Czy Doktor Who konkuruje z Gwiezdnymi wojnami?

Doktor Who i Gwiezdne wojny to dwie ogromne fantastyczne marki, podobne i różne zarazem. Czy istnieje między nimi jakieś powiązanie?

Steven Moffat w wywiadzie dla Doctor Who Magazine obszernie wypowiadał się na temat swoich doświadczeń z klasyczną erą Doktora Who na przykładzie odcinka Nightmare of Eden z Tomem Bakerem z 1979 roku. Były to czasy ogromnej popularności Gwiezdnych wojen. Ten sam gatunek, podobna widownia – jak fenomen filmu George’a Lucasa wpłynął na Doktora Who i jego fanów?

W 248 numerze Doctor Who Magazine Graham Williams, producent Doktora Who z lat 1977-80, wypowiedział się następująco o tym powiązaniu:

Nie ma sensu konkurować wprost z Gwiezdnymi wojnami… Takie starcie musielibyśmy przegrać. Doktor Who jest specyficznie brytyjski i dziwaczny, i na tych jego cechach musiał polegać.

dalek-star-wars-21-06-2016
Źródło: DailyMail

W ubiegłym roku Doktor Who ponownie zderzył się z Gwiezdnymi wojnami – mieliśmy w grudniu premierę nowego filmu i emisję Mężów River Song (“The Husbands of River Song”). Czy dalej obie kultowe produkcje dzieli tak wielka przepaść? Steven Moffat zdaje się zgadzać ze słowami Williamsa:

W pewnych obszarach Doktor Who nie może się równać z filmem Lucasa. Ale też porównywanie nie ma sensu, bo to zupełnie inna skala: hollywoodzkie filmy, nie tylko Gwiezdne wojny, ale też choćby nowy Star Trek – są jeszcze wspanialsze niż w latach 70. Ale ludzie oglądają Doktora Who dla Doktora Who, nie oczekują Gwiezdnych wojen. Zawsze staramy się pokazać widowni coś, czego jeszcze nigdzie nie widziała. Jeśli coś już gdzieś było, a ty wiesz, że nie zrobisz tego lepiej – to nie rób tego wcale. Dlaczego scena z Rose wiszącą nad Londynem w czasie blitzkriegu albo koń skaczący przez lustro, albo kosmiczny pociąg, albo ożywające rysunki, albo kruk przynoszący śmierć, albo postać składająca się z węży tak dobrze się bronią? Bo są nowe i nikt oprócz nas tego nie zrobił. Nie mamy się z kim porównywać, bo nikt nie robi tego, co my.

sarff-31-10-2015

No i mamy Doktora – to jest nasz wielki atut. Nie istnieje program, który nie stałby się lepszy, gdyby się dopisało do niego postać Doktora. To świetny główny bohater, równocześnie komik, uczony i źródło wszystkich problemów. Może nawet stać się złoczyńcą, jak w Z piekła rodem („Hell Bent”)… To genialna postać i doskonała rola do zaoferowania aktorowi. Każdy jej odtwórca został uznany za rewelacyjnego aktora. Fani mają swoich ulubieńców, ale rzadko ktoś uznaje pozostałych za kiepskich. Wszyscy oni zgodzili się przyjąć główną rolę w serialu przygodowym emitowanym w sobotnie wieczory, bo wiedzieli, że to jedna z najlepszych ról, jakie im się kiedykolwiek trafią. Magiczna TARDIS większa w środku, Dalekowie… Nikt jeszcze nie pobił Daleków. Nikt nawet nie wie, dlaczego są tak popularni. A przynajmniej ja tego nie wiem. Wyglądają głupio, ale równocześnie groźnie. Jedno nie przeczy drugiemu, tak jak przerażający może być klaun.

No to co jest lepsze, Doktor Who czy Gwiezdne wojny? ;)

Źródło: Doctor Who Magazine



Exnaczelna Gallifrey na wygnaniu. Zapraszam na Whosome.pl!

Gallifrey.pl  wszystko o serialu Doctor Who

9 thoughts on “Czy Doktor Who konkuruje z Gwiezdnymi wojnami?

  1. Doctor Who jest zbyt nietypowy, aby tak naprawdę być porównywalny do czegokolwiek. Do tego, Doctor Who to inne medium – kino i telewizja. Już prędzej nasz serial może konkurować ze Star Trekiem – jako inna stara, ogromna marka serialowa na którą potrzeba od groma czasu, aby obejrzeć wszystko.

    Ale dla przykładu fandom science-fiction amerykański tradycyjnie jest podzielony według schematu Star Trek vs Star Wars. Choć i to porównywanie ma mało sensu mimo podobnych nazw.

    1. W ogóle wg mnie porównywanie czegokolwiek do Star Wars – a robi się to często – ma mało sensu, jest to uniwersum zbyt unikatowe. Z drugiej strony, jak powiedział kolega powyżej, to samo jest z Doktorem Who, który też jest takim nieporównywalnym z niczym innym tworem z pogranicza gatunków oraz mediów, więc, paradoksalnie, być może jest jednak jakaś paralela… No i, jeśli na jakimś polu toczy się ostra konkurencja między SW a
      DW, to w kwestii obszerności w obu przypadkach przeogromnego
      Expanded Universe – zdarzyło mi się kiedyś nawet faktycznie dyskutować, czyje EU jest większe i bogatsze :D

      A co do pytania z końca artykułu: wiesz, Lierre, żarciki żarcikami, ale takich pytań się nie zadaje, to jakby pytać rodzica, które dziecko kocha bardziej xD

      1. Niezależnie od tego, które Expanded Universe jest większe – Core + Expanded Universe Doctora Who ma z pewnością najwięcej historii poświęconych dosłownie jednemu bohaterowi.

