„73 jardy” – wrażenia redakcyjne

Dzisiaj czeka nas pełna tajemnic przygoda w Walii… Zapraszamy Was do zapoznania się z naszymi wrażeniami z czwartego odcinka nowego sezonu, 73 jardy. Serdecznie witamy też naszych wyjątkowych gości: Jacka z kanału Hype Train | Pociąg do popkultury, Bartosza z Torchwood5, Radosława z grupy Disney Plus Polska, Sylwestra z kanału Retro komiks, Jakuba i Piotra z podcastu O Filmówce Przy Kremówce, Bartosza z fanpage’a Kapitan Fandom, Karola z ekRAJNIzacji, Filipa z The Philmer, Kacpra z TARDISawki, Dominika z kanału Ja, Dominek, a także Filipa i Jakuba. Jeśli jeszcze nie oglądaliście odcinka, nadróbcie go szybko – tekst zawiera spoilery!

Krzysztof Danielak: Poprzednia historia skupiała się bardziej na Doktorze, tym razem to Millie może zabłyszczeć. Dźwignęła sama tę historię, a trzeba pamiętać, że ten odcinek był jej pierwszym występem przed kamerami na planie. Dobrze budowany niepokój związany z tajemniczą postacią. Z gościnnych ról najlepiej zapamiętałem Siân Phillips, grającą starszą panią w pubie (uwielbiam neologizmy, semperdistans wejdzie do mojego whoviańskiego słowniczka), oraz Aneurina Barnarda jako polityka Albionu i nie miałbym nic przeciwko jego powrotowi. Mniej humoru niż w pierwszych dwóch odcinkach zadziałało tu bardzo dobrze. I w dodatku nie było żenująco. Magiczny telefon? To było fajne, choć mam wrażenie, że znowu mieliśmy tu przypadek Daviesa, który poczuł, że jest śmieszny i chce to powtórzyć, z nieco słabszym skutkiem – prank na przyjezdnej rozbawił mnie zdecydowanie mniej.

Mam problem ze starszą Ruby graną przez Millie. Ja wiem, że niektórzy zdają się starzeć zdecydowanie wolniej niż inni, ale większe okulary i dłuższe włosy mnie nie przekonały. Dużo lepiej wypadała charakteryzacja starszej Amy z Dziewczyny, która czekała (The Girl Who Waited). Miałem też nadzieję, że będzie to okazja do lepszego poznania towarzyszki, ale wcale nie dowiedzieliśmy się o niej wiele więcej. Dziwne też było, że po groźnym spotkaniu z miną, dosłownie w kolejnym odcinku Piętnasty popełnia dokładnie ten sam błąd i nie patrzy pod nogi. W połączeniu z Ruby, która mówi, że znają się krótko (a znają się już raczej ponad pół roku), wydaje się to potwierdzać, że Diabelski akord nie miał być drugim odcinkiem. Jeśli zamienić go i 73 jardy, wtedy wiele rzeczy staje się sensowniejsze, łącznie z tym, że był to odcinek bez czołówki – to zabieg, który pasuje pod podwójną premierę na streamingu.

Niektórzy zarzucają Daviesowi leniwe pisarstwo, bo nie wyjaśnił wszystkiego. Tylko właśnie odcinek na tej tajemnicy bardzo zyskuje. Warto przypomnieć, że tak uwielbiana Północ (Midnight) wcale nie wyjaśnia zbyt dużo co do tajemniczego bytu, a Posłuchaj (Listen) zadziałałoby znacznie lepiej, gdyby nie było wiadomo, co było pod kocem. Podobnie jest tutaj. Co się stało z Doktorem? Jak naprawdę działał tajemniczy krąg? Czy Roger był Maniakiem lub został przez niego opętany, a może był to czysty przypadek? I tu jest główna siła tego odcinka, szczególnie właśnie doktorowy fandom potrafi wyłapywać takie drobne nawiązania jak wioska z jednej z powieści z serii VNA w nazwie marki piwa w pubie. Niedopowiedzenia wywołają dyskusje, a odcinek będzie dalej żył. W trakcie seansu myślałem, że tajemnicza kobieta to śmierć (w końcu gdzieś się czai, a na koniec życie przelatuje przed oczami) lub czarownica z Rhibyn. Myślę też, że wydarzenia z odcinka są manifestacją obaw Ruby. Że Doktor ją opuści („może tak to z tobą wygląda”), że wszyscy, jak biologiczna matka, ją odrzucą – Carla, Kate, kolejni chłopacy. Aż w końcu nauczyła się z tymi obawami żyć. Odcinek w naturalny sposób prowokuje też do zastanawiania się – jakie słowa sprawiłyby, że z miejsca zostawiłoby się własne dziecko? Co by się zrobiło na miejscu Ruby? To się składa na najlepszy w tym momencie odcinek od RTD w sezonie.

Tomasz „I3altazar” Tarnawski: Po premierze tego sezonu pisaliśmy, że Davies powrócił, na dobre i złe. Pisałem wtedy, że zniosę jego głupie, kiczowate dowcipy, jeżeli w parze z nimi idzie jakość. A jakość, jakiej dostarcza nam ten sezon, jest wszystkim, czego mi brakowało przez ostatnie lata. Tym razem jakość była wyrażona przez to, jak genialny jest Davies w straszeniu nas. Rzadko to robi, ale kiedy już robi, to chyba zawsze jest to perełka. Klimat tego odcinka jest fantastyczny. Samodzielność Ruby jest imponująca. Bardzo ważne było to, że postanowiła wrócić do domu, do rodziny, kiedy zorientowała się, że Doktor zniknął. Kolejne przeskoki o kolejne lata były szokujące, ale jakże znamienne – pokazywały, jak odważna i twarda jest ta dziewczyna. Że potrafiła ułożyć sobie życie pomimo śledzącej ją zjawy. Fakt, można było dać nam trochę więcej konkretów o tym, jak dokładnie jej życie wyglądało, ale nie jest to wielka wada moim zdaniem – ten odcinek miał być przede wszystkim horrorem o wykluczeniu społecznym, z elementami ludowej grozy. Brak jednoznacznych wyjaśnień daje ogromne pole do spekulacji i snucia teorii. Wszyscy zadajemy sobie pytanie, co takiego mówiła zjawa, że postacie uciekały, ale może to nie jest właściwe pytanie. Zapytajmy inaczej – czy postacie uciekały dlatego, że zjawa je przeganiała? Czy może po prostu dlatego, że to właśnie porzucenia najbardziej bała się Ruby? Atmosfera niepokoju jest tak gęsta, że można by ją kroić nożem, a wszystko oparte przecież na zupełnie banalnym motywie – na strachu przed porzuceniem. Ten odcinek to Północ dla nowego pokolenia, ale jeszcze bardziej pokręcony. Ma jeszcze więcej białych plam. Dlatego tak bardzo trzyma w napięciu, dlatego jest tak wciągający i niepokojący, ale też dający do myślenia. I dlatego na pewno zostanie zapamiętany na długo jako jeden z najwybitniejszych epizodów w całej historii serialu.

Kacper Olszewski (TARDISawka): Ruby – dziewczyna, która nie czekała. Ciekawe jest to, że z perspektywy bohaterów fabuła tego odcinka w ogóle się nie wydarzyła. A przecież jednocześnie Ruby przeżyła całe życie. Im dłużej o tym myślę, tym mniej wszystko rozumiem. Ale podoba mi się to, że ten odcinek stawia pytania, zamiast serwować odpowiedzi. Dla mnie to taki zbiór wyobrażeń opartych na lękach z czeluści ludzkiej psychiki. Co jeśli najbliższa nam osoba nagle kompletnie się od nas odetnie? Co jeśli ludzie nagle zaczną nas nienawidzić, a my nawet nie poznamy powodu? Jeśli Boom przywodzi mi na myśl Hitchcocka, 73 jardy należą do Kafki.

Wszyscy zastanawiają się, co takiego mówiła wiecznie-tak-samo-oddalona kobieta, a mi się wydaje, że słowa nie miały znaczenia – to sama jej obecność, aura, działała tak na ludzi, kiedy znaleźli się za blisko. Funkcjonowało to jak klątwa. Klątwa o ciekawych właściwościach – w końcu Ruby miała kontrolę nad tym, czy wyśle kogoś w stronę kobiety. Na co dzień nikt poza nią jej nie zauważał. Mocno schizofreniczna sytuacja. Jak żyć z czymś takim? Ten odcinek działa na moją wyobraźnię, ale jednocześnie nie dostarcza satysfakcji. Jeśli w swojej poetyce przypomina trochę sen, to jego zakończenie jest równie antyklimatyczne, co gwałtowna pobudka.

Doktor i Ruby na klifie w 73 Yards

Jacek Gajowniczek (Hype Train | Pociąg do popkultury): Co to był za odcinek! Naprawdę wielką sztuką jest zrobienie odcinka Doktora bez Doktora. Z zapowiedzi wywnioskowałem, że dostaniemy tajemniczą historię o zabarwieniu horrorowym i w sumie to się sprawdziło, ale zupełnie nie w tym sensie, jakim oczekiwałem. Jestem w absolutnym szoku, bo to jest taki trochę fever dream. Całkiem możliwe, że nie będzie miał on żadnego znaczenia w kontekście całościowej narracji sezonu (chociaż kto wie), ale jednocześnie był on najbardziej dojmującym i przerażającym odcinkiem do tej pory. I nie mówię tych słów lekko po odcinku trzecim.

Jak zachować się, gdy opuszczają cię wszyscy, na których ci zależało? I nie masz na to specjalnie wpływu, możesz tylko iść przez życie i zaakceptować warunki, w których zastało się rzeczywistość. W całkowicie fikcyjnym kontekście pokazuje, jak normalny człowiek może przystosować się do sytuacji, na którą jest skazany.

Pod kątem realizacji – odcinek jest napisany bardzo przewrotnie, przez co w sumie nie jesteśmy pewni, jaki będzie kolejny krok Ruby i co ją czeka. Ale jak tak się głębiej zastanowić – wszystko ma doskonały sens i występuje w cyklach, jak chociażby bardzo przyziemne podejście ludzi z pubu, a także nieuchronność „istoty”, która obserwuje Ruby. Niektórzy powiedzą, że jest to bardzo celowa zabawa z widzem, a inni – leniwe scenariopisarstwo.

Jestem prawie pewien, że po latach ten odcinek będzie budzić jeszcze większe emocje i podziały między tymi, którzy go uwielbiają a tymi, którzy uważają, że jest najgorszym odcinkiem (co najmniej) tego sezonu.

Bartosz „Rhydian” Gawron (Torchwood5): Te pierwsze wrażenia to zdecydowanie najtrudniejsza rzecz jaką musiałem się zająć od bardzo dawna. Po prostu brakuje mi słów na opisanie tego, co zobaczyłem. Po obejrzeniu odcinka nie czułem kompletnie nic, wręcz taką przerażającą pustkę. Kilka godzin po odcinku ruszyłem na YouTube, by z ciekawością sprawdzić opinie youtuberów, których sobie mniej lub bardziej cenię i, ku mojemu zaskoczeniu, odcinek wśród tej społeczności miał raczej mieszany (bardziej negatywny) odbiór. Słuchając ich opinii czułem się sfrustrowany, bo kompletnie się z nimi nie zgadzałem i im więcej negatywnych recenzji słyszałem, tym bardziej zaczynał podobać mi się odcinek. To było bardzo zaskakujące. Teraz postaram się wydusić z siebie kilka zdań, by jakoś opisać moje wrażenia.

Od czasu 60. rocznicy mieliśmy zapowiedzi, że ma to być sezon bardziej w klimatach fantasy i nie jestem fanem tego pomysłu. Wolę oddzielać światy fantasy od sci-fi. Jednak to nie ja jestem showrunnerem podejmującym te decyzje i nie ma sensu, by teraz przy każdym odcinku się na to denerwować. Akceptuję, że przyjmiemy taki kierunek i będę oceniać te odcinki biorąc to pod uwagę. No i jako odcinek w tym klimacie mieszanki fantasy z sci-fi, 73 jardy są fenomenalne. Klimat odcinka jest rewelacyjny (a po odcinku Bum myślałem, że już lepiej nie będzie), aktorzy dają z siebie milion procent. Ruby właśnie przeskoczyła w moim personalnym rankingu towarzyszy o jakieś 10 pozycji w górę. To było również najlepsze wykorzystanie postaci Kate od czasu serii 9. Wizualne jest to również majstersztyk.

Najważniejszym elementem tej opowieści są miliony teorii, które tworzą fani. Każdy ma swoje zrozumienie tego, co się wydarzyło, każdy ma swoje opinie, swoje pomysły. Niektórzy traktują to jako stricte pojedynczą historię, niektórzy łączą to z wątkiem głównym sezonu. To jest piękne i uważam, że to było celem tego odcinka. Nie ma tu jedynej poprawnej odpowiedzi. To, co widzieliśmy, nie skleja się w spójną logicznie historię, jesteśmy jak Ruby, która również nie wie, co się dzieje. Osoby, które narzekają, że nie rozumieją tego odcinka i że wiele rzeczy nie ma sensu, totalnie go nie zrozumiały. To nie jest jak zagadka morderstwa, którą można rozwiązać szukając poszlak. Trzeba na spokojnie usiąść i spróbować ułożyć w swojej głowie, co ta historia według nas znaczyła. Zakończę swój wpis słowami Kate, które chciałbym, by każdy z was sobie przypomniał oceniając ten odcinek: „Na tym to polega, tak już działamy. Trafiamy na coś niewytłumaczalnego i próbujemy to sobie jakoś objaśnić.”.

Radosław Koch (Grupa Disney Plus Polska): Jeśli ktoś po zeszłorocznych odcinkach specjalnych i dwóch pierwszych odcinkach tego sezonu zastanawiał się, czy Russell T Davies nadal potrafi pisać doskonałe historie o Doktorze, to 73 jardy powinny rozwiać wszelkie wątpliwości. Według mnie jest to odcinek, który już dziś można nazwać historią, która zostanie zapamiętana przez fanów Doktora na lata, choć samego Doktora nie ma w niej wiele, daje to jednak możliwość do stworzenia całkowicie wychodzącej poza szablon opowieści, w której sercu jest Ruby Sunday.

Choć sam pomysł na historię jest znakomity, ponieważ rozpoczyna się ona od zniknięcia Doktora i pojawienia się tajemniczej istoty kroczącej za Ruby, to chyba na mnie największe wrażenie zrobiło to, że praktycznie każda scena w tym odcinku jest małym majstersztykiem. Zarówno początek rozgrywający się w Walii, późniejsze przygody Ruby, która z powodu tajemniczej istoty jest odtrącana przez kolejne bliskie jej osoby, jak i ciekawie wplątany w fabułę całego odcinka wątek z brytyjskim premierem. Jednocześnie stopniowo obserwujemy, jak Ruby się starzeje, co sprawiło, że z każdą kolejną sceną stopniowo opadała mi szczęka z wrażenia.

Wszystko tutaj odpowiednio wybrzmiewa i jest tym, co uwielbiam w Doktorze. Połączeniem prostego konceptu SF z bardzo ludzką, obyczajową historią, przy okazji zahaczającą o tematy polityczne. Jedyne, do czego mogę mieć jakieś zastrzeżenia, to zakończenie. Ale czy zakończenie tego typu odcinka mogłoby być w pełni satysfakcjonujące? Wydaje mi się, że rozwiązanie, które wybrano, jest dobre i sprawdza się w kontekście całego serialu oraz różnych wcześniej stosowanych czasowych sztuczek.

Ruby i Lowri Palin w 73 Yards

Sylwester Kozdroj (Retro komiks): Od lat powtarzam, że dobra opowieść to taka, która wodzi odbiorcę za nos do ostatniego aktu. Historia próbująca dawać jasne sygnały, przy jednoczesnym podrzucaniu nam tropów mylnych, mających sprawić, że zaczynamy wątpić w otaczającą nas rzeczywistość. Dla mnie takie historie to skarb, skarb bardzo bliski moim zainteresowaniom. Za dzieciaka poszukiwałem gothic story, jako nastolatek pożerałem horrory wydawane przez Amber, będąc osobą starszą – ale nie starą 😝 – nadrabiam tytuły idące w klimaty rodem ze Strefy mroku. A wczoraj zachwyciłem się 73 Yards Russella T Daviesa, któremu udało się ponownie przykuć moją uwagę.

A dokonał tego dzięki dwóm, interesującym i odważnym – do pewnego stopnia – decyzjom fabularnym. Pierwszą z nich jest rozpisanie historii bez aktywnego udziału Doktora. W 73 Yards pierwsze skrzypce gra Ruby, co w moim przekonaniu wychodzi historii oraz towarzyszce Doktora wyłącznie na dobre. W końcu Millie Gibson otrzymała swoją szansę i wygrała. Co prawda dostała rolę mocno statyczną – wynikającą po części z prostego motywu przewodniego – ale przez cały epizod wyciskała z niej maksimum, co w zupełności wystarcza, aby problemy Ruby frapowały nas do samego końca. Drugą decyzją Russella T Daviesa zasługującą na podkreślenie było ubranie historii 73 Yards w dość weirdowe szaty. Przyznam, że czekając na nowy sezon nie spodziewałem się takiego miszmaszu gatunkowego. Disneya postrzegam głównie i zapewnie błędnie przez pryzmat dawnego kina familijnego, więc mocno obstawiałem, że nowy Doktor będzie szedł właśnie w kierunku seansów rodzinnych, a tu niespodzianka. Co odcinek to zabawa nową konwencją. Jak na sezon z nowym Doktorem jest to zagrywka i ciekawa, i chyba odrobinę ryzykowna, biorąc pod uwagę fakt, że nie każdy widz zdążył już wyrobić sobie zdanie na temat Ncutiego Gatwy.

Co do zakończenia – pozostawiającego miejsce na nowe pytania – na ten moment wypowiadać się nie będę. Nie tyle z uwagi na brak własnego zdania, co niechęć do spoilerowania w przypadku tego konkretnego epizodu. Siła 73 Yards wynika po części ze stale podkręconego napięcia trafiającego w widza od samego początku. Podejrzewam, że panu Daviesowi mocno zależało na zagadce i chciałby, aby każdy z widzów zmierzył się z nią osobiście.

Jakub Kraszewski (O Filmówce Przy Kremówce): Można by żartobliwie podsumować 73 jardy słowami: „mamy horror studia A24 w domu”. I wcale nie będzie to duże nadużycie, bo jest tu zaskakująco dużo punktów wspólnych: tajemnicza atmosfera, żonglowanie gatunkami i konwencjami (elementy folk horroru idą w parze z komedią, dramatem i komentarzem społecznym), momentami skręcająca w stronę lekkiego arthouse’u praca kamery. A to wszystko niesione na barkach Millie Gibson, która udowadnia, że talentu aktorskiego jej nie brakuje.

Potrzebowałem powtórnego seansu, by w pełni docenić ten odcinek – z dwóch powodów. Po pierwsze, początkowo nie byłem pewny, co się właśnie wydarzyło, o co w tym wszystkim właściwie chodzi. Po drugie, trochę wybijało mnie z rytmu nieustanne poczucie, że jest to bardzo mało doktorowa historia (i to wcale nie ze względu na wyeliminowanie tytułowego Władcy Czasu w ciągu pierwszych trzech minut). Znane i lubiane radosne czaso-maso sci-fi ustępuje tu miejsca elementom mistycznym, czemuś z pogranicza fantastyki, legendy ludowej, może nawet creepypasty. Poza tym, podobnie jak w kultowym już Midnight z Dziesiątym Doktorem, ostatecznie nie dostajemy żadnej jasnej odpowiedzi. I całe szczęście, bo to jedna z tych historii, gdzie podanie widzowi wyjaśnienia na tacy, w formie doktorowego natchnionego monologu, mogłoby jedynie popsuć efekt końcowy.

Pomimo pozytywnych odczuć, ciężko nie zwrócić uwagi na kluczową wadę tej historii – zabójcze tempo w drugim akcie. Dostajemy tam szybki montaż kilkudziesięciu lat z życia Ruby… z którego, de facto, niewiele wynika, bo przebitki na kolejne nieudane randki nie wnoszą absolutnie nic do fabuły. Zamiast tego można było skupić się bardziej na tym, w jaki sposób nasza bohaterka dochodzi do odkrycia swojej roli w tym zamieszaniu, bo ostatecznie na rozwiązanie zagadki Ruby wpada przypadkiem i zdecydowanie zbyt szybko. Historia mogłaby tylko zyskać, gdyby odcinek trwał choćby z 5 minut dłużej (a przecież i tak zaoszczędzono trochę czasu, pozbywając się intra). Pomimo tego, jestem w stanie zaryzykować stwierdzenie, że 73 jardy to jeden z najciekawszych scenariuszy w doktorowym dorobku Daviesa, na równi z wyżej wspomnianym Midnight. Po premierze odcinek dość mocno podzielił fandom, jednak sądzę, że za jakiś czas może doczekać się statusu kultowego. Miło jest widzieć, jak RTD (którego scenariuszy nigdy nie byłem wielkim fanem) dostarcza coś naprawdę świeżego, wymykającego się konwencjom serialu. Fajny, całkiem odważny i, moim zdaniem, udany eksperyment.

PS: gdybym dostawał 1 zł za każdym razem, gdy od powrotu RTD jakaś zła siła miesza w głowie Kate Stewart, miałbym już 2 zł. Nie jest to duża kwota, ale i tak dziwne, że zdarzyło się to już dwa razy w odstępie zaledwie pięciu odcinków.

Tajemnicza postać śledząca Ruby w 73 Yards

Filip „ThePinkFin” Mazur: Pamiętacie odcinki realizowane w ramach Doctor-lite? Najbardziej zachwalanym z nich jest Mrugnięcie, a chyba najmniej lubiany to Miłość i potwory. Oba z pierwszej ery RTD. Co łączy je wszystkie? Doktora jest tam jak na lekarstwo. Śledzimy w nich poczynania zupełnie innych postaci. I teraz dostaliśmy kolejny z nich, w którym bohaterką jest akurat sama Ruby.

Są takie odcinki, które oglądam po kilka razy i za nic nie potrafię zrozumieć, jakim cudem doszło do takiego rozwiązania, ale nie oznacza to, że nie jestem w stanie czerpać przyjemności z oglądania ich. Najnowszy zdążyłem obejrzeć już 3 razy, zanim zabrałem się za pisanie tego tekstu. Każdy seans był rozrywką na całkiem wysokim poziomie, ale nie za bardzo mi pomógł w znalezieniu lepszych słów. Najnowszy odcinek ma dość dobrze zaplanowaną fabułę. Doktor wspomina o czymś, co ma dla niego niewielkie znaczenie, ot ciekawostka dla Ruby, a niedługo potem okazuje się, że ma to spory wpływ na samą fabułę odcinka. To jedno zdanie wypowiedziane tuż przed tym, jak oboje widzą się ostatni raz, zmotywowało osamotnioną towarzyszkę do podjęcia odważnych kroków. Dzięki temu wszystkiemu można jeszcze lepiej ją poznać i zobaczyć, jaki wpływ zdążył wywrzeć Doktor na jej życie. Ale to tylko tyle.

Cały odcinek został odkręcony prawie bez konsekwencji, więc nie wiem, czy będzie mieć jakiś bezpośredni wpływ na serial. Może jego istotą było mocniejsze zżycie się z bohaterką? Po obejrzeniu Wild Blue Yonder czułem spory niedosyt mimo tego, że mogłem nacieszyć się moimi kochanymi postaciami. Potrzebowałem trochę czasu, żeby docenić ten odcinek. Być może i tym razem potrzebuję tego, żeby docenić finał.

Piotr Nowak (O Filmówce Przy Kremówce): Zaskoczeń nie brakuje. Po pełnym emocji Bum dostajemy 73 jardy, odcinek, który również trzyma widza w napięciu, jednak robi to w zupełnie inny sposób. Najnowszy odcinek Doktora czerpie garściami z gatunku horroru, a konkretnie z arthouse’owych produkcji studia A24. Mamy tu gęstą jak mgła atmosferę, żonglowanie gatunkami oraz niewyjaśnioną tajemnicę. Akcja odcinka toczy się w 2024 roku, Ruby i Doktor przybywają do Walii. Niestety w trakcie ich wizyty Doktor ponownie nie patrzy pod nogi i przerywa tajemniczy krąg utworzony z włóczki, wskutek czego chwilę później znika, a za Ruby zaczyna podążać tajemnicza istota, która zawsze pozostaje w odległości 73 jardów. Sam koncept odcinka jest bardzo ciekawy, jednak momentami odniosłem wrażenie, że Russell T Davies nie do końca wiedział, jak poprowadzić zaczęte przez siebie wątki. Idealnym przykładem tego mankamentu jest postać Mad Jacka, która przez cały czas budowana jest na głównego antagonistę, ale finalnie okazuje się być nieistotna w całej skali wydarzeń. Nie dowiadujemy się też co się stało z Doktorem, ani dlaczego ludzie rozmawiający z tajemniczą postacią uciekają od Ruby. Końcowy plot twist, że istota to przyszła wersja Ruby jest ciekawy, aczkolwiek w pewnym momencie dość przewidywalny. Na dodatek na końcu odcinka dostajemy wyjaśnienie, że istota, która podążała za Ruby, była jej przyszłą wersją. Ten zwrot akcji stawia jednak jeszcze więcej pytań niż odpowiedzi. Najgorsze jednak jest to, że na koniec odcinka dostajemy coś w rodzaju pętli czasowej, w której konsekwencje odcinka są zupełnie zignorowane.

Z pozytywnych aspektów: Millie Gibson ponownie pokazuje, że nie potrzebuje pomocy Doktora, by dźwignąć cały odcinek na swoich barkach; reżyseria Dylana Holmesa Williamsa, który poprzez scenografię i pracę kamery oddaje klimat folkowego horroru. Koniec końców uważam, że 73 jardy prezentują bardzo ciekawy koncept, ale cierpią z powodu poważnych wad scenariuszowych.

Bartosz Piotrowski (Kapitan Fandom): Nie mogę odmówić temu odcinkowi wyjątkowej atmosfery. Niepokój cały czas jest odczuwalny, ale w zupełnie inny sposób niż w Bum. Nie brakuje też zaskoczeń. Po trailerze spodziewałem się horroru, ale rozgrywającego się w pełni w walijskim miasteczku. Cała sekwencja w gospodzie została poprowadzona rewelacyjnie. Davies wspaniale zagrał na oczekiwaniach, odnosząc się do klasycznych skojarzeń w warstwie metanarracyjnej. Rozciągnięcie fabuły na różne lokacje oraz kilkadziesiąt lat to spora niespodzianka… Aczkolwiek do końca nie wiem, czy pozytywna.

Od pewnego momentu spodziewałem się, że tajemnicza kobieta to w rzeczywistości Ruby. Byłem jednak ciekaw, w jaki sposób zostanie to uzasadnione. I w jaki? Mógłbym odpowiedzieć brzydko i do rymu, ale ujmę to grzeczniej: żaden. Może w kolejnych odcinkach się to wyjaśni, jednak wtedy nadal zagadkę można poczytać za minus, ponieważ 73 jardy nie będą się broniły jako osobny byt. Czy w takim razie brak odpowiedzi jest lepszym rozwiązaniem? Tutaj też nie jestem przekonany. Tak, znam myśl, wedle której w horrorach konieczne są niedopowiedzenia, lecz cała sytuacja, jaka przydarza się bohaterce, na ten moment się nie klei.

Millie Gibson udowodniła, że jej postać potrafi się obronić bez obecności Doktora. Już wcześniej ją lubiłem, a teraz jeszcze bardziej. Doceniam również techniczną warstwę odcinka oraz wątek polityczny, mimo płytkości premiera. Nadal nie jestem jednak w stanie czerpać pełnej satysfakcji. Tutaj wprawdzie nie mamy do czynienia ze znienawidzonym przeze mnie motywem snu, ale czymś bardzo zbliżonym, rujnującym konsekwencje oglądanych przez blisko godzinę wydarzeń. Po raz kolejny w tym sezonie mamy zatem do czynienia z odcinkiem, którego elementy mogłyby wynieść serial na najwyższą półkę, ale poważne wady scenariuszowe podcinają mu skrzydła.

Kampania wyborcza Rogera ap Gwiliama w 73 Yards

Jakub „Mandalkor” Pras: WHAT?! (głosem Davida Tennanta) O co tu w ogóle chodziło?! Liczyłem, że dostanę na koniec jakieś wyjaśnienie tego wszystkiego. Cały odcinek, podobnie jak Ruby, liczyłem, że zrozumiem, po co ta kobieta tam jest. I przede wszystkim kim jest! Nie rozumiem za bardzo końcówki, cofałem sobie ją nawet parę razy, ale nie wiem… Zgaduję, że to mogła być starsza Ruby, która próbuje ostrzec siebie przed nadepnięciem Doktora na nić, ale nie jestem przekonany. Czemu została do jej śmierci w takim razie, jakim cudem się cofnęła w czasie? Jak to wpływa na tego nuklearnego premiera? Więcej pytań niż odpowiedzi i nie wiem, czy to dobrze, czy źle… Chociaż generalnie odcinek całkiem okej. Dużo się działo, było nawet ciekawie i przede wszystkim cudownie przyozdobili TARDIS zielenią pod koniec (kiedyś to już było, tak mi się wydaje). No cóż, po prawie doskonałym Bum, 73 jardy wydają się być średniakiem. Ładnym audiowizualnie i z dość ciekawym pomysłem, ale nadal średniakiem. Może jeśli kiedyś obejrzę go oderwanego od całości, to trafi do mnie bardziej.

Karol Rajner (ekRAJNIzacja): Po poprzednim fenomenalnym odcinku byłem pewien, że 73 jardy nie dorównają swym poziomem poprzednikowi. Z wielką ulgą przyznaję, że byłem w błędzie, a 73 jardy to na ten moment najlepszy odcinek ery Piętnastego Doktora!

W tym epizodzie po prostu wszystko gra. Serio, trudno mi jest się doczepić do czegokolwiek. Klimat jest niepowtarzalny! Cała otoczka ludowej Walii, kapitalnie budowana atmosfera, ogromna dawka emocji i ogólna szalenie wciągająca intryga czynią z tego epizodu rzecz niemalże bezbłędną. Przez te około 50 minut dostaliśmy ogrom treści i emocji. Kocham takie folkowe motywy odwołujące się do wiedźm i okultyzmu, więc cała intryga wciągnęła mnie momentalnie, a sam odcinek miejscami naprawdę potrafił wywołać gęsią skórkę swą horrorową atmosferą. Bardzo podobała mi się konstrukcja tego epizodu. Akcja 73 jardów odbywa się na przestrzeni kilkudziesięciu lat, które śledzimy oczami Ruby. Sama postać Ruby była w tym odcinku wybitna! Motyw, w którym oswaja się ze śledzącą ją istotą, to coś kapitalnego, a cały montaż przedstawiający długie i trudne życie Ruby był moim zdaniem perfekcyjny. Wisienką na torcie był wybitny i naprawdę wzruszający finał, w którym widzimy Ruby jako staruszkę na łożu śmierci. Obserwowanie tych wszystkich lat z życia Ruby i piękne podsumowanie było czymś, czego w Doktorze Who bardzo mi ostatnio brakowało. Wreszcie mogliśmy dostać pełną dawkę szczerych emocji bez akcji, bez głupiutkiego humoru i leniwego scenariusza. Nie spodziewałem się, że Russell T Davies napisze tak genialny odcinek. Jestem pod wrażeniem, jak wiele treści zostało upchniętych w tym jednym epizodzie. Każda płaszczyzna czasowa jest wciągająca jeszcze bardziej niż poprzednia i chociażby wątek wyborów na premiera jest naprawdę dobry. Bardzo widoczna jest też zmiana samej Ruby na przestrzeni lat, co dodaje temu epizodowi wiarygodności. Sama Ruby, tak jak wspomniałem, jest w tym odcinku wybitna i mam nadzieję, że do końca będzie pisana w tak dobry sposób. Myślę, że taki epizod z jej perspektywy był bardzo potrzebny. Przede wszystkim doceniam jak dobrze wypada tutaj zakończenie, które nie tłumaczy nam wprost całego odcinka i nie ma żadnej deus ex machiny. Niestety ostatnio często finały poszczególnych epizodów wydają się uproszczone i pospieszne. Na szczęście 73 jardy nie mają tego problemu, dzięki czemu cały odcinek działa od początku do końca.

Do teraz jeszcze nie pozbierałem myśli po tym epizodzie, więc moje wrażenia mogą wydawać się dość chaotyczne, no ale tak już bywa, gdy dane dzieło wzbudzi w człowieku aż tyle emocji. 73 jardy to dla mnie kompletne zaskoczenie. Kreatywny, klimatyczny i pełny szczerych emocji, właśnie za takie odcinki pokochałem Doktora Who.

Dominik Śnioch (Ja, Dominek): Co to było, na Rassilona? Nie no, dobra. Dam szansę. To coś jeszcze MOŻE okazać się dobrym odcinkiem. Wybitnym nawet. Raczej się nie okaże, ale może. Może, pod warunkiem, że cały ten nonsens będzie miał związek z zagadką sezonu, czyli kim naprawdę są Ruby i jej biologiczna matka. Jeśli to straszenie innych, podróżowanie w czasie bez TARDIS i wszystko inne okaże się jakoś mocą panny Sunday albo jej rasy czy tam czegoś, to okej. Jeśli nie, jeśli to, co się tu działo, nie zostanie poruszone, to, sorry Winnetou, będzie to najgorszy odcinek, jaki w życiu oglądałem.

A szkoda by było, bo do momentu, gdy adopcyjna mama Ruby odjeżdża, było mega zacnie. A potem wszystko poszło na łeb na szyję, z technikaliami włącznie. Nieco starsza Ruby na randkach faktycznie wyglądała starzej. Ale jeszcze starsza Ruby, zapisująca się do wolontariatu w Albionie, sprawiała wrażenie równie młodej, co na początku odcinka.

Gdybym musiał tu wystawiać ocenę punktową to bym się zwyczajnie wstrzymał, z powodów wymienionych w pierwszym akapicie. Gdyż albo będzie to przygoda kluczowa dla mitologii sezonu albo odmóżdżona, pozbawiona ciągu przyczynowo-skutkowego wersja odcinka Turn Left. Jak powiedział Siódmy Doktor, czas pokaże, zawsze pokazuje.

Doktor i Ruby oglądają amulety w 73 Yards

Filip Tokarzewski (The Philmer): Mam mieszane odczucia jeśli chodzi o 73 jardy. Początkowo nie byłem zbyt przekonany co do tego odcinka, ale im więcej o nim myślę, tym więcej zyskuje w moich oczach i czuję, że potrzebny mi będzie kiedyś rewatch. Z jednej strony, epizod ten świetnie buduje tajemnicę i poczucie niepokoju. Z drugiej strony, wydaje się, że pozostał po nim pewien niedosyt. Nie uważam, że wszystko powinno zostać wyjaśnione pod koniec. Mam jednak wrażenie, że jak na tak długie utrzymywanie tajemnicy, odcinek daje zbyt proste rozwiązanie całej fabuły. Z innych wad – momentami tempo bywa męczące, a dezorientacja widza dokonuje się w dość dziwne sposoby, jak chociażby ten słaby żart z płaceniem telefonem w wiejskim pubie. Mimo to, trochę mnie kupuje ta mistyczna atmosfera, ta niejednoznaczność wszystkiego oraz możliwość różnych interpretacji.

73 jardy kojarzą mi się trochę z filmem Coś za mną chodzi Davida Roberta Mitchella. W obu przypadkach mamy przecież tajemniczą postać śledzącą główną bohaterkę, która wydaje się być niepokonana. W Doktorze Who nie ma jednak podtekstu dotyczącego chorób wenerycznych. Zamiast tego, Russell T Davies buduje tu grozę za pomocą wewnętrznego strachu wielu ludzi, czyli „co by było, gdyby wszyscy nasi bliscy nagle, zupełnie bez powodu, odwrócili się od nas?”. I to tyle. Takie proste, a takie wspaniałe. Nie wiemy co ta semperdistans kobieta mówiła ludziom, co sprawiało, że wszyscy, włącznie z adopcyjną matką Ruby, od niej uciekali. To doskonale oddaje lęki, z jakimi zapewne boryka się wielu z nas, wyobrażając sobie jak nasi przyjaciele czy rodzina nagle nas opuszczają, bo wydaje się nam, że potajemnie nas nie znoszą, że coś jest z nami nie tak. Dlatego też tak dobrze działa fakt, że tą kobietą była sama Ruby, co można odczytywać jako metaforę tego, jak często to po prostu my sami wmawiamy sobie takie rzeczy, bo nie czujemy, żebyśmy zasługiwali na przyjaźń czy miłość. A jednak zasługujemy, więc może zamiast cofać się w czasie, by ostrzec samych siebie, powinniśmy sobie powiedzieć tu i teraz, że jesteśmy piękni i nie powinniśmy się przejmować sami sobą.

Dużo słyszę porównań tego odcinka do Midnight. Ja jednak prędzej bym go porównywał do Turn Left – to również odcinek skupiający się na towarzyszce Doktora w alternatywnej rzeczywistości, zahaczający o celny, lecz płytki komentarz polityczny. Co by jednak nie mówić, Millie Gibson wypada tutaj świetnie i choć ostatecznie wszystkie wydarzenia zostają odwrócone, to jeszcze bardziej zżywamy się z jej postacią. Jest to kolejny odcinek z rzędu, który w jakiś sposób bawi się formułą serialu. Co prawda tym razem aż tak to do mnie nie trafiło, jednak cieszę się, że nowy sezon jest tak kreatywny i tak zdolny do dzielenia fandomu. Zdecydowanie wolę oryginalny odcinek, który mi nie podejdzie, ale mogę o nim podyskutować, niż kolejny szablonowy odcinek, który będzie po prostu nudny.


A wy co sądzicie? Może macie w jakimś aspekcie inne zdanie? Zapraszamy do dyskusji o nowym sezonie na naszym serwerze Discorda oraz na naszej grupie na Facebooku – TARDISawce, gdzie powstają spoilerowe wątki dyskusyjne. Nie może Was zabraknąć w ożywionych rozmowach, które mają tam miejsce właśnie teraz!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *