10 lat minęło – Gridlock

Spaliny, smog, twarz z Boe i nie jesteś sam, czyli trochę postoimy dziś w Korku (“Gridlock”). Trzeci odcinek zabiera nas kolejny raz Martą do miejsca znanego już z podróży z Rose – miasta Nowy Nowy Nowy Nowy Nowy Nowy Nowy Nowy Nowy Nowy Nowy Nowy Nowy Nowy Nowy Nowy Jork. Martha po raz pierwszy trafia do przyszłości, no więc jak mogło się to skończyć?

Największą chyba zaletą tego odcinka jest scenariusz. Ważne: nie historia, scenariusz. Historia nie daje nam nic specjalnego – tysiące, miliony ludzi (i kotów) podróżuje powietrznymi samochodami zatłoczoną, podziemną autostradą. Od tygodni, miesięcy, lat, wciąż trwają w korku, licząc, że gdzieś to wszystko się skończy, ciesząc się z przejechania kilkunastu metrów dziennie, w swoich małych autkach będąc w pełni samowystarczalnymi. I tak by trwali cierpliwie nie wiadomo ile. Zdaję sobie  sprawę, że w tej historii zupełnie nie chodziło o fabułę, a raczej o poszczególne elementy, o których za chwilę. Ale cierpliwe podróżowanie przez kilkanaście czy kilkadziesiąt lat, z dość konkretnym, ale praktycznie już po tylu latach nierealnym celem,  całkowita wręcz akceptacja takiego stanu, jest absurdalne. Naprawdę pozbawione jakiegokolwiek sensu. Bądźmy szczerzy, to są ludzie, co prawda z przyszłości, ale jak pokazuje serial, bardzo podobni do współczesnych. I trwają kilkadziesiąt lat w oczekiwaniu na…? No właśnie, nawet nie wiadomo właściwie, na co oni czekają. Oni po prostu żyją w korku, w spalinach, w smogu, nie mogąc wyjść, rozprostować nóg, nie widząc światła słonecznego, używając substancji na rozruszanie mięśni, żywiąc się pokarmem wytworzonym z odchodów. Ktoś powie – kto miał trzech pasażerów, mógł się dostać na pas szybkiego ruchu, pojechać szybciej, wbrew legendarnym już zagrożeniom. I tacy odważni się zdarzali, źle kończąc, ale jednak większość trwała w tym (można powiedzieć) impasie. Scenariusz zupełnie nierealny.

Ale mimo to historia dobra. Pokazująca nam na dwóch poziomach wiarę w jakąś wyższą siłę. I tylko tą wiarą można uzasadniać bezsensowne trwanie na autostradzie. Wiarę w czystej postaci – nieco irracjonalną, ale czystą, nieskażoną, na swój sposób piękną. Być może to nawet wzór wiary, podtrzymującej na duchu, budującej wspólnotę, pozytywnej, leżącej u podstaw dobra. Z jednej strony wiary, która pozwala tym wszystkim uwięzionym w spalinach wierzyć w lepszą przyszłość. Z drugiej strony nieograniczonej wiary Marty w Doktora, prawie boga, który na pewno przybędzie, coś wymyśli, wyratuje z opresji, choć wydaje się, że już nie ma szans, nie ma rozwiązania. I wszystko to w otoczce starych pieśni religijnych leżących u podstaw wiary. Ale nie jest to opowieść jedynie o pięknej i czystej wierze, ale również o poświęceniu. Doktora, którzy przemierza autostradę w dół, poprzez mordercze spaliny, aby ratować Martę. Twarzy z Boe, wydawałoby się nieśmiertelnej, która oddaje swe ostatnie tchnienie, żeby uratować ludzi (i koty) z uwięzienia na autostradzie. Także siostry Hame, znanej już z pierwszej serii, która poświęca swoje życie niełatwemu jednak zadaniu opieki nad Twarzą, aby odkupić dawne winy. Czy jest to więc odcinek o wierze i poświęceniu? Niewątpliwie również tak, Korek (“Gridlock”) opakowany w przeciętną historię jest nośnikiem uniwersalnych i bardzo słusznych idei oraz wartości. Ale nie tylko. Bo gdzieś tam w tle pojawiają się emocje i stany w formie narkotycznych nalepek na szyję, sprzedawane jak coś zwyczajnego. Bo inaczej nie można poczuć radości, złości, nie można zapomnieć. Bo inaczej świat jest obojętny i nic niewarty. Taka sama jednak obojętność rządzi stojącymi w korku – wiara ich podtrzymuje na duchu, ale jednak ślepo wierzą, irracjonalnie, choć wydaje się, że cel jest już nierealny, oni obojętnie trwają. Odcinek zestawia nam więc pewne uniwersalne wartości, jak najbardziej piękne i warte kultywowania, ale z drugiej strony pokazuje zagrożenia, które czyhają także w związku z tymi wartościami. I naprawdę warto tę, jakże realną i prawdziwą mądrość z odcinka wychwycić.

Już kilka razy napisałem (i powiedziałem na prelekcji na Whomanikonie), że Russell T Davies w przeciwieństwie do Stevena Moffata zazwyczaj kreuje przeciwnika absurdalnego zamiast go pomijać, gdy to nie przeciwnik jest istotny w danej historii. Właśnie z tej okazji RTD zaproponował odcinek, w którym… a jakże, nie ma klasycznego przeciwnika. Bo trudno za takiego uznać Makry w tej postaci, w jakiej widzimy je w odcinku. W sumie to dość niewdzięczny powrót klasycznego przeciwnika, który przecież pojawił się już wcześniej w czwartym sezonie (z Drugim Doktorem). Z dawnej potęgi Makry stały się, jak sam Doktor powiedział, jedynie zwierzętami, wciąż głodnymi i szczypiącymi, ale jednak nie mogłyby już być pogromcami cywilizacji jak niegdyś. W związku z wyżej wspomnianym przekazem odcinka nie są one istotne. Mają po prostu być, ale jednak szkoda, że wracający po 40 latach do serialu klasyczny kosmita nie doczekał się jednak bardziej “atrakcyjnej” roli.

Przez dwa ostatnie tygodnie pisałem – poczekajmy cierpliwie na Doktora. I w tym tygodniu mogliśmy zobaczyć nadal interesującą Martę Jones, która w krytycznym momencie wpadła na to, że Makry nic nie widzą i trzeba po prostu być cicho. Która nadal była względnie opanowana i spokojna, choć przy tym pojawiło się coś w stylu klasycznych towarzyszek – pewna bezradność i oczekiwanie na pomoc Doktora, bo już nic innego nie da się zrobić. I wtedy pojawił się Doktor! Może to nadal nie jest jeszcze to, czego oczekiwałem, ale nie ulega już wątpliwości, że to (obok twarzy z Boe) główny bohater odcinka. Z ogromną dawką emocji i jednak wypływającym smutkiem. Doktor zdradzający nam, jak wyglądała Gallifrey. Opisujący bardzo szczegółowo swoją planetę, z nostalgią i pewną mimo wszystko radością. Bo jak sam powiedział, pozwoliło mu to na chwilę zapomnieć, że oni wszyscy już tam nie żyją, że to wszystko zniknęło. Oto Doktor zanurzający się we wspomnieniach tak bardzo, że nie był w stanie powiedzieć Marcie o upadku Gallifrey aż to ostatniego momentu, gdy ona właściwie to wymusiła. Oto Doktor naprawdę przejmujący się losem twarzy z Boe, żegnający go jak starego przyjaciela, ale też jedną z ostatnich istot, które są w stanie Władcę Czasu zrozumieć. Oto Doktor z wyrzutami sumienia, że nie powiedział Marcie prawdy, ale także już dojrzały w pełni do tego, żeby się przejmować nią i jej losem. Oto również Doktor, który nie przyjmuje do siebie ostatnich słów twarzy z Boe, że nie jest wcale sam (a może tylko udaje?). David Tennant w najlepszym wydaniu, huśtawka uczuć, myśli, emocji, tak plastycznie odwzorowana na jego twarzy i w jego osobie. Oto właśnie jest Doktor!

Na zupełny już koniec – w odcinku powrócono do stosowanej co jakiś czas metody wykorzystywania i adaptowania istniejących już utworów muzycznych, co w większości przypadków wychodzi przednio. Nie inaczej było tym razem. The Old Rugged Cross, pieśń nadziei śpiewana przez uwięzionych na autostradzie podróżnych, to napisany w 1912 roku przez metodystę George’a Bennarda niezwykle popularny hymn religijny. W ostatnich scenach natomiast pojawia się jeszcze starsza, napisana w XIX wieku przez Henry’ego Francisa Lyte’a i Williama Henry’ego Monka, pieśń chrześcijańska Abide with Me, modlitwa o czuwanie siły wyższej nad ludźmi. Pieśni religijne, jednak niosące ponadreligijne przesłanie, wartości, które przekazuje również ten odcinek. Utwory wykorzystane tak, że zarówno pod względem treści, jak i nastroju idealnie komponują się z odcinkiem, jego ogólną podniosłością i mocą przekazu. A do tego Murray Gold napisał świetny utwór Boe, który składa się w idealną całość. Warto posłuchać!

Pytanie: czy podobał mi się ten odcinek? Nie jestem pewien, kiedyś uważałem go za pusty odcinek bez fabuły. Dopiero za którymś obejrzeniem zobaczyłem w nim coś więcej niż tylko śmierć twarzy z Boe, ale jednak nadal nie jestem fanem nadmiernie moralizatorskich odcinków. Choć trzeba przyznać (a może nie?), że jest to odcinek naprawdę mądry. Choć nadal bez fabuły. Mimo to w jakiś sposób zostaje w pamięci.

A jak wam się podobał ten odcinek? Piszcie w komentarzach!



Mateusz K. - sympatyczny student geografii, miłośnik literatury przygodowej i takiego też kina. Dziwny człowiek, który uwielbia psychologię i amatorsko się nią zajmuje (obserwuje ludzi). Poza tym bardzo lubi pisać.

Gallifrey.pl  wszystko o serialu Doctor Who

One thought on “10 lat minęło – Gridlock

  1. Nie wiemchce czemu, ale lubie ten odcinek. :)

    Btw, nie mialem pojecia ze te kraby to pzeciwnicy z klasycznych odcinkow, nie widzialem jeszcze ery Drugiego Doctora.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *