Doktora wzloty i upadki

Jeszcze trzy, cztery lata temu na każdym konwencie, czy to w Polsce, czy w Wielkiej Brytanii, roiło się od whovian. Wspomnę rok 2014: na Pyrkonie morze fezów, na Polconie doktorowy t-shirt nosiło na oko 90% uczestników, na Cardiff Comic-Conie można było spotkać cosplayerów prawie każdego Doktora oraz z dziesięciu aktorów z serialu. Był to praktycznie mój pierwszy rok aktywnego konwentowania i biedne, naiwne dziecko, wyobrażałam sobie, że tak jest i będzie zawsze. Szczerze mówiąc, wówczas łatwo było uwierzyć, że Doktor Who i jego fandom nie przeminą nigdy: torebki i koszulki z TARDIS widywało się nawet na polskich ulicach, a memy o Doktorze na kwejku; na tumblrze każdy był (o zgrozo) „superwholockiem”, a w dzień pięćdziesięciolecia wybuchł internet. Wszyscy oglądali Doktora, albo go chociaż kojarzyli. Obecnie wydaje się, że złota era jest już za nami, a fandom przeszedł niejako w stan spoczynku; jeszcze nie umarł, nawet nie powiem, że ledwo zipie, ale daleko mu do rozmiarów czy aktywności z czasów Dziesiątego/Jedenastego Doktora. Co poszło nie tak?

Dwunasty niewystarczająco przystojny, jak ponoć stwierdzili telewizyjni „eksperci”?

Może to niewłaściwe pytanie; zastanówmy się w zamian, skąd ówczesna popularność Doktora? Oczywiście, starzy fani wypełzli ze swoich nor, głodni nowego materiału (bo wierzcie mi, nawet te sto pięćdziesiąt książek z Siódmym i Ósmym może wam się skończyć); ale przecież pojawiło się w fandomie niemało świeżej krwi. Szczerze mówiąc, nie dziwota, kiedy ramówka każdej stacji telewizyjnej wypełniona była na zmianę telenowelami i sztampowymi serialami kryminalnymi, i od czasu do czasu czymś o superbohaterach lub zjawiskach paranormalnych, zazwyczaj nieszczególnym. Obecnie zaś wystarczy przejrzeć pół pierwszej strony Netflixa, by znaleźć pokaźny zasób dobrej jakości, oryginalnej fantastyki przekraczającej tradycyjne granice gatunków, pełnej fascynujących postaci oraz świetnych pomysłów: krótko mówiąc tego, czego oczekujemy od Doktora… Innymi słowy, odmienność stanowiąca podstawę sukcesu Doktora Who spowszedniała; wciąż jest to serial niepodobny do żadnego innego, ale seriali niepodobnych do żadnego innego mamy teraz w bród. Ludzie mają z czego wybierać i już niekoniecznie wybierają Doktora, i trzeba by bardziej o tę odpływającą publiczność zawalczyć.

Ale przecież nie jest chyba aż tak źle, ktoś się zapewne zaraz odezwie. Przestań wreszcie narzekać, powiedzą. (Słuchajcie, ja bym się mogła wynajmować jako zawodowy narzekacz. Za 10 złotych na godzinę będę profesjonalnie narzekać na wszystko). Dziewiąta seria mi się podobała, powiedzą – z tego, co się orientuję, większości się podobała. (Mnie niezbyt, z wyjątkiem Daru niebios (“Heaven Sent”), który uważam za najlepszy odcinek od czasów czwartej serii, ale o gusta nie będę się spierać). Dziesiąta seria została przyjęta bardzo różnie – czy to z powodu (niestety) kontrowersyjnej nowej towarzyszki, czy też zmęczenia moffatowego materiału, nie wiem; ale nawet ja, chociaż zakochana po uszy w najnowszej załodze TARDIS oraz kilku pomysłach ostatniej serii, muszę przyznać, że wypadła dość miałko, składając się w większości z odcinków, na których dobrze się bawiłam, ale za tydzień o nich zapomnę. Cóż, przynajmniej nie dotknęliśmy jeszcze dna, dopóki Peter Capaldi nie nagra kiczowatego teledysku z prośbą o uratowanie serialu (link dla tych, którzy nie wiedzą, do czego piję; za w geście rozpaczy obcięte uszy i wydłubane oczy nie odpowiadam)… Wciąż jednak będę twierdzić, że przyszłość Doktora Who na chwilę obecną przedstawia się dość mgliście i niepewnie.

Z jednej strony wydawałoby się, serial ma się dobrze: Chińczycy kupili, nowy showrunner już zatrudniony, czyli parę lat co najmniej jeszcze zostanie na antenie, wciąż cieszy się niejakim zainteresowaniem, może się jeszcze odbić. Z drugiej strony, są też złe wiadomości. Gdzieś doszły mnie słuchy o problemach z dzierżawą terenu pod studio Roath Lock, gdzie kręci się Doktora. Już wiadomo, że pomimo protestów i petycji, decyzja o zamknięciu wystawy Doctor Who Experience nie została anulowana i tak w Cardiff Bay będzie się pojawiać średnio pół turysty dziennie, ale to już nie mój problem. Bardziej mnie martwi kwestia następnych Doktorów. Użyta tutaj przeze mnie liczba mnoga jest z jednej strony próbą przeniesienia z angielskiego na polski „bezpłciowego” pojedynczego „they”, a z drugiej strony wyrazem martwienia się na zapas. Jaki/akolwiek nie będzie Trzynasty/a Doktor, czas leci szybko i ani się obejrzymy, a będziemy przerabiać tę samą dyskusję jeszcze raz – pytanie tylko, w jakich warunkach.

Mytherios pisał ostatnio o Doktorach urojonych, nieoficjalnych kandydatach do roli wytypowanych drogą plotek i spekulacji; 3/4 z nich to biali mężczyźni i jakoś mi tak od nich zalatuje przeczuciem tego samego typu ogranej ekscentryczności, który przerobiliśmy do znudzenia (nawet jeśli są dobrymi aktorami; to już bardziej problem powielania schematu roli czy też scenarzystów). I już się w wielu z was pewnie gotuje soczysta odpowiedź o moim „odwrotnym” rasizmie i seksizmie; ale zanim pobiegniecie komentować, dajcie mi chwilę.

Żyjemy w trudnych czasach. W czasach rewolucji. Nie takiej nagłej i głośnej, z burzeniem murów i maszerowaniem ulicami – choć tego też się przecież sporo dzieje; takiej cichszej, ale też głębszej. Opresjonowane grupy odnajdują swój głos już od jakiegoś czasu i już od jakiegoś czasu wychodzą im naprzeciw reakcjoniści; ale przez ten upływ czasu, połączony z rozwojem masowych mediów, to starcie dotarło do każdego z nas.

Żyjemy w czasach upolitycznionych. Żyjemy w czasach wojny – w naszym zakątku świata na szczęście nie wojny na bomby, a tylko na idee; ale życie podczas takiej wojny też nie jest łatwe. Idee trudniej zabić niż ludzi i nie ma przed nimi schronu. Chcielibyśmy chociaż na chwilę się odprężyć, zapomnieć, odepchnąć, zamieść pod dywan; nie być zmuszanymi do rozważania własnego sposobu myślenia, nie mieć głowy zawracanej wielkimi problemami. A tu co? Kontrowersyjne idee napierają zewsząd. Czy rozrywkowy serial emitowany w sobotnie popołudnie ma prawo, czy ma moralny (lub jakikolwiek inny) obowiązek być nośnikiem takich idei? Nie będę tego oceniać. Ale powiem wam jedną rzecz. I nie jest to przytyk, bo w końcu to nie człowieka wina, jaki się urodził, ale wciąż jest to prawda: osoba nie należąca do jakiejkolwiek społeczności tradycyjnie źle lub słabo reprezentowanej w mediach – kobiety, czarnoskórzy, niepełnosprawni, osoby LGBT i tak dalej – nigdy w pełni nie wyobrazi sobie tej szczególnej radości, kiedy wśród masy innych bohaterów widzisz nagle jednego takiego, jak ty. To taka szczególna sytuacja, kiedy niby patrzysz na postać bardzo powierzchownie, a jednocześnie przekaz trafia głębiej. A jeśli Doktor Who nie jest o dawaniu ludziom takiej radości, nadziei i szansy, o przełamywaniu schematów, o tym, że w obliczu dużej lub małej rewolucji nie powinniśmy zatykać uszu, zamykać oczu i ust i próbować ją przeczekać – to nie wiem, o czym jest. Takie jest brzemię science fiction, gatunku od zawsze na zawsze skazanego na tę dziwną mieszankę prostej rozrywki i ważkich idei, od których w dzisiejszych czasach lepiej uciekać od niż do telewizora.

No dobrze, załóżmy więc, że się stało. Trzynasty/a reprezentuje kogoś – kogoś niebędącego białym mężczyzną. I co? Część fanów na pewno się zbuntuje, choć myślę, że nie doceniamy ani chęci, ani zdolności adaptacji do zmian (oraz ich akceptacji) tego fandomu; a ryzyko utraty widzów istnieje zawsze, nawet przy zmianach mniej kontrowersyjnych. Reszta się zatem przyzwyczai. Oto druga strona medalu: w idealnym świecie reprezentacja nie ma znaczenia. U dobrze i bezstronnie napisanej postaci cechy takie jak płeć, orientacja seksualna czy kolor skóry są tylko fasetkami całości i nie wokół nich obraca się fabuła, więc fundamentalnie nie mają większego znaczenia. Z tego, co wiemy o Władcach Czasu, na podstawie Expanded Universe oraz serialu, z pewnością nie miałoby to znaczenia dla Doktora. (W świetle tamtej kwestii z Gdybyśmy mieli czasu więcej (“World Enough and Time”), przypomina mi się inny dialog, z powieści Interference Lawrence’a Milesa, z Ósmym Doktorem: „[You’ve never been a woman, have you?] –I’m not sure I’ve ever even been a man.”) Ludzie mogliby go wprawdzie traktować inaczej, zwłaszcza w odcinkach historycznych, ale w gruncie rzeczy… Z tym, że nie żyjemy w idealnym świecie, więc reprezentacji potrzebujemy. Choćby było jej tyle, że mniejszości wydadzą się większością: lepiej włączcie wtedy telewizory i przyzwyczajajcie oczy, bo oni już nie odejdą, nie wrócą do szafy ani do kąta. Fix your hearts or die, chce mi się zacytować za Davidem Lynchem, choć brzmi to brutalnie. Ale wracając do rzeczy: chodziło mi o to, że jeśli zbliżymy się do tego idealnego świata o parę kroków, o ile serial nie zginie gwałtowną śmiercią z powodu jakiejś niesamowicie radykalnej decyzji w stylu kobiety w głównej roli (poczuliście sarkazm? dobrze), jeśli większość widowni zdoła przejść nad zmianami do porządku dziennego, to wracamy do starej stagnacji. Czy w idealnym świecie będę obchodzić stulecie Doktora? Czy będzie on wówczas wciąż świeży i ekscytujący, czy stanie się jednym z tych seriali, które ciągnęli za długo? Bo jakkolwiek nie jestem gotowa się z nim żegnać, to by mnie zasmuciło jeszcze bardziej. Może warto zastanowić się, jakby tu zejść ze sceny z godnością?

Ale nie chcę kończyć tak pesymistycznym akcentem, kiedy nawet na ekranie – cud nad cuda, powinni byli go zostawić na święta – zakochane w sobie dziewczyny powstają z grobów, by żyć długo i szczęśliwie, choćby jako migające światełko w oddali. (Hej, prawie jak w San Junipero! Więcej zakończeń jak z bajki dla postaci LGBT mi do głowy nie przychodzi). Skończę więc inaczej, na pocieszenie (a także pod rozwagę) bojącym się zmian oraz bojącym się bojących się zmian, fragmentem posłowia, które w 1997 roku Lance Parkin napisał do The Dying Days, ostatniej książki cyklu VNA, będącej zarazem pierwszą książką z Ósmym Doktorem:

[Wydawnictwo] Virgin było nieustannie przez pewne kręgi oskarżane o „zdradę”, „przepychanie własnych poglądów”, „zmiany dla samych zmian” i w tym wszystkim „ego, które zniszczy Doktora Who”. Podobnie, oczywiście, jak EDA, Dan Freedman, Big Finish, Phillip Segal, Curse of Fatal Death, JNT, Robert Holmes, Patrick Troughton i, jeśli cofniemy się w czasie odpowiednio daleko, Nigel Kneale, H. G. Wells i pierwszy jaskiniowiec, który pomazał farbą ścianę. Jeśli robisz Doktora Who i nie wzbudzasz tego typu reakcji, to prawie z pewnością robisz coś monumentalnie źle.

[A wraz z nową serią] Doktor nie wraca – on nigdy nie odszedł i nie odejdzie.

Tak długo, jak jesteśmy gotowi go zaakceptować, dodam od siebie.

PATRONITE



Zagorzały fan klasyków oraz Expanded Universe. Serce oddał Trzeciemu, a duszę przez Ósmego zaprzedał Big Finish. Wbrew obiegowej opinii, ma jeszcze życie poza Doktorem. W przyszłości chce zostać Kuzynem w Faction Paradox.

Gallifrey.pl  wszystko o serialu Doctor Who

2 thoughts on “Doktora wzloty i upadki

  1. Ja tam bym nie miał nic do Doktora murzyna czy kobiety, ale to zależy jak by był/a napisany. W zasadzie po “The Doctor Falls” zacząłem się psychicznie nastawiać, że następnym Doktorem będzie kobieta, tyle tam było aluzji do tego, że już na wszelki wielki zacząłem się przestawiać. Najgorsze jest to, że Dwunasty stał się moim Doktorem (a nie sądziłem, że kiedykolwiek którykolwiek Doktor wyprze Dziesiątego) i tym bardziej ciężej będzie mi się z nim rozstać i powitać kogoś nowego na jego miejscu.

  2. Stanu brytyjskiego fandomu nie skomentuję, ale odkąd poznałam polski fandom pod koniec 2014 roku:
    1) nie widziałam tylu dzieci fanujących ten serial co teraz. Owszem, pojawiały się tu i tam wieści o kilkuletnich dzieciach fanów serialu, ale mieliśmy lukę u dziesięcio-, dwunastolatków, którzy się w tym roku pojawili na whomanikonie i widać też ich w sieci.
    2) jest lepiej pod względem wspólnego egzystowania. Sporo osób przekonało się do serialu na powrót przy Dwunastym, a sporo dowiedziało, jak to jest tęsknić za swoim ulubionym Doktorem, rowy już nie są takie głębokie i chyba łatwiej znaleźć w fandomie swoje miejsce.
    Także z mojego punktu widzenia polski fandom kwitnie. Co nie przeszkadza się podpisać pod fragmentem o reprezentacji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *