Oto trzecia część wywiadu ze Stevenem Moffatem przeprowadzonego podczas Fairlord Festival of Fiction, który odbył się w dniach 1-4 czerwca.

Skoro już mówimy o zmianach na górze – kiedy się dowiedziałeś, że zastąpisz Russella T Daviesa? A może najpierw były plotki?

Szczerze? Domyśliłem się. Sue ciągle powtarzała: „Zobaczysz, dadzą ci tę przeklętą pracę”. To było jakoś w okolicach Pustego dziecka („The Empty Child”). Na co odpowiadałem: „Ale dlaczego mieliby zaproponować to mnie?”. Chyba nie chciałem o tym myśleć. Ale jak rozglądałem się wokół, to zaczynałem podejrzewać, że to rzeczywiście mogę być ja. Brzmię jak groteskowy zarozumialec, ale po prostu pomyślałem: „To będę ja, prawda?”. A potem przestałem o tym myśleć, bo naprawdę bardzo mi się podobało pisanie dla Doctor Who raz w roku. Obserwowałem tylko Russella biegającego wokół. Szedł z naprzeciwka, krzyczał powitanie i już go ktoś odciągał. Tak wygląda moje życie teraz i tak będzie zaraz wyglądało życie Chrisa Chibnalla.

Świetnie się więc wtedy bawiłem. Ale kiedy ten czas nadszedł, nie załapałem. Zdaje się, że powiedzieli mi o tym dwa razy zanim dotarło do mnie, o co chodzi. Podczas czytania Rejsu potępionych („Voyage of the Damned”), 2 lipca 2007 roku, podeszła do mnie szefowa zamówień BBC ze słowami: „W pewnym momencie będziemy musieli usiąść i porozmawiać o następnych pięciu latach”. Powiedziałem wtedy Sue, że w BBC chyba mnie bardzo lubią. Ale nie załapałem, że chodziło o Doctor Who i że właśnie zaproponowano mi pracę. Aż wreszcie Julie Gardner zaczęła wspominać o tym, że Russell przymierza się do odejścia i o tym, co zamierzają robić dalej – bacznie mi się przy tym przyglądając. Byliśmy wtedy w Los Angeles na rozdaniu Television Critics Association Awards. Dotarło do mnie, co się dzieje, dopiero jak Russell wysłał mi długiego, ogromnie przekonującego maila. Wtedy dopiero zacząłem o tym myśleć.

Pewnie uważacie, że to była łatwa decyzja, skoro całe życie o tym marzyłem, kochałem ten serial i odnosił on ogromne sukcesy. Ale mail od Russella mnie sparaliżował. Dotarło do mnie, co to zrobi z moim życiem – i nie myliłem się. Pamiętam, że jakoś tydzień przed tym mailem spotkałem Davida Tennanta na koncercie i powiedziałem do niego: „Musiałeś poczuć się wspaniale, gdy zaproponowano ci rolę Doktora. Musiałeś być taki podekscytowany!”. A on odpowiedział: „To było trochę bardziej skomplikowane…”. Na co stwierdziłem: „Żarty na bok, byłeś wniebowzięty, prawda? Od razu się zgodziłeś i poleciałeś projektować swój kostium”. Odpowiedział, że nie – że był przede wszystkim zmieszany. Tydzień później ja też byłem. Nie wiem, czy powinno się dziać tak, że jak masz czterdzieści lat, to nagle dostajesz pracę, o której marzyłeś, gdy miałeś lat osiem. To niedorzeczne. To jak odkrycie, że tak, owszem, możesz zostać elfem Świętego Mikołaja. To się nie zdarza.

Powiedziałeś, że trafiłeś z większością oczekiwań co do tej pracy. Co byś sobie powiedział – lub przed czym siebie ostrzegł – z perspektywy czasu, gdybyś miał taką możliwość?

Nie jestem pewien, bo obserwowałem, jak przez to samo przechodził Russell. Dla niego wiele było niespodzianką, jak podejrzewam. Ja wiedziałem, co mnie czeka, bo widziałem, jak przechodził przez to ktoś, kogo dosyć dobrze znam. Bardzo mi pomogła też jego książka, The Writer’s Tale. Jeśli jej nie czytaliście – opowiada o ostatnim etapie jego pracy nad serialem. To jakbym wprowadził się do ponurego zamczyska i odnalazł pamiętnik poprzedniego lokatora. „Mój Boże, nie pozostał po nim żaden ślad!”. Jakaś część mnie była w tak wielkim szoku i tak przerażona ogromem pracy, który mnie czekał, że w jakimś stopniu po prostu robiłem, co mi kazali. Obawiam się trochę, że dla kogoś takiego jak ja wygodniejsze może byłoby działanie na drugim planie. To praca, która sprawia, że stajesz się bardzo widoczny i nie jestem pewien, czy mi się to podoba. Ale mówię to, siedząc przed publicznością… Ale jeśli chodzi o rady, to już przeprowadziłem ten myślowy eksperyment. Usiadłem pewnego wieczoru z Chrisem Chibnallem, by namówić go do przejęcia Doctor Who i powiedziałem: „Oto, czego będziesz potrzebował…”. Nie powiem dokładnie, co to było, ale to były nudne, codzienne rady, jak zorganizować sobie życie choć trochę – lub raczej jak ponieść porażkę, ale w możliwie konstruktywny sposób.

Musiałeś znaleźć nowego odtwórcę roli Doktora. Od początku wiedziałeś, że David Tennant odchodzi?

Tak, to była pierwsza rzecz, jaką powiedzieli mi Russell i Julie. Mieli, jak to radośnie określili, swego rodzaju samobójczą umowę. Po prostu doskonałe: „Witamy, mamy samobójczą umowę, jest mnóstwo miejsca dla ciebie!”. Ale sytuacja zdawała się zmieniać, bo zaraz zadzwonił do mnie David Tennant ze słowami: „Więc przejmujesz…”. Ja na to: „Myślałem, że odchodzisz?”. „Może, a może nie…”. Strasznie się wahał przez dłuższy czas. Serio, to trwało. Długo rozmawialiśmy, opowiedziałem mu o swoich pomysłach i on ostatecznie stwierdził, że się na to nie pisze. [śmiech] Poszedł za to do Chrisa Chibnalla zagrać główną rolę w jego serialu – i miał rację. Myślę, że miał zamiar odejść na jakieś 90%, ale jako że byliśmy dość bliskimi przyjaciółmi, zaczął się wahać, czy powinien to robić. Ostatecznie uznał, że przyszedł na niego czas. Trzy lata w roli Doktora – zdaje się, że tak się teraz ustaliło. Dawniej zresztą było podobnie. Ale to oznacza, że owszem, to ja przyjąłem rezygnację Davida Tennanta, złożył ją na moje ręce. Tak samo potem Matt Smith. I Peter Capaldi. Powinna być specjalna terapia dla dorosłych fanów Doctor Who, którzy przyjmują rezygnację od swojego ukochanego bohatera. Nie chcę już żadnych aktorów rezygnujących z roli Doktora. To jest przerażające, jakby Święty Mikołaj powiedział: „Mam dość!”. Nie, Mikołaju, to straszne, wracaj!

Czy takie pismo o rezygnacji jest obszerne? Na pewno nie możesz nam powiedzieć, co się w nich znajduje.

To nie były pisma, tylko spotkania. David do mnie zadzwonił, z Mattem poszliśmy na lunch, a z Peterem na obiad. Z Peterem było inaczej, bo ja już też się żegnałem. Ale to okropne, jak siedzisz naprzeciwko kogoś, komu pęka serce na myśl o odejściu z roli, którą tak kocha. A ty mówisz im – we wszystkich trzech przypadkach tak było – „Jesteś pewien? Czy coś będzie lepsze od tego? Potem będzie już tylko rozpacz i cierpienie. Będziesz występować w reklamach. Będziesz podkładać głos pod Toma Bakera. Zastanów się jeszcze!”. Wszyscy potem żałowali swojej decyzji.

Źródło: Koquillion


Profesjonalna (aca)fanka, miłośniczka pokręconych fabuł Moffata, kosmitów, smoków i szynszyli o imionach pożyczonych od towarzyszek Doktora.