10 lat minęło – The Next Doctor

Buszując ostatnio w odmętach czasoprzestrzeni, trafiłam ponownie na odcinek Następny Doktor („The Next Doctor”). Opowieść ta, po raz wtóry, bez reszty zaabsorbowała mnie na całe sześćdziesiąt minut, odświeżając w mojej pamięci odległe wspomnienia przygody, które z czasem uległy rozmyciu.

Ten pierwszy z czterech odcinków specjalnych, wieńczących zarówno kadencję Davida Tennanta jako odtwórcy roli Doktora, jak i Russella T Daviesa jako producenta wykonawczego serialu, był, moim zdaniem, historią przyzwoitą. Nie nazbyt, być może, wnikliwą czy nowatorską, jednak, do pewnego stopnia, refleksyjną, kierującą myśli widza wstecz, zmuszającą do ponownego zastanowienia się nad sylwetką głównego bohatera.

Dziesiąty Doktor obok TARDIS. Kadr z odcinka "The Next Doctor".

Akcja odcinka rozgrywa się w przeszłości, a dokładnie 24 grudnia 1851 roku w Londynie. Doktor podróżował wówczas samotnie. Kompani i kompanki odeszli – Donnie zmuszony był wykasować wspomnienia, by uchronić jej umysł przed zniszczeniem, zaś Rose wróciła do alternatywnej rzeczywistości, by spędzić resztę swego życia z metakryzysowym klonem Dziesiątego. Wszyscy inni zaś powrócili do swoich własnych spraw, do własnego życia, w którym dla Doktora nie było miejsca. I tak oto Władca Czasu został całkiem sam, podróżując w czasie i przestrzeni statkiem większym w środku i udając, że wszystko jest w porządku. Czy jednak istotnie było? Otóż, pozornie wszystko na to wskazywało!

Dziesiąty trafił na bożonarodzeniowy targ, a płatki śniegu, wirujące dookoła zdawały się w zupełności wystarczać mu za kompanię. Spokój i świąteczna atmosfera były jednak zaledwie fasadą, pod którą, jak zawsze, ukrywał się niecny spisek, a zarazem ofiary tego spisku – niewinni ludzie.

Dziesiąty Doktor na targu bożonarodzeniowym w wiktoriańskiej Anglii.

Doktor niemal natychmiast spotka mężczyznę, który podaje się za… Doktora! Ponadto uzurpator posiada soniczny śrubokręt (podejrzanie wyglądający jak… zwykły śrubokręt), TARDIS (podejrzanie wyglądającą jak… balon) i towarzyszkę (o imieniu Rosita, które to imię podejrzanie przypomina…). Co więcej, walczy z Cybermenami! O, właśnie, to jest ten odcinek, w którym pojawiają się włochaci Cybermeni (Cybercienie), czyli komiczne skrzyżowanie Yeti z Bernardynem (wszyscy kochamy Russella T!).

Oczywiście, wbrew początkowym nadziejom Doktora, że oto spotkał swoje przyszłe wcielenie, ów drugi Doktor, Doktorem nie był. Kim więc był? I co w Londynie robili Cybermeni? Cybermeni, ma się rozumieć, spiskowali. Gromadzili historię wszechświata na rdzeniach pamięci, a także, współpracując z kobietą, niejaką panną Hartigan, budowali olbrzymiego Cyberkróla, czyli maszynę wojenną, przy pomocy której mieli zawładnąć światem. Do budowy zaś wykorzystywali dzieci.

Panna Hartigan i Cybermeni. Kadr z odcinka "The Next Doctor".

Co do zagadki tożsamości drugiego Doktora, to okazało się, że był to pierwszy (z wielu) zaginionych ludzi, matematyk, Jackson Lake, któremu Cybermeni zabili żonę i porwali syna. Sam zaś Jackson, porażony promieniem jednego z rdzeni pamięci, wchłonął zawarte na nim informacje o Doktorze i uwierzył, że nim jest. Ta utrata wspomnień wiązała się poniekąd z traumą po utracie rodziny.

Budowa Cyberkróla została ukończona, a panna Hartigan, podłączona do niego, będąca częściowo Cybermenem, częściowo zaś człowiekiem, poprowadziła go do boju. Doktor, wykorzystując TARDIS Jacksona (czyli po prostu balon!), zmierzył się z demoniczną machiną i, używając rdzeni pamięci do zerwania połączenia, uświadomił pannie Hartigan, czym się stała i w ten sposób doprowadził do samozniszczenia Cyberkróla. Jackson Lake zaś odzyskał syna, a Rosita została z nimi jako przyjaciółka. Matematyk odzyskał więc rodzinę, a może raczej – zyskał nową.

Dziesiąty Doktor pokonuje Cyberkróla.

Odcinek kończy się, gdy Doktor, po pokazaniu Jacksonowi wnętrza prawdziwej TARDIS (Czytaj: „To bzdura Totalna, absolutna, cudowna bzdura! Jakie to bardzo, bardzo głupie! Och, nie. Nie zniosę tego! Och, przez to boli mnie głowa. Nie, nie, nie… Och! Och, cudownie. To wystarczy.”), godzi się by zjeść z nim i jego nową rodziną świąteczną kolację.

Co jest naprawdę wspaniałe, a o czym w opisie fabuły celowo nie wspomniałam, to to, że Jackson Lake, zwykły, jak się okazało, człowiek, zobaczył, kim był Doktor, zrozumiał to, czym był dla tylu światów i zrobił jedną, cudowną rzecz: podziękował mu. Chodzi mi tu o scenę, gdy zachęcił tłum, by bił Doktorowi brawo po zwyciężeniu Cyberkróla. Wdzięczność ludzka, choć nie jest materialna, choć nie wypełni pustki, nie naprawi złamanego serca po utracie przyjaciół, była tu czymś, dzięki czemu Doktor się uśmiechnął. Być może był to najbardziej szczery i prawdziwy uśmiech, odkąd rozpoczął samotną tułaczkę? Ten wylewny gest podziękowania był, owszem, dość patetyczny, współgrający z duchem Świąt, ale, pomyślcie, jak często ludzie, wielu ludzi, więcej niż pojedyncze osoby, dziękowały mu za to, że ich uratował? Niezbyt często. Wielu nawet nie wie kto, ani przed czym, ich ocalił!

Jackson Lake i tłum wiwatujący na część Doktora. Kadr z odcinka "The Next Doctor".

Ach, sam pomysł, by wprowadzić nieco żenującą, w sposób oczywisty fałszywą wersję Doktora był, moim zdaniem, ciekawy. Dlaczego nie? Przedstawić zwykłego człowieka, który trochę na wzór dziecka, małego fana serialu, dzierży w dłoni zwyczajny śrubokręt i udaje, że to śrubokręt Doktora! Urocza to wizja. Może troszkę żenująca i nieco irytująca, bo to przecież dorosły człowiek, a, co gorsza, do absurdu pewny, że faktycznie jest Władcą Czasu, niemniej, istotnie, fascynująca. Smutna była tylko ta, z każdą minutą coraz silniejsza, świadomość widza, że to nieprawda i, że ten człowiek się o tym przekona. Niegodny pozazdroszczenia los: dowiedzieć się jednocześnie, że się nie jest żadnym bohaterem i, że się straciło rodzinę. Wszystko zaś było kłamstwem, żałosną maskaradą, udawaniem kogoś lepszego. Jak dokuczliwa musi być do tego wszystkiego myśl i cała ta, buzująca jeszcze w mózgu, wiedza o Doktorze, o tym jaki jest wspaniały w kontraście ze zwykłym człowiekiem, którym się jest? Nie sposób tego pojąć.

Jackson Lake poznaje swoją prawdziwą tożsamość

Następny Doktor to opowieść wcale nie najwspanialsza – ot, zwykła przygoda z Cybermenami (ta mniej absorbująca emocjonalnie część odcinka), odrobiną humoru i naparstkiem łez. Niewątpliwie jednak, zawiera nieco więcej niż się wydaje i jest to jej niekwestionowany atut.

Odcinek w przewrotny sposób przypomniał widzom, że dni Dziesiątego są policzone, skłonił, być może, także i do refleksji nad Doktorem w ogóle, nad jego samotnością, ale także i niezwykłością w kontraście ze zwykłym człowiekiem. Jednocześnie zaś pokazał, że ów „zwykły człowiek”, który tylko „udaje” bohatera, sam wcale nie musi być, z tytułu tej „zwykłości”, nikim. Nie trzeba wcale być Władcą Czasu, mieć prawdziwej TARDIS czy śrubokrętu sonicznego, by być dzielnym, by przezwyciężyć utratę bliskiej osoby i żyć dalej, będąc w pełni świadomym traumy i radzić sobie z nią. Jackson Lake stanowi żywy przykład tego, że można być zwykłym i całkiem niesamowitym jednocześnie!

A co z Doktorem? Czy, nie będąc przecież zwykłym człowiekiem, Władca Czasu przezwycięży w końcu własne, niedawne straty i traumy? Czy też zapłaci w końcu życiem za ich niepełne przepracowanie? Oglądajcie dalej (ponownie, zapewne) i snujcie własne przemyślenia!



Popkulturowy nerd, ekstrawertyczny introwertyk, rysownik-amator i pisarz-hobbysta z dalekiej północy. Dla przyjaciół: Tai.

Gallifrey.pl  wszystko o serialu Doctor Who

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *