„Halloweenowa apokalipsa” – wrażenia redakcyjne

Zapraszamy do zapoznania się z wrażeniami redakcji z pierwszego odcinka o tytule „Halloweenowa apokalipsa”:

Mandalkor: Pierwszy w historii halloweenowy odcinek „Doctor Who” generalnie mi się spodobał, ALE… I tych ale jest kilka. Bardzo subiektywne ALE numer jeden. Gdy usłyszałem, iż 13 seria ma mieć swój własny podtytuł, zapaliła mi się lampka z ostrzeżeniem. Oznaczało to bowiem, że seria ta będzie, wzorem większości współczesnych seriali, jedną długą historią. I niby ok, nie ma w tym nic złego. Ot, coś innego, nowego. Z tym, że ja z kolei uwielbiam styl epizodyczny. Każdy odcinek o czymś innym, odrębne zamknięte historie, a ewentualnie gdzieś w tle rozwija się jakiś wątek główny. Była to długoletnia tradycja serialu, z którą to seria 13 oficjalnie zrywa. I w moim odczuciu (a przynajmniej na razie) robi to nie najlepiej. Obejrzawszy pierwszy odcinek mam wrażenie, że składał się on z pociętych fragmentów z kilku różnych odcinków epizodycznych (w sensie tych z zamkniętą fabułą). Tu trochę Przypływu (o którym więcej później) i kryształogłowego, tu trochę stacji kosmicznej na skraju galaktyki, tam trochę Sontaran, a jeszcze gdzie indziej jakieś kopanie tuneli w XIX wieku. O, a tu macie Płaczącego Anioła (przecież to Halloween, nie?). O co tam w ogóle chodziło? I tu przechodzę płynnie do ALE numer dwa. Ma ono na imię Chaos. Ten odcinek był tak szybki, pomieszany, chaotyczny i przepełniony treścią, że ciężko mi było się w tym wszystkim połapać. Może właśnie o to chodziło, żeby rzucić nas od razu na głęboką wodę i pokazać wszystkie wątki, które będą rozwijane. No ok, tylko mnie się to osobiście nie bardzo spodobało. Kolejne, to małe, zasługujące na wyróżnienie ALE numer trzy. To ALE ma na imię Przypływ. Według mnie za szybko się wyjaśniło, o co chodzi, zdecydowanie bardziej wolę aurę tajemnicy. Wydaje mi się przez to, że seria rozpoczyna się od zbyt wysokiego pułapu dramaturgii i dalej będzie się mogła tylko cofać, ale zobaczymy. Dość istotne i niezbyt zaskakujące ALE numer cztery – fabuła Halloweenowego odcinka ma tyle wspólnego z Halloween, co odcinek Wielkanocny (pamiętacie w ogóle, że był taki?) z Wielkanocą. Ot, kilka razy jest powiedziane “Cukierek, albo psikus”, są stroje dzieci i dynie. Nawet jakoś strasznie nie jest.

Dobra, to teraz pozytywy, żeby nie było, że niby mi się odcinek spodobał, a tylko się czepiam. Bardzo doceniam masę easter eggów, jakie się pojawiły w tym odcinku. A pewnie i tak nie wszystkie wyłapałem! Ładunki Nitro-9, które uwielbiała towarzyszka Siódmego, Ace. Młotek, którego najczęściej używał Dziesiąty, kiedy TARDIS nie chciała działać. Stacja obserwacyjna o nazwie Rose (nie sądzę, żeby to był przypadek!). No i Trzynasta, która ma masę rzeczy w kieszeniach i mówi, że Ziemia jest broniona. Może to nie takie typowe jajka wielkanocne, ale miło sobie przypomnieć, że pewne rzeczy bez względu na wcielenie się nie zmieniają. Przyjemnie jest wiedzieć, że się również zmieniają, jak np. to że Trzynasta nie nosi zegarka, na który taki Jedenasty zerkał nagminnie. Wrażenie zrobiła też na mnie Yaz, która aktywnie i umiejętnie pomaga Doktor w akcji. Ta scena z drugą pilotką była cudowna! Zostając przy towarzyszach, Dan od razu skradł moje serce. Gość ma swoją pasję i uwielbia o niej ciekawie opowiadać (nawet jeśli na tym nie zarabia, a wręcz chcą mu tego zabronić). Ciekawe było też to, że pokazano go jako człowieka biednego, ale i tak oddającego ostatnią zupę osobom „bardziej potrzebującym”. Cudowny altruizm. Trochę słabo, że podobnie jak Graham, nazwał Doktor per „Doc”, ale może to jedyny raz. Poza tym chyba jakoś mało zdziwiło go większe w środku wnętrze TARDIS. Choć możliwe, że bardziej zdziwiły go wszystkie inne wydarzenia tego dnia. Niezmiernie sympatyczna była scena, w której mieli się z Yaz skradać, a Dan wyskoczył i musiał coś głośno przygadać psu, który go porwał. No właśnie, jak już o kosmopsie imieniem Karavanista mowa, to była to interesująca postać. Był bardzo naburmuszony i niezadowolony z zadania, które otrzymał, a jednocześnie i tak na tyle honorowy i obowiązkowy, żeby je wykonać. Genialny pomysł z tym, że pies to nadal najlepszy przyjaciel człowieka. Tylko ciekawe, czemu tak bardzo nie chciał o tym po prostu powiedzieć, cały problem z Danem próbującym mu uciec by zniknął. I nie mogę się oprzeć także wrażeniu, że ta postać naprawdę miała być takim drobnym mrugnięciem oczkiem do fanów „Gwiezdnych Wojen”. Wielki, włochaty, jego obowiązkiem jest ratowanie człowieka (nawet jeśli w tej wersji ten człowiek nie uratował mu życia), a na dodatek próbuje stosować tzw. mind trick i ma świetlny topór. To aż nazbyt rzuca się w oczy.

Kończąc, chciałbym dodać, że podoba mi się projekt Sontaran. Bardzo podobny do tego z Classic Who. Poza tym uwielbiam dźwięk Dzwonu Arkadowego, także bardzo ucieszyłem się, że mogłem go usłyszeć raz jeszcze (nawet jeśli niechybnie zwiastuje on całkowitą zagładę). Aha, no i genialny motyw z tymi dodatkowymi drzwiami w losowych miejscach w TARDIS. I w ogóle pokazanie, że coś z nią nie tak w związku z tym całym Przypływem. Zobaczymy jak to będzie postępować.

Dominek: Odcinek miał w moich oczach tyleż zalet, ile wad. Wreszcie jakaś postać (konkretniej Dan) miała charakter ukazany jej działaniami, a nie tylko przedstawiony w formie czyjegoś monologu. Wreszcie dialogi nie wołały o pomstę do nieba, a forma jednej, długiej historii jaką będzie cały sezon zamaskowała nieco braki w podstawach pisarskiego warsztatu Chibnalla, konkretniej chodzi tu o nieumiejętność podzielenia odcinka na wstęp, rozwinięcie i zakończenie. Niestety wady też były, chociażby irytujące dziury fabularne – czemu na przykład pan pieseł, który nie pełnił wśród swojej rasy jakiejś dowódczej funkcji nagle wydaje rozkaz i cała armada od razu rzuca się by go wypełnić? Z innych spraw postaci kobiece z Doktor na czele nadal są niesamowicie niekompetentne, a szumnie zapowiadany Vinder pokazał się od bardzo złej strony – jego wejście to nudna ekspozycja, której nie umie przerwać nawet, gdy powinien dać nogę.  Sprawca całego fluxowego zamieszania też nie powala – ani wyglądem (co to ma być te kryształy na buźce?) ani też tym, że uwolnił się ze swego pradawnego więzienia mocą złego pisarstwa – pyk i jest wolny, bo tak. Polubiłem za to wspomnianych już Dana i pana pieseła. Ten pierwszy jest mega sympatyczny (i ma odpowiadające mi tło fabularne) a ten drugi ma fajny temperament. I wyposażenie przydatne w jego misji. Jeśli chodzi o cały główny wątek to wszystko może pójść w bardzo różne strony, na razie nie da się tego ocenić, ale mocno się zdziwię, jeśli dostaniemy jakiekolwiek informacje na przykład o tajemniczej parze, którą wspomniany już główny zły zaatakował celem zwerbowania swojej siostry. Intrygują (czy raczej intrygowałyby, gdyby pisał to ktoś inny, kompetentny) też zagadki jak na przykład kolejni członkowie Dywizji (którzy na 110% z Gallifrey nie pochodzą, jak choćby pan pieseł – to mnie trochę zbiło z pantałyku) czy coś w rodzaju dziwnej choroby, która oddziałuje na pewną budkę. No i moi marmurowi ulubieńcy – jak nic dokonuję tu nadinterpretacji i, parafrazując Ósmego Doktora, widzę powiązanie tam, gdzie go nie ma, ale może to, że Płaczący Anioł atakujący Claire nie zmieniał pozycji, a tylko się przybliżał cały czas zakrywając oczy, będzie miało jakiś związek z dawno zapomnianym wątkiem buntowników, których Rassilon (w najgorszym, pomijając Chibnallowe, odcinku ever, czyli The End of Time) ukarał i użył określenia „jak płaczące anioły przeszłości”. Pozycja była identico. Ech, rozmarzyłem się…

Alternauta: Moje wrażenia spisuję z pewnej perspektywy czasowej niż koledzy wyżej, a także będąc już po obejrzeniu odcinka numer dwa. Początkowo odcinek podobał mi się bardziej, z czasem jednak dostrzegłem więcej rzeczy, które mi nie zagrały, jednakże dalej uważam, że jest to wreszcie dobry odcinek od Chibnalla.

Nie da się oprzeć wrażeniu, tak jak pisze Mandalkor, cały odcinek wprowadza tyle wątków i jest tak poszatkowany, że nie dziwię się, że wiele osób ocenia „Halloweenową apokalipsę” źle, bo po prostu się zgubić. Moim zdaniem najlepiej zostało zrobione wprowadzenie odcinka z Aniołami. Jeśli cały sezon będzie takim miksem wątków, a na to się zapowiada (choć ten odcinek jako wprowadzenie pewnie będzie miał z tym największy problem w sezonie), to przeczuwam, że ktoś zrobi montaż, który będzie stylem bardziej przypominał odcinki epizodyczne – choćby tego Vindera można było pokazać później, gdy będzie odgrywał większą rolę. Niemniej muszę to przyznać – Chibnall z taką ilością wątków i postaci poradził sobie nadspodziewanie dobrze.

A skoro o postaciach mowa, trzeba zdecydowanie pochwalić Dana i Karvanistę (mam nadzieję, że wróci on jeszcze do serialu nie tylko w serii 13) – scena ich pierwszego spotkania jest po prostu świetna, zero zbędnego dialogu. Ba w tej scenie mieliśmy wreszcie to, czego tak bardzo brakowało wcześniejszym seriom w odcinkach Chibnalla – wprowadzenie cechy postaci poprzez pokazanie jej (odporność na kontrolę umysłu czy chęć oprowadzania ludzi) zamiast powiedzenie o niej, czego najlepszym przykładem był kapitan Jack, który dwa razy podkreślał, że jest nieśmiertelny. Generalnie w całym odcinku było mniej takiej zbędnej ekspozycji czy powtarzania co chwilę właśnie uzyskanych informacji dla wydłużenia odcinka. Zapewne pomógł tu paradoksalnie natłok wątków – po prostu nie było czasu na zbędne gadanie, choć taki Vinder czekał z ucieczką do samego końca  – zapewne po to, by efektownie uciekać na tle zniszczenia, czego normalnie nikt by nie zrobił, ale może się to wyjaśni sensownie, gdy poznamy przyczyny, dla której siedział na tej stacji Rose (nie ma przypadków!). Wygląda także na to, że plotki o chorobie TARDIS się sprawdziły chociaż częściowo – nic dziwnego, skoro coś złego dzieje się z całą rzeczywistością a szwankowanie TARDIS było ostatnio coraz większe. Kostiumowo także mi się podobało – uważam, że stary Rój miał groźniejszy wygląd, ale obecny także nieźle wypada i podoba mi się póki co ta postać. Znacznie ciekawszy wróg od Tima Shawa i prawdopodobnie z lepszymi motywacjami niż Mistrz. Muzycznie także uważam, że coś się ruszyło do przodu. W końcu muzyka nie była zupełnie wyłącznie niesłyszalnym tłem w trakcie oglądania, ale do tego, co było w czasach Golda jeszcze daleko. Pochwała należy się także ekipie od efektów specjalnych (może poza pierwszą sceną nad morzem kwasu, której jakość przywodziła mi na myśl trochę seriale typu „Świat według Kiepskich”) – planety niszczone przez Przypływ wyglądają naprawdę niesamowicie. Za fajne uważam też mrugnięcia do fanów Dziewiątego, czy chociażby „Gwiezdnych Wojen”. W trakcie pracy nad napisami, zrozumiałem także, skąd Doktor wzięła wirusa do hakowania statku Karvanisty – był to słynny odcinek „Praxeus”, wtedy właśnie widzieliśmy wirusa skaczącego. Zgadzam się także z Mandalkorem w sprawie dźwięku Dzwonu Arkadowego – jest to świetna rzecz, która łączy ten odcinek w przeszłymi erami i zawsze lubiłem ten dźwięk.

Natomiast  – jak pisałem wcześniej –  jest w tym odcinku parę niekonsekwencji, chibnallizmów, których nie powinno być – wspomniany Vinder, który czeka z ucieczką do ostatniej chwili; Karvanista, przyjaciel człowieka, który do niego strzela (a po wyłączeniu broni na myśl mu nie przychodzi, że może jej użyć jako pałki/zwykłego topora); ustawianie odliczania czasu, tak jakby Karvanista nie mógł się zdecydować, czy chce się pozbyć Doktor i Yaz, czy lepiej dać im szansę na ucieczkę. Wreszcie Doktor i Yaz. Przykro mi Chibs, ale nie jestem w stanie uwierzyć, że te dwie panie spędziły ze sobą tyle czasu i jeszcze nazywają się przyjaciółkami, skoro jedna z nich ma takie opory przed powiedzeniem drugiej chociażby skrawka prawdy o sobie. Serio, co by się stało, gdyby Yaz wiedziała o Dywizji? Szkoda, że największy rozwój ich relacji nastąpił znowu pozaekranowo, ale czego obawia się Trzynasta? Porzucenia? Wątpliwe ze strony Yaz. No i mam nadzieję, że zostanie wytłumaczone, w jaki sposób udało się złapać tak potężną istotę, która w zasadzie w parę chwil zniszczyła Wszechświat (oczekiwanie można wytłumaczyć zniszczeniem Gallifrey w finale ostatniego sezonu) zgodnie z zapowiedziami Chibsa, choć przypuszczam, że pewnie zrobi to Big Finish. I obawiam się, że podobnie łatwo i prosto może się to zakończyć w finale. Oby nie. No i kwestia odcinka Halloweenowego – skończyło się tak, jak napisał Mandalkor, miałem nadzieję na chociaż straszniejszy odcinek.

Ciekawi mnie, czy „Halloweenowa apokalipsa” byłaby lepiej oceniana, gdyby całość była bardziej dostosowana nowego dla New Who formatu, czyli gdyby nadano od razu cały sezon, tak jak robi to na przykład Netflix. Nie trzeba by było czekać tyle na rozwiązanie niektórych wątków, zapewne też łatwiej byłoby potraktować serię jako całość – tak szumnie zapowiadaną przez Chibnalla.

Podsumowując, oglądało mi się ten odcinek przyjemnie, ten sezon ma szansę być najlepszym sezonem Chibnalla, choć taką mnogość wątków może być łatwo popsuć. Trzymam jednak mocno kciuki, gdyż Trzynasta oraz Jodie naprawdę zasługują na dobry sezon, a wydaje mi się, że obecny showrunner lepiej się w takim formacie czuje, co było widać w Broadchurch, gdzie przecież też poza jednym odcinkiem, we wszystkich trzech sezonach pisał scenariusze sam.

A jakie jest Wasze zdanie o odcinku „Halloweenowa apokalipsa”? Zapraszamy do dyskusji na naszej grupie Polscy Gallifreyanie oraz na naszego Discorda.

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.