        Star Wars jest może i unikatowe, ale i bardziej powszechnie znane, a tym samym więcej innych dzieł do niego nawiązuje i upodabnia się do niego (trochę jak wiele fantasy przez wiele lat do dzieł Tolkiena).

        A tak swoją drogą, bardzo lubię odcinki Doctora Who, które mam wrażenie, że nie są zbyt doceniane w fandomie, a nawet może wręcz stawiane bardzo nisko patrząc po rankingach (z niezrozumiałych dla mnie powodów), a które na własne potrzeby określam “w stylu kantyny Mos Eisley”. Mianowicie chodzi o odcinki gdzie mamy od groma różnorodnych i kolorowych kosmitów, których nazwy gatunków nawet połowy przedstawicieli nie zostały nam zaprezentowane. Takie odcinki jak “The End of the World” czy “The Rings of Akhaten” to dla mnie prawdziwe perełki i bardzo chciałbym więcej tego typu odcinków.

        1. No wiesz, to w sumie dlatego, że DW ma jednego głównego bohatera, wokół którego wszystko – nawet większość spin-offów – się obraca, cały kosmos widzimy zazwyczaj oczami jednej osoby, podczas gdy w SW (jako całym uniwersum, nie tylko filmach), jasne, mamy pewne centralne postaci, ale raczej bierzemy relatywnie mały wycinek czasu i przestrzeni i eksplorujemy go w całości i z różnych punktów widzenia, zamiast obserwować jednego bohatera, który tylko przemyka tu i tam. Ale, z mojej osobistej perspektywy, jakkolwiek fascynującą postacią Doktor by nie był, to zarówno w DW jak i SW najbardziej pociąga mnie właśnie sam świat, lokacje i ich historie, różnorodność ras i planet, itd. I tak, zdecydowanie więcej odcinków w stylu kantyny Mos Eisley – właśnie, nie przypominam sobie w tej chwili, żeby DW na wzór każdego szanującego się uniwersum sci-fi miało swoją spelunkę pełną kolorowych dziwnych kosmitów? Wielki błąd, panowie scenarzyści. Czekam na poprawę xD

          1. Ogólnie kocham Doctora Who i nie chcę być zrozumiany źle, ale mam wrażenie, że na swój sposób zostałem oszukany. Gdy oglądałem drugi odcinek New Who, “The End of the World”, gdzie Doktor zabrał w końcu towarzyszkę w podróż i widzieliśmy w jednym miejscu tak wiele kolorowych, dziwacznych i zabawnych kosmitów, że nastawiłem się, że to będzie jednak standard. A dopiero 6 sezonów później, w 7 serii dostałem “The Rings of Akhaten”.

            Dla mnie niesamowite jest, że wokół tego jednego bohatera może kręcić się tak wiele historii i można czuć jakbyśmy oglądali wielu bohaterów, tak różnych, ale na swój sposób także jakby to wciąż był jeden bohater.

            Kreacja świata w Doctorze Who, moim zdaniem, wygląda zupełnie inaczej, bo pomimo pewnych powtarzających się wątków, lokacji, kosmitów (jak Władcy Czasu, Dalekowie, Davros, Mistrz etc) to jednak DW to ogromny kosz z niespodziankami i uniwersalny schemat do tworzenia zwariowanych historii science-fiction gdzie raz możemy mieć prehistorycznych jaszczurych ludzi, którzy u pradziejów Ziemi władali planetą, a następnym razem rybich kosmitów udających wampiry w renesansowej Wenecji. Star Wars to jednak pewien bardziej konsystentny klimatycznie świat, nawet jeżeli generalnie bogaty ze swoimi “planets of the hat” (planeta pustynna, planeta-miasto, planeta dżungla, etc), a Doctor Who potrafił wahać się w klimacie od historycznych wojaży, serialu z paramilitarną organizacją zajmującą się sprawami nietypowymi, gotyckiego horroru czy baśni science-fiction. No i w końcu także rzeczy, które nie zobaczymy nigdzie indziej, może jedynie w kreskówkach.

            1. Generalnie to chyba nie przy Doktorze, a przy River pojawiają się takie… /starwarsowe/ motywy jak knajpki pełne przeróżnych stworzeń – choćby w ostatnim odcinku ta restauracja dla złoczyńców albo stateczek, na którym dzieje się akcja słuchowisk?

            2. Właśnie dlatego bardzo czekałem na “The Diary of River Song” i się nie zawiodłem ;)

              Ogólnie mam wrażenie, że ulubioną epoką dla Doktora jest XIX-XXI wiek, to dla River LI wiek i okolice.

            3. Krótka scenka to była tylko, choć faktycznie Maldovarium najbardziej przypomina kosmiczną spelunę dla ciemnych typów w stylu Mos Eisley. Dopiero “The Rings of Akhaten” jednak miało odcinek cały umieszczony w takim kolorowym miejscu.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *