Dwunasty Doktor miał ciężkie początki. Nierówne scenariusze, wyraźny brak spójnej wizji scenarzystów na to, jaki powinien być i fakt, że widzowie przywykli w New Who do młodego Doktora. Byłoby jednak kłamstwem stwierdzenie, że Doktor grany przez Petera Capaldiego nie jest lubiany. Ma ogromne grono zwolenników, a dla wielu stał się Doktorem idealnym.

Za co kochamy Dwunastego Doktora?

Ewelinkja: Zanim przejdę do zachwytów nad Dwunastym Doktorem jako postacią, muszę przyznać, że pierwsze, co mi przychodzi na myśl, to kunszt aktorski Petera Capaldiego. On jest po prostu geniuszem. Sprawia, że nasz ukochany Doktor naprawdę żyje. Jest autentyczny i mogę patrzeć na niego godzinami.

Pegaz: Myślę sobie, że najbardziej cenię w Dwunastym Doktorze to, co niełatwo może niektórzy tolerują. W ósmej serii Doktor jest trudny. Ostrzejszy niż wcześniej, inny. Bardzo to lubię. Cieszy mnie, że zdecydowano się na taką zmianę. Ta trudność wciąż w nim gdzieś siedzi. I dobrze. Dwunasty Doktor mówi o trudnych sprawach i decyzjach, bywa chwilami dość mroczną inkarnacją. Mam do tego słabość. Ja w ogóle lubię te momenty, w których Doktor Who staje się takim poważniejszym serialem. Nigdy nie rozumiałam tego buntu wobec wieku Petera Capaldiego. Wybranie tego aktora sygnalizowało gotowość do pewnych zmian. Doktor nie musi wyglądać młodo, pomyślmy o seriach klasycznych! Fajnie, że widzowie dostali taką lekcję. Stwierdzam więc, że lubię Dwunastego Doktora, także za jego niemłody wygląd. Kocham również Dwunastego Doktora za część jego garderoby! Formalną część, także w połączeniu z okularami. Koszule. I płaszcze. Lubię płaszcze.

Justyna Figas-Skrzypulec: Ja nawet za bardzo nie odczułam tego okresu przejściowego czy nierównych scenariuszy, czyli wychodzi na to, że była to miłość od pierwszego wejrzenia. Cieszę się, że został napisany Doktor niezbyt romantyczny i wyraźnie nie najlepiej rozumiejący obyczaje/konwenanse międzyludzkie. Z jednej strony uwielbiałam Dziesiątego dokładnie za wczucie się w ludzi i wielkie serce dla towarzyszek, ale z drugiej nie chciałabym, aby każde wcielenie bohatera takie było. Capaldi wspaniale zagrał wszelkie ironiczne i wredne momenty. Można było poczuć, że jest kosmitą, bo nieraz dystansował się albo wręcz nie zauważał „drobnostek”, które dla homo sapiens mają spore znaczenie. Widać pewne pokrewieństwo między nim a Missy, gdy ona rozwodzi się nad tym, jak żałośnie krótki jest czas życia ludzkiego. Ich alienowatość wydaje się polegać na czymś podobnym. Fajnie wychodziły również sceny, gdy Doktor udaje głupiego, czy też robi mały kabaret.

Z rzeczy, powiedzmy, przygodnych, to świetne są Capaldiego zmarszczki i brwi. No i rzeczywiście ten frakopłaszcz oczarowuje!

Clever Boy: Wystarczy, że jest i już go kocham. Uwielbiam Dwunastego za cudowną grę Capaldiego, za dzikie włosy i brwi, za humor i za jego komentarze w stosunku do innych postaci. Z każdym kolejnym odcinkiem moje serce staje się dla niego coraz większe.

Rademede: Mnie najpierw kupiły brwi Capaldiego i jego spojrzenie w Dniu Doktora  („The Day of the Doctor”). Już wtedy mnie zaintrygował i nie mogłam się doczekać, gdy go zobaczę w akcji. Gdy Dwunasty spytał Clarę, czy wie, jak pilotować TARDIS, to całkiem przepadłam. Gra aktorska Capaldiego jest wybitna, z jego twarzy niemal da się odczytać, co Doktor może w danej chwili myśleć. Doktor Petera wyróżnia się z tłumu, można się domyślić, że nie pochodzi z Ziemi. Jego wygląd intryguje, a czasami wzbudza niepokój. Kiedy uśmiechał się Dziesiąty, to momentalnie nabierało się do niego zaufania i myślało, że to sympatyczna osoba. A uśmiechnięty Dwunasty potrafi przerazić. W tych słabszych i nierównych odcinkach Capaldi trzymał poziom i sprawiał, że chciało się obejrzeć następny odcinek.

Lierre: Lubię Dwunastego, kiedy jest belferski. Uwielbiam jego monologi. Wydaje się oschły i mało przystępny, więc jest ujmujący, gdy temu zaprzecza – gdy coś go cieszy, gdy widać na jego twarzy ulgę albo podekscytowanie. Jest trudny, trochę ponury, niełatwy do lubienia – ale nie potrzebuję go lubić, ważniejsze, by był ciekawą postacią. A Dwunasty jest wyjątkowo ciekawy i absolutnie intrygujący. Odrobinę przerysowany, trochę odrealniony, jest zupełnie inną postacią niż wszystkie, które widzimy gdziekolwiek indziej. Nie sposób go przegapić ani zapomnieć.

W odcinku Głęboki oddech (“Deep Breath”) poznajemy Dwunastego Doktora, który w szoku poregeneracyjnym sam jeszcze nie wie, kim jest. Jego towarzyszka, Clara, jest widocznie niezadowolona z jego przemiany, pomimo że wiedziała wcześniej sporo o regeneracji. Jak przyjęliście go w tym odcinku?

Ewelinkja: Bardzo lubię ten odcinek. Uwielbiam Doktora tuż po przemianie, kiedy sam nie wie, kim jest i musi przekonać zarówno sam siebie, jak i nas, że nadal jest Doktorem. Jak poznaje swoje nowe upodobania i cechy charakteru. Dla mnie Capaldi był strzałem w dziesiątkę, bo zmiana była bardzo wyraźna i przez to bardzo ciekawa. Strasznie podobała mi się scena z bezdomnym, w której z roztargnieniem próbuje sobie wszystko poukładać. Natomiast zachowanie Clary w tym odcinku ostatecznie zniszczyło ją w moich oczach. Podobno byli przyjaciółmi, a ona stroiła fochy, bo już nie jest jej młodym kumplem i nie będą dalej flirtować…

Lierre: Byłam zachwycona tym odcinkiem – tym, jak został wykreowany ten młody, zamotany Dwunasty, jaki cudowny powstał wokół tego klimat, frustracją Clary (wiedzieć a godzić się to dwie różne sprawy!), tym, jak bawiono się symbolami, symetrią, aluzjami. Od razu pojawiła się kwestia twarzy (ta scena z bezdomnym granym przez wdowca po Sladen to majstersztyk!) i mimo początkowego oporu, bo byłam i jestem #team11, pamiętam, że oglądałam to ze szczęką na podłodze. Tym większym rozczarowaniem była cała seria, która poszła w inną stronę. Głęboki oddech to taki powiew przyszłości – tego, co potem dostaliśmy w 9 i 10 serii, taka nowa jakość, nowa głębia, nowa estetyka, które uwielbiam.

Clever Boy: Cała sytuacja z Clarą jest po prostu śmieszna. Dla mnie to jest całkiem niedorzeczne, zrobiła dla niego tak wiele, on dla niej również, i co? Ona chciała go ot tak porzucić, bo wygląda starzej? Bardzo mnie to zdenerwowało. Szczególnie, kiedy wiemy, jak wyglądała sytuacja w finale 8 serii. Chociaż sam muszę przyznać, że gdy Jedenasty powiedział Clarze, że jest Dwunastym, to dopiero wtedy dotarło do mnie, że rzeczywiście to jest ta sama osoba. Bardzo lubię ten odcinek, chociaż przy każdym kolejnym rewatchu zaczyna mi się dłużyć. Ale od początku kocham Dwunastego.

Rademede: Tytuł odcinka był całkiem niezłą radą, co zrobić, żeby przetrwać jego pierwsze minuty. Przyznam się szczerze, że dinozaur wypluwający TARDIS odrobinę przekroczył mój próg przyswajania absurdu. I wcale nie dziwię się Clarze, że nowe wcielenie Doktora ją zszokowało i że przez chwilę chciała odejść. To może i ten sam Doktor, ale jednak zupełnie inny. Zachowanie Clary trochę odzwierciedlało nastroje w fandomie w tamtym czasie, gdy niektórzy spisali serial na straty, bo według nich Capaldi był za stary. Rzeczywiście, nowy wygląd Doktora mógł wzbudzać mieszane uczucia, kiedy nie znało się jeszcze jego charakteru. Clara przez długi czas znała młodszego, szczególnie z twarzy, Doktora. Patrząc na Jedenastego łatwo można było zapomnieć, że jest o jakieś tysiąc lat starszy od niej. A tu nagle osoba, która jeszcze przed chwilą mogła być postrzegana jako jej kolega z pracy, znakomicie spisałaby się w roli jej ojca. Albo nawet dziadka. Do tego przecież miała dojść zmiana zachowania i nawyków… Myślę, że Clara mogła się obawiać, że ta regeneracja wpłynie w taki sam sposób na charakter Doktora, co na jego twarz. Będzie bardziej dojrzały, doświadczony, a ona nie będzie mogła znaleźć z nim wspólnego języka. Na szczęście Dwunasty udowodnił, że nie jest taki straszny, jak mogłoby się wydawać.

Pegaz: Będzie krótko i chyba na temat. Wydaje mi się, że im dalej w las, tym odcinek bardziej mi na chwilę obecną pasuje. Podobnie mam z postacią Doktora w nim.  

Wiele osób nie lubi serii 8 twierdząc, że jest nierówna. Jak ją odebraliście?

Ewelinkja:  Moim zdaniem ta seria jest wspaniale skonstruowana pod względem budowania postaci Dwunastego Doktora, który zadaje sobie wiele pytań na temat tego, jaki naprawdę jest. Doktor w tej serii jest trochę niespójny, ale widać, że sam dopiero wszystko sobie układa w głowie. Testuje swoje możliwości i zadaje wiele pytań, aby dowiedzieć się, kim naprawdę jest. Nie jest już wesołkowaty, młody, nie flirtuje. Najważniejsze jest jednak to, że szuka odpowiedzi na poważne pytania i zastanawia się nad swoją naturą, której nieodłączną częścią jest jego mroczna strona.

Lierre: Nie będę hejtować ósmej serii i dziwię się osobom, które przy niej się poddały – a było ich sporo. Uważam to trochę za zdradę. :) Nie porzuca się czegoś, co się kocha, tylko dlatego, że ma słabszy czas. Problem z ósmą serią polegał na tym, że nie była zgrana – widać, że scenariusze pisane były w oparciu o różne wizje (głównie Dwunastego), a skądinąd wiemy też, że część powstawała jeszcze dla Matta Smitha. Dało się to wszystko na poziomie scenariuszowym rozegrać lepiej, zwłaszcza że to było wprowadzenie nowej inkarnacji – a więc superważny moment decydujący o jej powodzeniu i przyszłości serialu. Trochę to zostało zmarnowane. Ale oceniając z perspektywy czasu poszczególne odcinki – było naprawdę dobrze. Deep Breath, Mummy on the Orient Express, Time Heist, Listen… nawet finał był całkiem fajny.

Clever Boy: Należę chyba do mniejszości, ale mnie się 8 seria bardzo podobała. Cudowny i tajemniczy wątek Missy, którą pokochałem od razu po jej pojawieniu się w finale. Odcinki bardziej mi się podobają, niż niektóre z 7 serii, a przy kolejnym obejrzeniu zyskują jeszcze w oczach. Jestem za teorią, że Doktor szukał swojej tożsamości, dlatego różnie się zachowywał, ale nie było to dla mnie aż tak bardzo niespójne. Jedyny odcinek, którego nie mogę przełknąć to W lesie nocy (“In the Forest of the Night”) – dla mnie ogromna strata czasu i zmarnowany potencjał.

Rademede: Dla mnie była nierówna, scenariusze zupełnie się rozmijały z wizją, jak Dwunasty właściwie ma się zachowywać i kim być. Można sobie tłumaczyć, że ta niespójność w charakterze Doktora była spowodowana jego niedawną, niecodzienną regeneracją i będzie to ładnie maskować potknięcia scenarzystów. Sama tak robię! Osobiście uważam, że ta seria to przykład na to, że nawet najlepszy aktor sam nie da rady udźwignąć niedopracowanych scenariuszy. Moim zdaniem ósmy sezon jest najsłabszy w New Who i trochę cierpiałam przy jego oglądaniu. Było mi smutno, że potencjał Capaldiego został zmarnowany. Jeszcze bardziej żal mi się zrobiło Petera, gdy dowiedziałam się, że część scenariuszy była jeszcze pisana pod Smitha, bo to trochę tak, jakby zignorowano jego pojawienie się w serialu. Jednak jest to seria, która dała nam Missy i okazję do podziwiania kunsztu aktorskiego Capaldiego, więc chyba nie wyszliśmy na niej najgorzej.

Justyna Figas-Skrzypulec: Mnie się podobało w ósmym sezonie ukazanie relacji między Doktorem a Clarą, a konkretnie wątek kłamstwa oraz to, jak Doktor pozwala Clarze robić, co ona chce, ale potem nie przemilcza tego, jakie jej zachowania mają konsekwencje. Lubię też to, że mogliśmy i mogłyśmy oglądać, w jaki sposób odnoszą się do siebie Doktor i towarzyszka, po których publiczność nie spodziewa się romansu. A przecież było widać, że się kochają, tylko w inny sposób! Za to postać Danny’ego i jego związek z Clarą były okropnie zdawkowo i prostacko napisane, ale to temat na inną dyskusję.

Pegaz: Dzisiaj, prawie trzy (!!!) lata po premierze tej serii, widzę wyraźnie, że rzeczywiście część odcinków mnie trochę męczyła przy pierwszym oglądaniu. Chyba muszę je sobie wszystkie znowu odświeżyć… Na pewno dobrze jest oglądać Dwunastego Doktora jako bardziej kontrowersyjne, „ostrzejsze” wcielenie naszego Władcy Czasu.

Seria 9 zyskała zdecydowanie lepsze opinie. To w niej wyłania nam się pełny obraz Doktora granego przez Capaldiego. Co najbardziej zapadło wam w pamięć w serii 9?

Ewelinkja: Doktor już wie, kim jest. Akceptuje swoją nową, nieco mroczną naturę, ale w pełni rozwija skrzydła. Dokładnie widać w nim pewne „doktorowe” cechy. Znamy go już trochę, możemy przewidzieć, jak się zachowa. W tej serii stał się moim ulubionym (no dobrze, jednym z ulubionych, bo ciężko mi wybrać tylko jednego) Doktorem. To, w jaki sposób fascynuje się światem, jego naukowe podejście i szczypta szaleństwa czynią go wspaniałym. Sam początek serii, kiedy Doktor baluje gdzieś w odmętach historii, gra na gitarze elektrycznej i wjeżdża na czołgu…

Lierre: Rany, Dar niebios to jest dla mnie takie ukoronowanie dzieła stworzenia i ostateczny odcinek wszystkiego kiedykolwiek. Ale jeśli chodzi o samego Dwunastego, to… sama nie wiem. Mam wrażenie, że on cały czas się miota i ma jakiś generalny problem z określeniem, o co mu właściwie chodzi. Jego poprzednicy mieli konkretną dramę i jak cierpieli, to mieli Takie Ważne Powody. Dwunasty trochę sam je sobie kreuje. Ale to dobrze, bo dokładnie tak powinien się zachowywać – ciężar zdjęty z ramion, Gallifrey znaleziona, ale równie irytująca jak niegdyś, w co tu ręce włożyć, wszystko takie nudne.

Clever Boy: Uwielbiam 9 serię, może przez te dłuższe odcinki? Dwunasty jest tutaj przekochany, od pierwszego wjazdu na czołgu skradł ponownie moje serce. Nie powtarzając się o Darze niebios, postawiłbym na cudowną przemowę w Inwersji Zygonów (“The Zygon Inversion”).

Rademede: Pomijając wymienioną już wyżej przemowę Doktora w Inwersji Zygonów („The Zygon Iversion”) i Dar niebios („Heaven Sent”), to odcinek Nie zaśniesz już („Sleep No More”) i jego niecodzienne zakończenie.

Pegaz: Seria 9 to m.in. pewne wyluzowanie się Dwunastego Doktora i kolejny etap jego relacji z Clarą. Ich przyjaźń ma ogromny wpływ na obraz tego zestawu odcinków. Z 9 serii pamiętam dobrze te wszystkie momenty z Jenną Coleman i jej postaciami (pamiętajmy o Bonnie!) w rolach głównych. Dar Niebios rozwalił system jako odcinek.

Jeżeli coś zasługuje na wyszczególnienie jest to na pewno występ Capaldiego w odcinku Dar niebios (“Heaven Sent”). Co ten odcinek powiedział nam o Dwunastym? Jak go odebraliście?

Ewelinkja: O tym odcinku można mówić bez końca. Kiedy go oglądałam po raz pierwszy, byłam tak zachwycona zjawiskową grą aktorską Petera, że sporo rzeczy mi umknęło. Świetny scenariusz w połączeniu z jego kunsztem aktorskim dały nam niepowtarzalny odcinek, do którego często wracam. Upór i wytrwałość Doktora wzbudzają mój ogromny podziw. Przy tym odcinku miałam ciarki na całym ciele, dreszcze i niekontrolowane wybuchy zachwytu.

Lierre: Dla mnie to przede wszystkim taka wizualna poezja. Forma przysłania trochę treść, ale to nie jest wadą tego odcinka. Bo tak naprawdę chodzi w nim o to, że Dwunasty jest uparty jak stado wyjątkowo upartych osłów i należałoby go mocno trzepnąć w głowę, żeby się ogarnął. W innej formie byłoby to chyba nie do zniesienia. Ale tu mamy czyste piękno i absolutną perfekcję, tajemniczość, dramatyzm i przepiękny, kilkudziesięciominutowy monolog. Totalnie bym czytała traktaty filozoficzne pisane przez Doktora.

Clever Boy: Dar niebios pokazał nam na pewno upartego Doktora, Doktora w żałobie, który za wszelką cenę nie chce dać się jej pochłonąć. To był Doktor walczący, Doktor zraniony. Po prostu cudo w wykonaniu Capaldiego. Mnie ten odcinek zachwycił, ale nie umiem, niestety, pięknie o nim opowiadać.

Pegaz: Ten odcinek dość łatwo można było chyba zepsuć, bo mamy w nim do czynienia z ograniczeniem liczby postaci. Ja się szybko w niego wciągnęłam. Na pewno jest to odcinek, który dużo mówi o determinacji głównego bohatera, chociaż pokazuje nam go także załamanego (również istotna kwestia). Lubię Dar Niebios za oryginalność, za ten przekonujący obraz Doktora w konkretnym okresie, za wycieczki w głąb umysłu Dwunastego.

W 10 serii widzimy kolejny etap rozwoju postaci Dwunastego Doktora. Taki już chyba los Doktora, że prędzej czy później traci tych, których kocha. Seria rozpoczyna się po utracie Clary i River. Każdy Doktor inaczej radzi sobie z takimi stratami i nieco zmienia się pod ich wpływem. Jaki stał się Doktor w ostatniej serii?

Lierre: Dojrzał? Uspokoił się? A może właśnie nie – może to negacja? Clary nie pamięta, ale wie, że stracił coś ważnego. Z River się pożegnał, ale choć zawsze wiedział, jak to się skończy, choć wydaje się, że to zaakceptował, to na pewno kłuje go jej brak i czuje się samotny, tym razem tak zwyczajnie i po ludzku. Mam chwilami wrażenie, że przeżywa kryzys wieku średniego (kolejny :D) – bryka sobie tu i tam, nie ma jakichś większych trosk i z nudów sam sobie je wymyśla (patrz: nawracanie Missy. Z jednej strony trochę takie „co by tu…”, z drugiej – to wynika z jego poczucia, że dalej jest samotny i nie ma już żadnej dramy, na którą mógłby zwalić winę za ten stan). Nie wiem czy – z perspektywy finału – rozumiem w pełni tę postać. Ciągle mi w nim coś nie gra, coś się nie zgadza. Mam nadzieję, że odcinek świąteczny to podopina odpowiedzią na dominujące teraz pytanie, dlaczego nie chce się regenerować i dokąd go to doprowadzi. Jest w nim głęboko jakaś rozbrajająca rozpacz, a ja nie całkiem rozumiem, skąd ona się bierze (no bo co, wiek, strata? Serio? Nie w tej postaci, nie do tego stopnia) i może stąd poczucie dysonansu. Ciekawą drogę, właściwie, przeszedł w ostatniej serii – dużo stracił. Najpierw wolność (siedzi i pilnuje), potem sprawność (wzrok), potem złudzenia (Missy) i przyjaciółkę (Bill). A przede wszystkim przejechał się na własnym optymizmie i to, moim zdaniem, jego główny problem. Cały dramat ostatnich dwóch odcinków wziął się z tego, że postanowił się pobawić. Przetestować Missy. W kontrolowanych warunkach. Ha, jasne… Jeśli coś mogłoby sprawić, żeby miał tak totalnie dość, to chyba świadomość, jakie konsekwencje pociągnął za sobą jego głupi kaprys.

Clever Boy: Myślę, że minął już jego ból. Gdzieś tam z tyłu głowy na pewno pamięta o stracie, ale ciągnie go ponownie do przygody i ku nieznanemu. Doktor był trochę zbyt ufny w stosunku do Missy, co kosztowało go kolejne straty. Może i było to lekkomyślne, ja bardziej patrzyłbym na to w sposób taki, że ponownie otworzył się na ludzi i zaufał. A poza tym był zabawny, szalony i kochany.

Rademede: Zmęczony? Samotny? Wiedział, jak skończy River, ale to wcale nie sprawia, że jej strata go nie zabolała. Kiedy spotkał Bill i zabrał ją do TARDIS, wyraźnie się ożywił. Cieszył się jej zdziwieniem i zachwytem nad wszechświatem. Mam wrażenie, że kiedy Doktor pożegnał River, niewiele podróżował. Wydawał się trochę już zmęczony i musiał mieć czas na żałobę. Kiedy musiał pilnować Missy w Krypcie, to nie wydawał się niezadowolony z przymusowego pobytu na Ziemi. Wydarzenia ostatniego odcinka Upadek Doktora („The Doctor Falls”) musiały złamać mu oba serca. Stracił Bill, obojga Mistrzów, zostawił Nardole’a na pewną śmierć. Wcale się nie dziwię, że ma dosyć dalszych regeneracji.

Pegaz: Z 10 serii zapamiętam Doktora w bliskiej relacji z Bill oraz jego stosunek do Missy, pragnienie nauczenia jej bycia lepszą. Widać w tych odcinkach, że na obu bohaterkach mu zależy. Dwunasty Doktor jest intensywny w złości, ale liczy się dla niego także przyjaźń (patrz też seria 9). Powinniśmy o tym pamiętać.  

Ewelinkja: Dla mnie 10 seria to przede wszystkim rozwój, czy może dokładniejsze pokazanie niesamowitej relacji Doktora i Missy. To jest prawdziwa przyjaźń, tylko gdzieś po drodze coś nie wyszło, coś się rozjechało. Podoba mi się także to, jak Dwunasty buduje relacje ze swoimi towarzyszami. Zarówno z Bill, jak i z Nardolem łączą go bardzo ciekawe stosunki. Na początku serii Doktor się ożywia pod wpływem nowej towarzyszki, a potem coraz bardziej widzimy, jak jest zmęczony życiem. Właśnie taki jest jego obraz w 10 serii. Jest jak człowiek z depresją. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że nawet dobrze się bawi, jest radosny i tak dalej, ale w głębi przeżywa coś mrocznego. Czekam z niecierpliwością na odcinek świąteczny, żeby zobaczyć, jak rozwiąże się jego niechęć do regeneracji.

A wy kochacie Dwunastego? Jakie są waszym zdaniem jego najlepsze strony? Dajcie znać w komentarzach!


Wielka miłośniczka fantasy i science fiction. Pożeraczka komiksów, książek i seriali. Wielbicielka folii bąbelkowej w popkulturze. Prywatnie jest goblinem i być z tego dumna! Kocha pisać i niestrudzenie marzy o własnym kluczyku do TARDIS.
  • McThar

    Dwunastego po prostu uwielbiam i (choć myślałem, że to niemożliwe) stał się moim Doktorem. Głównie za sprawą nie chęci do regeneracji (też nie chce, żeby on odchodził, tak jak Dziesiąty), ale przede wszystkim za to jaki on jest. Po prostu w 10. serii jego postać została wykreowana tak jak powinna była od samego początku. Szkoda, że to jego ostatnia seria, będę tęsknił, ryczał, nie będę chciał oglądać Doctora Who dalej, potem mi przejdzie, ale na pewno nie przestane go kochać i pozostanie moim Doktorem na długi czas (Dziesiąty był nim przez jakieś 3 lata, odkąd zacząłem oglądać ten serial).

  • Dagon

    Bardzo lubię dwunastego z pierwszego odcinka i z całej 10 serii, a pomiędzy to Doktor był .. bardzo nierówny – raz chciał uratować ziemię, raz mówił że Ziemie ma w dupie i że to ziemianie powinni ją ratować (wtf xD), raz jest tak przywiązany do Ziemi, a raz ma ją gdzieś. Bardzo lubiłem tą zmianę Doktora w takiego mrocznego, poważniejszego i najzabawniejsze jest to że scenarzyści nie mieli pomysłu jak poprowadzić takiego Doktora więc się zdecydowali po 2 seriach że Doktor to jednak cool śmieszek. Lubie dwunastego z 10 serii ale na prawdę, skoro nie mieli pomysłu na dwunastego z pierwszego odcinka 8 serii to mogli od początku dać go takiego jak w jego ostatniej serii, bo to wyszło tylko na złe każdemu. Peter błyszczy w 10 sezonie bo wreszcie dostał odpowiednie scenariusze, szkoda że tak pózno.

  • Pingback: Upadek Doktora miał być ostatnim odcinkiem Moffata - Gallifrey.pl - wszystko o serialu Doctor Who()