5 whoviańskich scen, za które pokochacie Legends of Tomorrow

Jest taki serial z superbohaterami, o którym można powiedzieć wiele: że w gruncie rzeczy przypomina wszystkie inne tego typu produkcje, że jest popkulturowy aż do bólu i nie radzi sobie z konceptem podróży w czasie tak dobrze, jak by mógł. A jednak Legends of Tomorrow co sezon jednak zaskakuje i jest chyba najlepszą produkcją Arrowverse, serialowego uniwersum od DC. Przede wszystkim ma w sobie coś, czego nawet Doctor Who (przynajmniej ostatnio) może mu pozazdrościć – naprawdę kreatywną fabułę i błyskotliwe dialogi z setkami świetnych nawiązań do innych kawałków popkultury.

Ale zacznijmy od początku. O czym w ogóle jest ten serial? I w jaki sposób znalazł się na Gallifrey.pl?

Ponieważ jesteśmy Władcami Czasu i chronologia nas w ogóle nie obchodzi, zacznę od drugiego pytania. Legends of Tomorrow warto obejrzeć z kilku powodów; chociażby dlatego, że jest dobre i trudno się przy nim nie bawić świetnie – a to już brzmi jak dobry powód do namawiania. Tymczasem jest też kilka przyczyn, dla których namawiam was właśnie tutaj.

Po pierwsze, jest to serial o podróżach w czasie. Trzeba też od razu przyznać, że z tym konceptem radzi sobie trochę gorzej niż Doctor Who, więc możemy tutaj się chełpić i wywyższać (świetny powód, prawda?). Na szczęście w swoim podejściu Legends of Tomorrow jest za to bardziej konsekwentne i nie zaprzecza sobie nawzajem – więc nie spali nam się mózg, kiedy będzie próbował zrozumieć, dlaczego w jednym odcinku coś się dało zrobić, a w innym – nie. Swoją drogą, o niekonsekwencji Moffata świetnie pisali ostatnio Paternoster Gang i Tomszy przy omawianiu paradoksu dziadka (tutaj).

Po drugie, w Legends of Tomorrow jest całe mnóstwo nawiązań do Doctor Who. Czasem są subtelne, czasem – jak krowie na rowie. Ale zawsze są zabawne i mają w sobie sporo samoświadomości, a nawet samokrytyki. Mam nadzieję, że dzięki nim po prostu pokochacie ten serial. Bo jeśli lubicie zabawy konwencją, to uwierzcie mi, jest za co kochać.

To wróćmy do opisu: Legends of Tomorrow to amerykański serial na podstawie komiksów DC, który opowiada o Ripie Hunterze i jego załodze, podróżujących w czasie i przestrzeni na statku z przyszłości o dumnej nazwie Waverider. Jest osadzony w Arrowverse, więc jeśli oglądaliście chociaż jedną produkcję z tej serii, z pewnością natraficie tu na znajome twarze, i to nie tylko w corocznych crossoverach. Jest tu Biały Kanarek i ATOM (Arrow), jest FIRESTORM, Snart i Rory (Flash), ale też sporo innych postaci, które to tu, to tam przewinęły się przez to uniwersum.

I jeśli się właśnie zastanawiacie, dlaczego tak (nie do końca) skrupulatnie wymieniam bohaterów, to dlatego, że dynamika między nimi jest naprawdę świetna, a bez ich relacji ten serial praktycznie by leżał i kwiczał. No i oczywiście bez dialogów. Bo tutejsi scenarzyści naprawdę dobrze się spisali (jedynie pierwszy sezon pozostawia nieco do życzenia, ale warto go jakoś przetrwać). A zresztą, zobaczcie sami.

1. Witamy na pokładzie

Jedną z pierwszych scen, jakie widzimy w serialu, jest stojąca na pokładzie statku kosmicznego postać Ripa Huntera. Jego długi brązowy płaszcz lekko faluje, kiedy wydaje komendę Gideon, sztucznej inteligencji statku, a w jego głosie słychać brytyjski akcent. I to już byłaby bardzo doktorowa scena, ale twórcy poszli dalej: w Huntera wcielił się Arthur Darvill.

Arthur Darvill jako kapitan Rip Hunter. Kadr z serialu "Legends of Tomorrow".

To zresztą nie jedyne tego rodzaju zagranie, bo jeden z lepszych duetów w Legends of Tomorrow, Mick Rory i Leonard Snart, był już wcześniej duetem kryminalistów, i to w serialu bardzo głośnym swego czasu, czyli Skazanym na śmierć. I już same te kwestie obsady powinny być dla was sporą wskazówką co do tego, jaki był cel twórców Legends of Tomorrow.

Ale wracając do sceny: chociaż Gideon jest sztuczną inteligencją, naprawdę przypomina zachowaniem TARDIS. Niby wykonuje rozkazy, ale bywa kapryśna. Już nie mówiąc nawet o jej podejrzanej relacji z Hunterem…

2. Łapiąc demona w szpitalu psychiatrycznym

No to przeskoczmy teraz do trzeciego sezonu. W dziesiątym odcinku, w samym środku polowania na pewnego bardzo ważnego dla fabuły demona, pada równie ważne zdanie:

Kadr z serialu "Legends of Tomorrow". John Constantine (najbardziej po lewej) mówi: Allons-y, Alonzo.

Oczywiście twórcy Legends of Tomorrow nie byliby sobą, gdyby to nawiązanie było tylko jednym zdaniem. Wypowiada je John Constantine, kolejny Brytyjczyk w długim płaszczu. A mina stojącego obok Nate’a Heywooda, fanboya wszechczasów, zdradza, że Constantine nie jest jedyną osobą, która wie, z czego to cytat. Jako hermetyczny żarcik dodam, że dobrze, że nie było tu Ray’a.

Wychodzenie z żałoby

Teorię o tym, że wszyscy wiedzą, potwierdza na przykład scena, w której najmniej rozgarnięta kulturowo postać wypowiada zdanie wplecione w konwersację tak naturalnie, tak mimochodem, że nie można mieć złudzeń, że wie, o czym mówi. Ta scena.

Kadr z serialu "Legends of Tomorrow". Ava używa wyrażenia: "timey-wimey".

Pewnego razu w HeyHollywood

Jeśli oglądaliście właściwie cokolwiek z Arrowverse, na pewno wiecie, że w postać Malcolma Merlyna wciela się tam John Barrowman. Jeśli widzieliście tylko kawałek i wydaje wam się spoilerem to, że w ogóle o nim tu wspominam, przypomnę, że powszechnie wiadomo, że w Arrowverse bardzo niewiele osób umiera na długo. No i są jeszcze podróże w czasie.

Jest więc w Legends of Tomorrow taka scena, w której Rip Hunter (powiedzmy) musi się zmierzyć z Malcolmem Merlynem. Pomyślcie tylko. Popatrzcie tylko. No dobra, nie napatrzycie się, bo nie bardzo chcieli się znaleźć w jednym kadrze. Ale nadal możecie sobie to wyobrazić.

Damien Darkh, Malcolm Marilyn i tył głowy Ripa Huntera.

Wizytówki i czarna magia

No i wreszcie, najlepsze na koniec. Nawiązanie z cyklu „krowie na rowie”. Dialog, który po prostu musiał się tu znaleźć. O którym marzyłam ja, o którym marzyli inni whovianie i inne whovianki, i o którym najprawdopodobniej marzyli scenarzyści, od kiedy tylko John Constantine pojawił się w Legends of Tomorrow. Cytat, który nie zmieścił się w jednym kadrze, ani nawet dwóch, dlatego pojawi się słownie (i to w oryginale, naprawdę trudno by było przetłumaczyć tę grę słów i zachować nawiązanie do Doctor Who).

John: There isn’t exacly a paint-by-numbers spell for locating a spaceship through a temporal stream. My business card says: “Master of the Dark Arts”, not “Doctor Ruddy-What’s-His-Face”.
Ava: Who?
Gary: Who.
John: Exacly.

John Constantine nie jest Doktorem. Kadr z serialu "Legends of Tomorrow".

No i już, to by było na tyle: pięć bardzo doktorowych scen, za które trudno nie pokochać Legends of Tomorrow. Oczywiście są to sceny wybrane dość subiektywnie; bardzo prawdopodobne jest, że oglądaliście tę produkcję, ale spodobały się wam jakieś inne nawiązania do Doctor Who. Być może wypatrzyliście coś, czego ja w ogóle nie założyłam? Podzielcie się swoimi odkryciami! Tymczasem mam nadzieję, że ci, którzy jeszcze nie obejrzeli tego serialu, znajdą w sobie motywację i obejrzą go. Oczywiście nie ukrywam, może by i nie zaszkodziło obejrzeć najpierw kilku sezonów Arrow Flasha, ale umówmy się, kiedy byście obejrzeli klasyki?

Trzy pierwsze sezony Legends of Tomorrow możecie obejrzeć na Netfliksie już teraz.


Źródła cytatów: Legends of Tomorrow, odcinki: 03×10, 03×15, 04×08.

Daj na ciastko!


Fennistka, miłośniczka języków, przecinków i kotów, u której nadmiary wolnego czasu się nie istnieją – w przeciwieństwie do seriali, książek i muzyki, popijanych hektolitrami herbaty. Wielbi na kolanach Witkacego. Kiedy już podnosi się z podłogi, zdarza jej się prowadzić też swój blog (ale to rzadko). Kocha wszystkich Doktorów, ale w przepaść najchętniej rzuciłaby się za duetem Dziesiątego z Donną, względnie za duetem Dziesiątego z Dziesiątym.

Gallifrey.pl  wszystko o serialu Doctor Who

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *