Joy Wilkinson: Rzeczy najprostsze

Kolejny prezent od twórców Doctor Who dla pokrzepienia fanowskich serduszek w czasach epidemii. Tym razem tekst od Joy Wilkinson, scenarzystki, której zawdzięczamy świetnych Łowców czarownic („The Witchfinders”) z 11 serii.

Wcześniej mogliśmy się zapoznać między innymi z myślami Trzynastej Doktor podczas spadania autorstwa Chrisa Chibnalla, alternatywnym zakończeniem Wojny Czasu napisanym przez Russella T Daviesa, pełnym ciepła opowiadaniem Paula Cornella o trudnych tygodniach izolacji na planecie Calapii, typowym dla tego twórcy, pięknym i nieco wstrząsającym opowiadaniem Stevena Moffata – Straszliwe tudu-du-dum oraz nostalgicznym opisem pewnego spotkania, do którego nie doszło, autorstwa Pete’a McTighe’a.

Joy Wilkinson

Rzeczy najprostsze

Graham nie przepadał za listami rzeczy do zrobienia. Naprawdę nie potrzebował do szczęścia niekończących się kolumn zadań do odhaczania. Wiedział, że w ciężkich czasach ukojenie przynosiły mu rzeczy najprostsze: obserwowanie ptaków w ogrodzie, wycieranie z kurzu kolekcji żab należącej niegdyś do Grace, chowanie przed Ryanem pilota do telewizora. Dawało mu to więcej satysfakcji niż skoki na bungee z marsjańskich gór.

Kiedy Doktor zadała mu pytanie, dokąd chciałby się wybrać, mając do wyboru cały czas i przestrzeń, nie wahał się ani chwili. Mała rzecz, ale zarazem taka wielka – meczyk z pierwszym składem drużyny West Ham, który zdobył puchar.

Marzył o tym od lat, o wycieczce do 1964 roku i spotkaniu Bobby’ego Moore’a na murawie. Był gotów wytarzać się w błocie. To byłby dla niego zaszczyt. Niesamowity przywilej. To jednak, co dostał… no można się było tego domyślić!

– TARDIS mnie po prostu nienawidzi – westchnął, gdy za otwartymi drzwiami nie dojrzał murawy, lecz zatłoczoną halę fabryczną. Bobby’ego Moore’a też nie było w zasięgu wzroku.

– To dziwne – powiedziała Doktor, zerkając na śrubokręt soniczny.

– Wcale nie. Można się było tego spodziewać. Robi to, od kiedy przyniosłem swoją poduszkę. Jakbym ją tym skrytykował! Próbowałem wyjaśnić, że to specjalna pianka…

– To dziwne, bo jesteśmy w odpowiednim miejscu – przerwała mu. – West Ham, poniedziałek, 20 kwietnia 1896.

– W 1896 istniało już West Ham? – zapytała Yaz, próbując, z życzliwości dla Grahama, ściągnąć temat na piłkę nożną.

– Istniało miejsce o tej nazwie, ale klubu jeszcze nie było – wtrącił się Ryan, który przez lata zdążył nasiąknąć piłkarską wiedzą Grahama, choć bardzo starał się go nie słuchać.

– Chwilunia… – Graham westchnął nagle. W oczach pojawiły mu się iskierki. – Posłuchajcie!

Próbowali, ale trudno było rozróżnić jakikolwiek dźwięk poza ostrym ŁUP i BRZDĘK dochodzącym z hali produkcyjnej.

– To nie fabryka, to huta żelaza! Od niej pochodziła ich pierwsza nazwa. Drużyna Thames Ironworks! Dlatego mówi się na nich Hammersi! – serce waliło mu młotem.

– Myślałam, że to od West Ham… – zdziwiła się Yaz.

Graham zmiażdżył ją spojrzeniem, szybko jednak wrócił do głośnego wyrażania entuzjazmu. Bo już to rozgryzł.

– Nie sprecyzowałem, o który puchar mi chodzi, no nie? Więc TARDIS sprowadziła nas do pierwszego. Pierwszy finałowy mecz z drużyną z Barking. Charity Cup! Ostatni rewanż! To dzień, kiedy wygraliśmy 1:0 i zdobyliśmy pierwsze mistrzostwo, w pierwszym sezonie!

– Może trochę ciszej, dziadku – upomniał go Ryan. – Może zawodnicy są w pobliżu, zaspoilerujesz im albo zapeszysz i przegrają. Zmieniłbyś całą historię klubu!

– Trenowali tu, w hucie? – Yaz zaryzykowała pytanie, tym razem Graham jednak był zbyt podekscytowany, by skarcić ją wzrokiem.

– Nie, ale tutaj pracowali. Tutaj się rozgrzewali przed meczem. Odwołuję wszystko, co mówiłem! TARDIS jest najlepsza! Zagram w piłkę z Charliem Dove’em!

– A może nie – Doktor odezwała się wreszcie, a jej ton był ponury. – Co tutaj produkowano?

– Głównie części do statków. Huta współpracowała ze stocznią, o ile dobrze pamiętam.

– Okręty wojenne?

– Tak, zlecenia dla marynarki wojennej. W tym dla innych krajów…

– Dla obcych?

Wszystkie spojrzenia skierowały się na Doktor. Nie żartowała. Poszli trasą wyznaczoną im przez śrubokręt, przez hałas i fale gorąca hutniczej hali, aż do ciężkich drzwi oddzielających pomieszczenie od drugiej hali. Dalej już jednak nie poszli, bo drzwi były zamknięte. Pod nimi krążyło kilku młodych mężczyzn, jeden z nich miał w dłoniach piłkę. Graham nie mógł z siebie wydobyć głosu, jakby zmienił się nagle w onieśmielonego małego chłopca. Mężczyźni byli zaniepokojeni. Doktor również.

– Dlaczego nas zamknęli? – zapytał mężczyzna z piłką. – To jedyna pusta hala. Musimy się tam dostać i potrenować. Kierownik mówił coś o ważnej klientce…

Cała drużyna zamilkła nagle i podejrzliwie spojrzała na Doktor i jej przyjaciół. Może to o nią chodziło, kto wie?

– Spokojnie, też mamy z nimi na pieńku. Dajcie mi minutkę – Doktor potraktowała zamek śrubokrętem i wślizgnęła się do środka. Yaz i Ryan ruszyli za nią, a Graham powlókł się za nimi ze wzrokiem utkwionym wciąż w swoich bohaterach, ciągle bez słowa, jakby obawiając się, jaki dźwięk wyszedłby z jego ust, gdyby odważył się odezwać.

Ogromna hala rzeczywiście była całkiem pusta… a przynajmniej na pustą wyglądała do momentu, kiedy Doktor nie zdjęła filtra percepcji i oczom zgromadzonych ukazał się monstrualnej wielkości statek kosmiczny. Przypominał nieco pancerniki z pierwszej wojny światowej, materiałem jednak raczej niż kształtem; miał latać po kosmosie, a nie pływać po ziemskich morzach. Na kadłubie brakowało jeszcze obcej broni, nie było jednak wątpliwości, że pomieści setkę dział.

– To statek Drakonian, krążownik klasy galaktycznej – Doktor wyjaśniła ze zgrozą w głosie. – Niezbyt zaawansowany model, ale też od pierwszej bitwy z ludźmi dzieli ich jeszcze dobre siedemset lat. Nie wiedziałam, że wasze rasy spotkały się wcześniej.

Zanim jej przyjaciele nakłonili ją, by podzieliła tę porcję wiedzy na możliwe do przełknięcia kawałeczki, otworzyły się inne drzwi i pojawił się w nich elegancko ubrany mężczyzna oraz reptilianka w ciemnozielonej szacie. To nie wymagało wyjaśnienia – było jasne, kto tu jest szefem huty, a kto ważną klientką. Było też wyraźnie widoczne, że nie są zadowoleni z odkrycia, że ktoś węszy w pobliżu ich cennego towaru. Zanim jeszcze Drakonianka zdążyła wypowiedzieć wojnę, Doktor miała już gotowy plan.

– Dzień dobry! Jestem Doktor. Piętnasty drakoniański imperator nadał mi tytuł szlachecki. W porządku, nie musisz się kłaniać, powiedz mi tylko co, u licha, ma znaczyć budowanie okrętów wojennych na Ziemi?

Drakonianka skrzywiła się, ale odpowiedziała bez wykrętów:

– Gdzie indziej mielibyśmy je budować? Nasza cywilizacja jest zbyt zaawansowana. Nie mamy robotników do wykonywania takich prostych prac. Nasi specjaliści zainstalują zaawansowane systemy i układ obronny, ale proste konstrukcje lepiej pozostawić prostym podwykonawcom. Dla obu stron jest to korzystny ekonomicznie układ.

Kierownik aż się zarumienił, słysząc, że postrzegany jest jako prymitywny podwykonawca, nie skomentował tego jednak. Powiedział tylko:

– Dlaczego tak to panią dziwi? Jesteśmy najlepszymi budowniczymi statków na planecie, a grozi nam upadłość. Weźmiemy każde zlecenie, które się pojawi, inaczej nasi pracownicy stracą źródło utrzymania.
Yaz, Ryan i Graham czekali na reakcję Doktor. Na jej oburzenie na postawę obu stron; na przemowę o tym, że budowane na Ziemi statki zostaną kiedyś użyte przeciwko ludzkości, że używanie jakichkolwiek statków przeciwko komukolwiek jest złe, że żadne bogate i zaawansowane imperium nie ma prawa wykorzystywać ludzi jako taniej siły roboczej…

Doktor jednak widziała, że kierownikowi huty naprawdę zależy na tym, by jego pracownicy zarabiali na życie, a Drakonianka to tylko urzędniczka. Wiedziała, że cokolwiek zrobi, okręty wojenne i tak będą budowane w biedniejszych regionach, a używane przez bogaczy, by niszczyć się nawzajem. Nagle ten przyjemny dzień stał się ogromnie przygnębiający. Doktor poczuła, jak zawisa nad nimi czarna chmura poczucia braku sensu. Powiedziała jednak:

– Wspaniale! To ma sens! Tylko że… przyleciałam tu z moimi przyjaciółmi zobaczyć trening przed meczem. Drużyna czeka za drzwiami. Więc może ich tu wpuścimy na kwadrans, żeby się rozgrzali? Możecie też popatrzeć! Nałóżcie znów filtr percepcji i już.

Graham nigdy nie dowiedział się, co przeważyło: tytuł nadany przez piętnastego imperatora czy chłodny, władczy ton Doktor, ale gdy tylko padły te słowa, okręt zniknął, a Drakonianka zmieniła się w drugiego mężczyznę w garniturze. Rozległ się gwizd i zanim się obejrzał, Graham podawał piłkę do Charliego Dove’a i reszty chłopaków, a echo odbijanej piłki niosło się po hali. Yaz i Ryan ustawili się tak, by piłka nie poleciała w stronę ukrytego statku.

Doktor stała niedaleko Drakonianki, komentując i objaśniając jej zasady gry (łącznie ze spalonym) z taką pasją, że kiedy trening się skończył, fundamenty były już położone.

– Mogłabym to wziąć? – Doktor złapała piłkę i kopnęła ją do Drakonianki. Ta podniosła ją, zaciekawiona.

– Taki prosty przedmiot – zamyśliła się (czy też może zamyślił, jako że przyjęła formę ludzkiego mężczyzny). – A jednak to, co się działo, było fascynujące. Czy mogłabym to zabrać ze sobą i pokazać imperatorowi?

Charlie Dove już chciał zaprotestować – a wraz z nim Graham, który liczył na pamiątkę – ale Doktor nie dała im dojść do słowa.

– Oczywiście. Nigdy nic nie wiadomo. Może pozwoli wam pokonać więcej ludzi niż okręt wojenny?

Uśmiechnęła się szeroko, podobnie Graham, który szybko złapał, co miała na myśli. Zapewnił Charliego, że drużyna świetnie sobie poradzi pomimo straty swojej szczęśliwej piłki. W zamian podarował mu przypinkę z logo West Ham.

– Drużyna West Ham? Dobra nazwa! – stwierdził Charlie. – Szkoda, że już zajęta…

– Ależ nie! Ja… ja ją wymyśliłem. Możecie się tak nazwać – wyjąkał Graham. Piłkarze podziękowali mu i wyruszyli w drogę na właściwy mecz – który miał przynieść im wielkie zwycięstwo.

– Dziękuję! – krzyknął Graham do TARDIS, Doktor i wszechświata oraz innych czynników, które mogły mieć wkład w fakt, że właśnie nadał nazwę swojej ulubionej drużynie. Po co lista celów do odhaczenia, kiedy życie samo dostarcza takie niespodzianki, nawet w poniedziałkowy poranek?

Doktor uśmiechnęła się. Nie sądziła, by jeden krótki mecz mógł doprowadzić do uratowania ludzkości pewnego dnia – ale czasami rzeczy najprostsze są najlepsze; jak jej ulubiona ludzka rasa czy te przepiękne, obracające się sfery, czy to na boisku, czy krążące wokół gwiazd. Jeśli nauczyła się czegoś o przyszłości, przeszłości i chwili, która właśnie trwa, to tego, że nigdy nie wiadomo, co wydarzy się za moment. Dlatego właśnie nadzieja zawsze zwycięża.

A jaką przygodę wy chcielibyście przeżyć?

Źródło: DoctorWhoTV

Daj na ciastko!


Profesjonalna (aca)fanka, miłośniczka pokręconych fabuł Moffata, kosmitów, smoków i szynszyli o imionach pożyczonych od towarzyszek Doktora.

Gallifrey.pl  wszystko o serialu Doctor Who

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *