartek. Z naszej strony możemy obiecać, że postaramy się jak najszybciej zamieścić polskie napisy, by wszyscy mogli cieszyć się tą jedną z największych atrakcji najważniejszego tygodnia dla fanów serialu. Nie zapomnijcie też podzielić się wrażeniami!

mark gatiss

Daj na ciastko!


Profesjonalna (aca)fanka, miłośniczka pokręconych fabuł Moffata, kosmitów, smoków i szynszyli o imionach pożyczonych od towarzyszek Doktora.

Gallifrey.pl  wszystko o serialu Doctor Who

3 thoughts on “Mark Gatiss o „Podróży w czasie i przestrzeni”

  1. To cudowne … mimo, że nie oglądałam ani jednego odcinka z Hartnellem, czekam na ten film z niecierpliwością, na historię o początkach magii Doctora, o powstaniu jego legendy. Jestem Wam wszystkim droga Redakcjo niezmiernie wdzięczna, że odwalacie taką fantastyczną robotę, udostępniając tutaj te artykuły i tłumacząc napisy … to miłe patrzeć, jak polski fandom Doctora rozrasta się, działa i jest bardzo spójny mimo różnic – i ta strona jest tego świetnym przykładem. Dziękuję Wam za to, że prowadzicie ją z taką pasją i zaangażowaniem, dzięki, że jesteście :)
    PS. Ten artykuł zainspirował mnie, dość czekania – odnalazłam w czeluściach internetu Unearthly Child :)

    1. Dzięki za miłe słowa. :) Staramy się, żeby polski fandom mógł posmakować trochę tej ekscytacji rocznicy, zwłaszcza teraz, gdy zbliżamy się do kulminacji… ;)
      Miłego zaprzyjaźniania się z Classic Who. “Unearthly Child” robi ogromne wrażenie. :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *